Archiwum
27.08.2018

Szlifowanie kamienia

Jolanta Nawrot
Literatura

Zarówno Aldona Kopkiewicz, jak i Rafał Rutkowski w swoich drugich książkach poetyckich, wydanych niedawno nakładem WBPiCAK, są skupieni na podmiotach, które próbują zachować czystość patrzenia na otaczającą ich rzeczywistość „w samym środku lasu”. Posługują się jednak odmiennym idiolektem poetyckim. Przy czym Rutkowski w „Wywołuję z siebie z ruin” wykorzystuje na poły surrealistyczną, na poły realistyczną poetykę znaną nam z debiutanckiego tomu „Chodzę spać do rzeki”, a Kopkiewicz w „Szczodrej” próbuje oderwać się od modernizowanego przez nią w „Sierpniu” gatunku poematu, tworząc krótkie utwory poetyckie. W pierwszym przypadku widzę więc kontynuację projektu poetyckiego, w drugim chęć przełomu.

Czy jednak do owej zmiany faktycznie dochodzi? W rozmowie z Romanem Honetem na temat debiutu, opublikowanej na portalu „Literacka Polska”, Kopkiewicz stwierdziła: „Nie umiałabym napisać krótkiego wiersza. To znaczy umiałabym, ale nie wiedziałabym, co to ma właściwie być. Jeśli już mam jakąś myśl czy uczucie, to rozchodzą się one na tyle nitek, że potrzebuję dużo miejsca, by uchwycić i związać choć parę z nich”. Po wydaniu „Szczodrej” można jednak stwierdzić, że krakowska poetka umie pisać krótkie utwory poetyckie, i to świetnie, ale faktycznie są one ze sobą powiązane cienkimi, wyczuwalnymi pod skórą tomu „nitkami”. W zasadzie Kopkiewicz pisze jeden wiersz złożony z trzydziestu trzech „etapów” czy „części”. Dlatego nie nadaje pojedynczym tekstom tytułów, tylko je kolejno numeruje. Zastanawia przy tym, dlaczego wierszy w tomie jest właśnie trzydzieści trzy. Szybko policzyłam, że w 2017 roku Kopkiewicz miała trzydzieści trzy lata. Może więc odnosi się do swojego „wieku Chrystusowego”? W ostatnim wierszu czytamy: „mam czarny zarys po przejściu / patrzy i unieść pozwala // węzeł to nasza krawędź / prośba o stały ciężar // tędy przechodzą dwa ciała / miłość ze śmiercią przecięta”. Czy pisząc o „przejściu” i „miłości ze śmiercią przeciętej”, poetka miała na myśli uświadomienie sobie początku końca młodości lub zawarła w tych wersach samotność przemijania czy też refleksję na temat relacji Bóg–człowiek?

Nawet jeśli to nadinterpretacja, trudno nie zauważyć, że podmioty wszystkich wierszy (jeden podmiot?) z drugiego tomiku Kopkiewicz znajdują się w swoistym stanie zawieszenia czy niepewności, są poddane niezależnym od nich siłom – miłości, śmierci, ale również żywiołom takim jak wiatr i woda: „wypadają lecą / puszczam co nie moje / wiatr już włosy bierze / sięga aż za skronie” („18.”); „niebo się wspiera na listkach / stoi w powietrzu szelest / trzask tu dobiega z góry / drogą odwrotną nikt nie szedł” („20.”). Wygląda to tak, jakby podmiot liryczny ciągle szukał właściwego kierunku, odpowiedniej dla siebie drogi albo przed czymś uciekał. Nie bez znaczenia wydają się ponadto odniesienia do wojny, na przykład w utworze „21.”: „wojnę się śledzi na niebie / z dala nie widać przechodniów / jest taki dom nieistnienia / jeszcze piwnica została”. Wojna niejako przypływa, przychodzi z zewnątrz i niszczy bezpieczny świat. Podmioty liryczne utworów Kopkiewicz poszukują zaś stałości, suchego lądu, kamienia do szlifowania: „tak się zaczyna pogoń / za tym co twarde i stałe / i kanał za kanałem / na ten sam obraz przystaję” („13.”). Dlatego „kamień” pojawia się tutaj od czasu do czasu: „dałeś mi ruch / dałeś zmianę / jeszcze podziękę zanucę / sama cię pewnie zgubiłam / gdy szlifowałam kamień” („16.”); „to pęka ciało w kamieniu / tak naśladuje głos pana” („23.”)’; „usta krawędzie w kamieniu / to jeszcze ze sobą dzielą” („24.”). W ten sposób poetka wyraża swój niepokój – być może spowodowany chwiejną międzynarodową sytuacją polityczną czy motywowany własnymi rozterkami egzystencjalnymi. Powoduje on, że w głowie „szumi coraz głośniej” („28.”), a cisza jest podejrzana: „po nocy przychodzi cisza i pierwsza / w siebie celuje by strzelić w nas” („29.”). W każdym razie naczelną emocją tej książki jest lęk przed stratą, często traktowany ironicznie, jak w utworze „30.”: „wystarczy się puścić / utrata jest szczodra”.

„Szczodrość” nie ma tu zatem wydźwięku pozytywnego, lecz negatywny – utrata „rozdaje” w wielkiej ilości ból, cierpienie, bezradność. Tym samym można by stwierdzić, że Kopkiewicz przepracowuje wciąż w sobie brak. Tyle że niekoniecznie dotyczy on już pustki po śmierci ojca, lecz stanowi odpowiedź na skomplikowane relacje ja–świat.

