Archiwum
09.10.2014

Tańczący z kozami

Marcin Skrzypczak
Muzyka

Zamaskowani Szwedzi z Goat nie odkrywają Ameryki. Nie odkrywają też Afryki ani Azji – multikulturowe muzyczne wątki, z których tkają swoje utwory, mają łatwo rozpoznawalne pochodzenie. Ich splot tworzy jednak spójny, wielobarwny materiał. Można narzekać na aurę tajemniczości, którą się otaczają, i głodne kawałki o szwedzkiej tradycji voodoo czy kilkudziesięcioletnim stażu grupy. Towarzyszący im hype wynika raczej z odnalezienia przez nich sposobu na przełamanie wtórności wintażowego, zapatrzonego w lata 60. retrogrania, z którym boryka się tyle współczesnych zespołów, niż ze zwykłego piarowego bicia piany.

Brzdęk… brzdęk… brzdęk… „Commune” – drugi album w dyskografii Goat – otwiera dźwięk miarowych uderzeń świątynnych dzwonów wyłaniających się z absolutnej ciszy. Punktem wyjścia płyty jest powaga i religijne skupienie, wyczekiwanie na to, co się wydarzy i kto przemówi. Zabieg ten jest o tyle ryzykowny, że już na wstępie zmusza do opowiedzenia się wobec metafizyki sugerowanej na „Commune”. Patetyczne to czy przeciwnie – intrygujące i prawdziwe? Kicz czy głębia? Tania poza czy autentyk?

Bicie dzwonów nie zapowiada jednak ani przemówienia kapłana, ani śpiewu chóru. Napięcie rozładowuje wejście żywiołowych, maniacko zapętlonych gitar, podążających ich śladem perkusji oraz bębna. W miejsce mistycznej powagi pojawia się szalony, bezpretensjonalny pląs i raźno pokrzykujące, dublujące się wokale. Tak jest już do końca otwierającego „Talk to God” i praktycznie do finału całej płyty. Do końca „Commune” zachowany też zostaje przytomny balans między graniem a kreowaniem atmosfery i podsuwaniem pozamuzycznych kontekstów. Muzyka jest tu na szczęście najważniejsza i doskonale broni się bez zamieszczonych na płycie wspomagaczy, takich jak natchnione teksty recytowane przez pozaziemskie głosy w „Goatslaves” i „To Travel the Path Unknown” czy lekko niepokojące odgłosy dżungli we wspomnianym „Goatslaves”. Nie jest to więc casus „Songs of Innocence” U2 czy „Tomorrow Modern Boxes” Thoma Yorke, w których kontekst (w wypadku tych artystów – dystrybucyjny) robi wrażenie zasłony dymnej, odwracającej uwagę od nie do końca przekonującego materiału.

Na plus wspomnianej otoczki przemawia również fakt, że wyjątkowo współgra ona z korzenną, szamańską muzyką Goat. Rytmiczny szał sekcji, gitary do obłędu powtarzające jedną frazę i krzyki wokalistek prosto z głębi trzewi tworzą psychodeliczną magmę idealnie pasującą do snucia odrealnionych wizji i wypowiadania wielowiekowych ludowych mądrości. Koncertowe przebieranki, etniczne malunki, pielęgnowana anonimowość członków grupy (swoją drogą który to już taki zespół?), pióra i maski stanowią jedynie ciekawe dopełnienie, dodatkowy atut zespołu. Maska jest jednak tylko rekwizytem, nie musi zasłaniać ewentualnego braku muzycznej treści.

„Commune” zdecydowanie trzyma poziom debiutanckiego „World Music”, jest również jego bezpośrednią kontynuacją. Wciąż mamy tu rozgrywanie wintażowego, psychodelicznego rocka poprzez liczne transkulturowe wycieczki – do Azji (kapitalny singlowy „Hide from the Sun”), do Albionu (śladem Hawkwind) czy na Czarny Ląd (à la Tinarwen lub Fela Kuti). I trudno znaleźć jakieś zasadnicze różnice między obiema płytami. Na dwójce, podobnie jak na jedynce, znajdziemy rockowe brzmienia o szamańskim sznycie i różnym natężeniu psychodelii – czasem mniejszym (urocze i podrygujące „The Light Within”), czasem większym (ociężałe i mroczne „Bondye”). Pewną nowością na „Commune” jest utwór „Goatchild” z gościnnym udziałem Jima Morissona – lub kogoś o łudząco podobnym głosie. Tak czy owak, do muzyki Goat z powodzeniem zostaje wprowadzony męski wokal i można mieć nadzieję, że na następnych wydawnictwach znajdzie się dla niego więcej miejsca.

Muzykę Goat można wpisać w nurt współczesnej, wszechobecnej retromanii. Na szczęście nie ma tu jednak bezmyślnego i nic nie wnoszącego naśladowania estetyki sprzed kilkudziesięciu lat. Szwedom nie wystarczają ciepłe i brudne brzmienie. Ich pomysł na granie jest tak ciekawy, że (na razie) wystarczył na dwie świetne długogrające płyty.

Goat „Commune“
Rocket Recordings/Sub Pop
2014

alt