Archiwum
30.01.2015

Truskawki ze śmietaną

Marek S. Bochniarz
Film

Łukasz Barczyk udowadnia, że w polskim kinie jest miejsce na superprodukcje i swobodne reinterpretacje historii. Pewnie ktoś zapyta: ale po co babrać się w przeszłości, i to w kraju, w którym panuje obsesyjny lęk przed skalaniem raz już nakreślonych wizji? Nic dziwnego, że wielkim mężem stanu w „Hiszpance” nie jest Piłsudski na kasztance, lecz Ignacy Jan Paderewski przy fortepianie.

Nie jestem miłośnikiem polskiego kina, bo nie rozumiem większości filmów nakręconych w Polsce. W przesłaniu zbyt depresyjne; jeśli niedofinansowane, to łatające dziury budżetu przeintelektualizowaniem, a aktorsko zazwyczaj ultrasztuczne – zawsze były dla mnie obiektem dziwnej, chorej fascynacji. Często oglądałem je tylko z masochizmu i by przypomnieć sobie, czego w nich tak bardzo nienawidzę (poza – oczywiście – porządnymi zdjęciami). Ostatnie lata były jednak zaskakujące, zwłaszcza pod względem debiutów i młodego kina niezależnego.

Filmy i spektakle telewizyjne Barczyka na tle polskiej kinematografii pozornie pasują do reszty, lecz wyróżniają je inspiracje kinem europejskim i amerykańskim, przejawiające się zarówno stylistyczną manipulacją formą, jak i zabawnym rearanżowaniem scen i detali z dzieł kultowych (czasem to Stanley Kubrick, innym razem David Lynch). „Hiszpanka” jest logicznym krokiem w nie-polskiej karierze artystycznej Barczyka, i – tak jak w przypadku „Patrzę na ciebie, Marysiu” czy „Nieruchomego poruszyciela” – usatysfakcjonowana będzie ta część widowni, która spojrzy na nią przez pryzmat produkcji zagranicznych.

Robert A. Rosenstone w ostatnim rozdziale pracy „History on Film, Film on History” opisał, jak stopniowo utracił złudzenia co do pracy historyka, który jego zdaniem wykonuje działania w odwrotnej kolejności, niż można by sądzić. Zanim ze śladów przeszłości wyodrębni on i ustanowi fakty, którym nada określone znaczenie, zwykle z góry już to znaczenie tak naprawdę zna. Posiłkując się nim, buduje narrację i w ten sposób jego odbiorcy mogą „zrozumieć” historię. Gdy Rosenstone zaczął pracę przy filmie jako konsultant i scenarzysta, odkrył, że historycy konstruują narrację o przeszłości zupełnie tak jak filmowcy – do zbudowania dramaturgii potrzebni są im interesujący bohaterowie, zmierzająca dokądś akcja i – uwaga – podsumowanie, w którym jest miejsce dla treści moralnych.

Tematyka I wojny światowej stała się we współczesnym kinie domeną filmów młodzieżowych. Aby wytrzymać seans z amerykańską „Flyboys – bohaterską eskadrą” Tony’ego Billa czy niemieckim „Czerwonym baronem” Nikolaia Müllerschöna, trzeba odnaleźć w sobie naiwność nastoletniego chłopca, który kocha niszczyć zabawki. W podejściu do wydarzeń z przeszłości Barczykowi w „Hiszpance” bliżej raczej do „Von Richthofena i Brauna” (1971), zapomnianego arcydzieła Rogera Cormana. Roberto Nepoti opisał zastosowany przez Amerykanina zabieg polaryzacji dwóch postaw – reliktu przeszłości, rycerskiego arystokraty Von Richthofena, i Raya Browna, opowiadającego się za walką zmechanizowaną, zdepersonalizowaną i nowoczesną. Ich pojedynek w chmurach jest w zasadzie konfliktem ideologicznym, a ambiwalencję filmu można traktować jako przedsmak II wojny światowej.

Barczyk w „Hiszpance” – tak jak historyk Rosenstone’a – proponuje „zrozumienie” przeszłości (powstania wielkopolskiego) poprzez sztuczną konstrukcję: walkę silnych mediów. Polsko-niemiecki pojedynek okultystyczny dał możliwość wprowadzenia fikcjonalnych, intrygujących bohaterów, dzięki którym konflikt między postaciami historycznymi nabiera odpowiednio dramatycznego ciężaru. Wątek spirytystyczny uzasadnia też ekscentryczność filmu, eksperymentu na kinie weimarskim. Barczyk – podobnie jak Corman – wybiega w przyszłość, zderzając w „Hiszpance” dwie postawy: poznańskiego pragmatyka Tytusa Ceglarskiego (Jan Peszek) i artystę-romantyka Jana Paderewskiego (Jan Frycz). Brak w filmie wyrażonej wprost nostalgii za przeszłością, ale po seansie łatwo można ulec chęci snucia alternatywnej historii XX-wiecznej Polski, w której nie tylko powstanie wielkopolskie skończyło się sukcesem.

Główną siłą dwóch pierwszych filmów Barczyka była pogłębiona psychologia bohaterów i to, w jakim stopniu reżyserowi udawało się sprawić, aby widz przejął się ich losami. „Hiszpanka” jest filmem bardziej jednak ukierunkowanym na przebieg akcji i typy ludzkie czy dbałość o precyzyjną konstrukcję – czystą mechanikę kina. Zimny sadysta doktor Abuse został wykreowany przez Crispina Glovera z pomocą kilku prostych, acz efektownych zabiegów, a poznajemy go – podobnie jak większość z bohaterów – w przestrzeni symbolicznej (w tym przypadku nadającej mu odpowiednio demonicznej aury). Dzięki kostiumom, precyzji scenografii film, mimo mnogości równorzędnych postaci i bezustannej zmiany miejsc, jest zaskakująco klarowny.

Przemyślana, „poznańska” konstrukcja „Hiszpanki” powoduje, że w kinie przeżyłem dwie najkrótsze dwie godziny na polskim filmie. Jak każda superprodukcja, przedsięwzięcie Barczyka jest dla kinomaniaka źródłem czystych przyjemności. Chyba jedynym odstępstwem jest tu brak wyraźnego morału. Zamiast ważkiego przesłania film kończy gorzka uwaga o truskawkach ze śmietaną i zabawna piosenka Andrzeja Własta, podana w zaskakujący sposób:
„Jo-jo! Czy pani umie grać już w jo-jo?
Nieraz próbujesz tej najnowszej manii
Piękna pani, będzie również pasją twoją
Jo-jo jo-jo jo-jo jo-jo”.

„Hiszpanka”
reż. Łukasz Barczyk
premiera: 23.01.2015

alt