Ze strefy komfortu wychodzi także w „Wywołuję siebie z ruin” Rafał Rutkowski, który w płynnej rzeczywistości doskonale steruje nie tylko wierszem jako konstrukcją, ale i zanurzonym w nim podmiotem. W tym kontekście moją uwagę zwróciły następujące wersy wiersza „Z piasku”: „trzymam ręką sznurek z dystansu uczę się / sterować postacią i może to wszystko / razem to jest właśnie słynna przytomność”. Poeta bowiem często stara się patrzeć na siebie z zewnątrz, niejako wynosząc się z rumowiska słów i obrazów oraz wcielając się w otaczające go artefakty: „Wziąłem siebie w ręce i noszę po mieście / minąłem sklepy cmentarz knajpy kieszenie / nie ma dzisiaj miejsca więc może się złączę / ze światłem które ktoś ściągnął mi na głowę”; „jestem bardziej narażony na krzywdę / zaraz mnie przepiłują wstawią w jakiś mebel / zrobią na wymiar po prostu się za mnie wezmą / złapią w katalogu moją jakość i gatunek” („Drewno”). Podmiot liryczny wierszy zachowuje zdrowy dystans pomiędzy swoimi emocjami a bodźcami docierającymi do niego z zewnątrz. Poza tym jest on świadomy, że jako osoba nie stanowi nierozdzielnej całości, lecz składa się z wielu elementów mniej lub bardziej ze sobą powiązanych. Mam na myśli nie tylko części ciała, ale i cechy osobowościowe, lęki, nadzieje, relacje z różnymi ludźmi czy niekoniecznie zgodne ze sobą poglądy. Na przykład w wierszu „Wybieg” czytamy: „Mówię do swoich palców jak do ryb / nie odpowiadają ale wierzę że gdzieś dopłyną”. W gruncie rzeczy chodzi tu o uczciwość względem samego siebie, o przejrzystość uczuć i myśli, o przestrzeń do refleksji, nawet jeśli byłaby ona podszyta smutkiem związanym ze śmiercią i przemijaniem.

Stąd być może motto tomiku z powieści Michała Choromańskiego „Schodami w górę, schodami w dół”: „Nie ma śmierci, są tylko cmentarze”. W odniesieniu do wierszy Rutkowskiego mogłoby ono oznaczać, że to miejsce, konkretna przestrzeń, determinuje nasz sposób myślenia o sobie, o świecie czy o przyszłości (również w połączeniu czy w zestawieniu). Tymczasem samo w sobie nie jest ono niczym pewnym, może stać się ruinami, a więc terenem niestabilnym i niebezpiecznym, dającym tylko złudzenie, że poruszamy się po czymś znanym, oswojonym, wywołującym nostalgię. Moją intuicję interpretacyjną uzasadnia taka wątpliwość podmiotu lirycznego: „więc wołam o wielki wór/ albo wielki słoik żeby spojrzeć / na zsumowanego siebie zebranego / w jednym miejscu ale nawet // w jedność miejsca zaczynam / wątpić” („Mieszkaniec”). Można by stwierdzić, że człowiek w jego ujęciu jawi się jako suma czy mieszanina niejednorodna „wszystkich naszych dotknięć / kroków słów i tym podobnych” i jak mówi podmiot liryczny cytowanego wiersza „Mieszkaniec”, jesteśmy „o wiele więksi niż możemy / ot tak podręcznikowo o sobie / sądzić”. Powoduje to, że „wywoływanie siebie z ruin” jest czynnością permanentną, nie powinna ona nigdy się skończyć, ponieważ tylko dzięki niej żyjemy pełnią doczesnego życia. Zresztą ciekawe jest to, że po raz drugi Rutkowski tytułuje zbiór swoich wierszy krótkim zdaniem w czasie teraźniejszym. Ma się zatem wrażenie, że obcujemy z jakimś stanem constans czy z ciągle powtarzającym się rytuałem – nie wiadomo, czy traktowanym poważnie, czy ironicznie. Wydaje mi się, że Karol Maliszewski miał rację, określając Rutkowskiego jako „poetę rytuału”. Oczywiście nie tylko ze względu na tytuły jego tomów, ale na obecną w jego utworach z pierwszej i drugiej książki atmosferę magiczności, dzięki której podmiot liryczny balansuje między poczuciem zwykłości a poczuciem niezwykłości otaczającej go przestrzeni – miasta, lasu czy cmentarza.

„Wywołuję siebie z ruin” nie usypia czytelnika, choć i sen w niektórych wierszach się pojawia, ale trzyma go w napięciu, każe zachować czujność względem siebie jako istoty zmiennej i ciągle poszukującej sensu, złożonej z różnorodnych doświadczeń, a także względem świata, do którego nie pasuje żadna instrukcja obsługi i który nieustannie „zalega w przełyku”.

Mam nadzieję, że mój krótki szkic na temat tych dwóch tomików poetyckich pozwala zauważyć, jak interesujące są to pozycje. Każdy z autorów sprawnie operuje językiem i formą wiersza wolnego, tworząc złożone poetyckie obrazy, które poddaje refleksji silne „ja” liryczne. Nie jest przy tym ono pozbawione wątpliwości egzystencjalnych, niepokojów związanych na przykład ze śmiercią, z wojną czy z integralnością siebie jako jednostki. Dzięki temu „Szczodra” Aldony Kopkiewicz i „Wywołuję siebie z ruin” Rafała Rutkowskiego są książkami poetyckimi niezwykle autentycznymi, w których każdy z pewnością odnajdzie coś dla siebie.

 

Aldona Kopkiewicz, „Szczodra”, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2018

Rafał Rutkowski, „Wywołuję siebie z ruin”, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2018