Archiwum
16.01.2015

Szczęśliwy koniec polskiego prahipsterstwa

Marcin Skrzypczak
Muzyka

Dziesięć lat, cztery płyty i można w końcu powiedzieć, że grupa Muchy przestała się ścigać z samą sobą – albo boksować się z własnym cieniem przestał Michał Wiraszko, który jako jedyny z aktualnego składu spina całą dyskografię grupy. „Karma Market” sprawia wrażenie płyty, która nie chce za wszelką cenę podobać się każdemu i każdej. Z korzyścią dla muzyki: zawarte na niej piosenki napisane zostały bez kompozytorskiej napinki, na głębszym oddechu, bez neurotycznego udowadniania urbi et orbi, że grupa jest wciąż największą nadzieją gitarowej alternatywy lub że te nadzieje spełnia. Zamiast wciąż eksploatować polską odmianę indie rocka lub skręcać w kierunku hymnów i stadionów świata (stadionów dziesięciolecia?) na nowej płycie Muchy przekuwają pewność siebie w uspokojenie.

Nowy sznyt można było już dostrzec na poprzednim krążku. „«Chcecicospowiedziec» postrzegam jako płytę przełomową, odrywającą Muchy od kontekstu, w który zespół zapadł po «Terroromansie»” – tłumaczy Michał Wiraszko, zapytany o metamorfozę, jaką przeszła grupa. „Jednak nasza trzecia płyta to koncept-album pod każdym względem – dość hermetyczny tematycznie i brzmieniowo. Stąd jego krótka, wynikająca z ciężaru gatunkowego «żywotność». Tamta płyta to też skutek i zapowiedź kolejnych zmian. Myślę, że z tego wynika różnorodność, o której często mówi się w kontekście «Karma Market»”.

Najnowszą, wyraźne wyciszoną płytę otwiera hałaśliwy początek – „Odkąd” poraża prostotą i brzmieniem. Na jakość tego utworu wpłynęły również tekściarskie umiejętności Michała Wiraszki (co słychać już od pierwszego wersu: „Jestem złodziejem we własnym domu”) i zwarta konstrukcja. Koniec końców, wychodzi z tego całkiem apetyczny kawałek, w którym słychać dalekie echa Queens of the Stone Age. Co ciekawe, utwór sygnowany jest nazwiskiem Piotra Maciejewskiego, dla którego jest to symboliczny come back w szeregi Much.

Dalej jest spokojniej, choć zapach (grania) zza Atlantyku powraca na płycie jeszcze kilka razy – najwyraźniej w bluesowym „Between the Lines”. Razem z wątkami amerykańskimi pojawiają się na „Karma Market” teksty anglojęzyczne. I być może rację mają ci, którzy marudzą, że w przypadku potrafiącego ciekawie się posługiwać językiem polskim Wiraszki, zabieg ten należy traktować raczej jako unik lub objaw lenistwa niż nowe otwarcie. Z jednej strony, angielszczyzna rzeczywiście nie wnosi w poczynania Much nic nowego. Z drugiej, nie odczuwam na „Karma Market” wyczerpania lub zmęczenia materiału, skoro bronią się fragmenty polskie. Sprowokowany pytaniem o te kwestie, autor tłumaczy: „Ten zespół zaczynał od anglojęzycznych piosenek. Potem, jak okazało się że «umiemy po polsku», sam się trochę zacietrzewiłem i mówiłem, że pisać po angielsku może każdy, bo jest to dużo łatwiejsze. Przy tej płycie okazało się, że piosenki brzmią najlepiej w pierwotnych wersjach, tak, jak się narodziły. Część powstała po angielsku i mimo kilku prób, żadna z wersji ze słowami polskimi nie chciała być lepsza. Może to trochę unik wobec siebie, wobec wiwisekcji, której nie unikniesz, jeśli chcesz napisać dobry tekst. Może też wyjście naprzeciw pewnym obawom, o to, co ludzie powiedzą, gdy usłyszą Muchy po angielsku. Choć nie ukrywam, że choć uważam angielskie teksty jako udane, śpiewanie w tym języku pozostawia jakiś niedosyt. Może po to powstały, żeby się o tym przekonać?”.

