Archiwum
01.03.2011

Uwierz w ducha

Adam Kruk
Film

Ostatni kowboj Hollywoodu mierzy się z fenomenem śmierci. Znając Clinta Eastwooda, wiadomo, kto w tym pojedynku zwycięży.

Nieśpieszne, jakby telewizyjne tempo, dziwna, niespójna narracja. Trochę angielskiego kina społecznego, szczypta francuskiej obyczajówki w stylu Agnès Jaoui, to znów kameralny talk-movie o niezwyczajnych amerykańskich przeciętniakach. Plus elementy filmu katastroficznego i love story. Wszystko w jednym filmie. W dodatku okraszone pytaniem przewodnim, znanym z katechez i programów ezoterycznych: co dzieje się po śmierci? Samo pytanie zresztą byłoby jeszcze znośne, ale „Medium”, może nie nachalnie, sugeruje jednak odpowiedź, która brzmi: śmierć nie jest kropką po życiu, energia w przyrodzie nie ginie, tylko zmienia stan skupienia. Niektórzy potrafią balansować między jednym a drugim – mediować. Jeśli jeszcze nie jest wystarczająco dziwacznie, dodam, że film ten nakręcił Clint Eastwood.

Jakkolwiek absurdalnie by to wszystko nie brzmiało, scenariusz Petera Morgana jest prosty i jednocześnie finezyjny, przekonujący wbrew nieprzekonującej tematyce. I zważywszy, że autor „Królowej”, „Ostatniego króla Szkocji” i „Frost/Nixon” specjalizuje się w tematyce politycznej, zadziwiająco daleko odszedł tu od salonowych intryg w stronę tak prywatnych, jak powszechnych lęków i tęsknot. A może wcale nie aż tak bardzo? Nie od dziś wiadomo, że prywatne jest polityczne. Przekona się o tym także bohaterka „Medium” Marie (Cécile de France), nie mogąc wydać książki, gdyż paranormalna tematyka sprzeczna jest z polityką jej wydawnictwa. Inni bohaterowie filmu nawet nie będą mieli ambicji, by walczyć o przestrzeń publiczną. Eastwood upodobał sobie przegrane sprawy – jego bohaterowie zawsze odsunięci są od głównego nurtu, zdjęci ze świecznika, w ten czy inny sposób naznaczeni. Czy będzie to zdesperowana matka, z której robi się obłąkaną („Oszukana” z okropną rolą Angeliny Jolie), odsunięci ze względu na wiek („Co się wydarzyło w Madison County”) czy rasę („Gran Torino”) – w filmach Eastwooda dostaną szansę na odzyskanie pewności siebie i godności. Zostaną docenieni, przynajmniej w oczach widza. W „Medium” Eastwood bierze w obronę wszystkich tych, którzy wierzą w nadnaturalne siły, niekoniecznie nawet Boga, ale w jakąś formę pośmiertnego życia, w duchy. Innymi słowy – żywią nadzieję, na którą Eastwood znajduje im dowody. Nawet jeżeli świat nie będzie chciał ich słuchać.

Oglądając trzy równolegle prowadzone wątki, domyślamy się, że w końcu muszą zostać splecione, choć są z zupełnie innych porządków. Nie zgadza się typ bohatera – mamy tu przetrąconego amerykańskiego robotnika (świetny Matt Damon, na którego twarzy i zwalistym ciele widać zmęczenie i wiek, zyskuje na tym jego aktorstwo), żwawą dziennikarkę francuskiej telewizji (de France) i wrażliwe bliźnięta z patologicznej londyńskiej rodziny (bracia McLaren). Ich historie filmowane są w różnym tempie, różnej kolorystyce, pojawiają się postaci poboczne, nieistotne dla połączenia wątków. Jednak w miarę jak bohaterowie zbliżając się do spotkania, zmniejszają geograficzne odległości (czasu na to mają sporo, bo film trwa ponad 2 godziny), ujednolica się także estetyka filmu i jasne staje się przesłanie. Wtedy zaczyna cieszyć międzynarodowość „Medium”, w którym Francuzi mogą mówić w języku Woltera, a Londynu nie musi symbolizować Big Ben. Kino mądrzeje i Hollywood mniej nonszalancko obchodzi się dziś z realizmem oraz zdrowym rozsądkiem. Nawet w filmie, który rozsądek ten kwestionuje.

W „Medium” czuć piętno producenta – Stevena Spielberga. Gdyby on sam reżyserował, film prawdopodobnie byłby nie do zniesienia, podobnie jak jego ostatnie autorskie dokonania. Dzieje się inaczej: spielbergowski optymizm, przyzwolenie dla cudowności i rozmach wisi nad „Medium” tak jak wisiał nad „E.T.”, ale na szczęście tonowany jest talentem i zdyscyplinowaniem Eastwooda (swoją drogą – cóż za dziwaczny to duet!). Gdzieś zapodziała się przemoc i ohyda tego świata, tak często akcentowana przez reżysera, niektórzy stwierdzą zapewne, że dawnemu brudnemu Harry’emu stępił się pazur. Niewykluczone, że faktycznie Eastwood kładzie się już do grobu, traci kontakt z rzeczywistością. W świetlistym tunelu szuka łatwego pocieszenia, halucynuje. Równie prawdopodobne jest jednak to, że widz wychowany w skrajnie racjonalistycznej kulturze zwyczajnie broni się przed cudownością dokładnie tak samo jak społeczeństwa portretowane przez Eastwooda. Film jest przecież opowiedziany na serio, nikt nie mruga tu okiem, że bujda, że wariaci. Reżyser daje bohaterom sporo wiarygodności i po ludzku ich lubi. Zresztą nawet jeśli byliby kompletnie zwariowani – nie w tym rzecz. Ostatecznie „Medium” dowodzi starej prawdy, że każdy wariat znaleźć może kogoś sobie podobnego, a cierpienie udaje się z czasem ukoić. Właśnie dzięki obecności bliskiej osoby.

„Medium”
reżyseria: Clint Eastwood
Warner Bros.
premiera: 4.03.2011



Ostatni kowboj Hollywoodu mierzy się z fenomenem śmierci. Znając Clinta Eastwooda, wiadomo, kto w tym pojedynku zwycięży.