Zmiany na „Karma Market” nie ograniczają się jedynie do przemycania obcojęzycznych tekstów i transatlantyckich inspiracji. Muchy to zespół po sporej rewolucji kadrowej. To już nie trio ani kwartet, lecz sześcioosobowa orkiestra. Mocne piętno odciska na krążku Krzysztof Zalewski-Brejdygant, szerzej znany jako Zalef, który razem z Michałem Puchałą przejął sporą część kompozytorskich obowiązków. Poza wspomnianymi muzykami i liderem grupy, „Karma Market” współtworzyli wspomniany już Piotr Maciejewski (Drivealone, CNC), Rafał Giec (Armia, Trupia Czaszka), Bartosz Mielczarek (Sorry Boys) i Tomasz Goehs (Kult, Kazik na Żywo, 2Tm2,3). Daje to razem niezłą mieszankę muzycznych osobowości, która znajduje przełożenie na różnorodność wątków obecnych na płycie. „Niektórzy mówią nawet, że każda piosenka na nowej płycie jest trochę z innej parafii. Z upływem czasu coraz bardziej się z tym zgadzam” – przyznaje Wiraszko.

Na szczęście na „Karma Market” nikt nikomu nie przeszkadza, nikt też nie gra nazwiskiem – każdy na tym, na czym potrafi. „Każde z tych muzycznych spotkań było w jakiś sposób magiczne. Wynika to trochę z tego, że mieszkamy w trzech miastach. Podróżujemy między Poznaniem, Warszawą a Wrocławiem. Po drodze spotykamy mnóstwo ludzi i ta konwencja bardzo mi się podoba. Frantz to mój serdeczny przyjaciel, choć widujemy się rzadko. Z Tomkiem Goehsem od dziesięciu lat dzielimy salę prób – to musiało się w końcu wydarzyć. Bartka poznaliśmy dzięki temu, że Krzysiu gra także z Moniką Brodką. Świetny człowiek, «szczery do bólu, że aż przezroczysty». Stefan gra już z nami od roku i coraz bardziej słychać go w zespole. To też bardzo sobie cenię. Z Maciejewskim wiąże mnie jakaś podskórna więź muzyczna i to ponowne spotkanie bardzo dużo mi dało. Chciałbym, żeby przy kolejnej płycie jego udział był jeszcze większy. Zresztą muszę powiedzieć, że każde spotkanie tego zespołu teraz w jednym mieście na próby albo koncerty to małe święto i powód do radości”.

Muzycznie najbardziej przekonujące wydaje się spotkanie z Rafałem Giecem, które przyniosło delikatne, ażurowe „Queen For A Day” z zapętloną wiodącą partią gitary akustycznej i nucącym pod nosem Michałem Wiraszko. Ciekawe rezultaty przyniosła też współpraca z Piotrem Maciejewskim, który odcisnął swoje piętno na „Odkąd” i dynamicznym „Nic się nie stało”, opartym na ciekawej lini basu, perkusjonaliach i ładnie wzbudzającej się gitarze.

Ostatnia z wielkich nowości na płycie to złamanie monopolu Marcina Borsa na produkowanie nagrań Much. Nieszczęśliwy przypadek sprawił, że zespół musiał się ewakuować z jego studia i szukać nowego. Druga połowa nagrań zrealizowana została w studiu Łukasza Migdalskiego, miejscu, w którym grupa zaczynała swoją muzyczną przygodę, co stanowi przyjemne dopełnienie w kontekście jubileuszu. Przy całej swojej różnorodności płyta brzmi jednak bardzo spójnie. „Z Migdałem łączy nas serdeczna więź od «Galanterii». Prawda jest taka, że uratował «Karma Market», bo w przeciwnym razie płyta ukazałaby się pewnie najwcześniej w przyszłym roku. Jak się pracowało? To było wspaniałe lato. Rano podjeżdżałem po chłopaków do hostelu na starówce. Wracaliśmy późno w nocy. Jeździliśmy do Migdała  na poznańską Starołękę codziennie od lipca do września. Mieliśmy czas, żeby tę płytę zrobić dokładnie tak, jak chcemy”.

Jak przyznaje Wiraszko, Muchy wyrosły z «koledżowej wrażliwości, polskiego prahipsterstwa i internetu». Wydana dziesięć lat później „Karma Market” pokazuje, że grupa ładnie się starzeje – nie trzyma się kurczowo swojego młodzieńczego muzycznego know how, dzięki któremu stała się archetypem, zespołem-symbolem młodej polskiej rockerki. „Karma Market” to dowód na to, że zespołowi udało się uwolnić z pułapki oczekiwań i przetrwać.

Muchy, „Karma Market”
2014

alt