Archiwum
02.03.2015

Świat za żaluzjami

Sylwia Praśniewska
Teatr

Tragiczne losy średniowiecznej królowej Szkocji poruszały emocje i wyobraźnię największych twórców, jak: Juliusz Słowacki, Friedrich Schiller czy Gaetano Donizetti. Napisanie libretta powierzył siedemnastoletniemu studentowi prawa, Giuseppe Bardariemu, który oparł je na dramacie Schillera. Nawiązuje ono luźno do życia Marii Stuart i jej kuzynki Elżbiety I Tudor. Przedstawia okres, kiedy była królowa Szkocji pozostawała uwięziona, oraz spotkanie obu władczyń i dramatyczne przygotowania do egzekucji. Wyeksponowane w nim zostały motywy sprawowania i utrzymywania bądź utraty władzy, wątek miłości, zazdrości oraz związane z nimi relacje międzyludzkie. Dzieło to, obok takich utworów jak „Anna Bolena” i „Roberto Devereux”, jest jedną z wielu oper Donizettiego, których akcja rozgrywa się w Anglii okresu Tudorów. Prapremiera „Marii Stuart” w 1835 roku w La Scali stała się skandalem, dzieło zostało zdjęte z afisza, ponieważ uznano wówczas, że zawiera szkodliwe treści. Wkrótce zapomniane, przeleżało ponad sto lat, aż wystawiono je w 1958 roku w rodzinnej miejscowości Donizettiego, Bergamo. Od tego momentu weszło do repertuaru teatrów i obecnie jest jedną z najbardziej cenionych oper tego kompozytora.

Realizacja w reżyserii Moshe Leisera i Patrice Caurier, której polska premiera miała miejsce 20 lutego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, jest koprodukcją Royal Opera House Covent Garden w Londynie, paryskiego Théâtre des Champs-Élysées, barcelońskiego Gran Teatre del Liceu i polskiej Opery Narodowej.

Przemoc za zasłoną

Opera Donizettiego jest dziełem ponadczasowym. Kim więc jest dziś Maria Stuart? Na pewno kimś wyjątkowym, kto potrafi zachować wartości i godność nawet w sytuacjach ostatecznych. W zaprezentowanej produkcji może być osobą, którą zastajemy pozbawioną pracy w wyniku intryg, odsuniętą od świata niemożnością wypełniania swojej życiowej roli, skrzywdzoną, więzioną, niesłusznie oczernioną i w końcu niesprawiedliwie skazaną na śmierć. Roberto, hrabia Leicester, wydaje się pracownikiem na wysokim stanowisku (jest elegancko ubrany w garnitur i płaszcz, w dłoniach trzyma teczkę), który usilnie próbuje uratować Marię, a Elżbieta to wszechwładny, bezwzględny supervisor, który dzierży w żelaznej dłoni losy swoich podwładnych i kierując się powodami prywatnymi, słuchając podszeptów diabła (Cecil), podejmuje decyzje kluczowe dla ich życia. „Ta opera pokazuje w fascynujący sposób rozdźwięk pomiędzy sprawowaniem a nadużywaniem władzy z pobudek osobistych” – podkreślał Gilles Rico, reżyser wznowienia. W jednej z najważniejszych scen – konfrontacji dwóch królowych – Elżbieta z lekceważeniem je kotlet w chwili, gdy Maria w sposób nie uwłaczający jej dumie i z odpowiednią etykietą usiłuje ją prosić o uwolnienie. Kiedy jednak królowa Anglii zaczyna ją poniżać, Maria wybucha furią i gniewem, za co później zostaje ścięta… Dzieje się to za zasłoniętymi żaluzjami – to element wielokrotnie powracający w tej inscenizacji. Formę gigantycznych żaluzji ma opadająca co i raz kurtyna, dobitnie pokazująca przemoc we współczesnym świecie. Żaluzje stają się symbolem zasłaniania tej przemocy.

Empatia z Marią

Scenografia spektaklu (Christian Fenouillat) jest minimalistyczna. W całym niemal przedstawieniu widzimy tę samą dekorację: przytłaczające, depresyjne pomieszczenie więzienne z wieloma drzwiami. Artysta chciał zapewne, żeby odbiorca przyjął percepcję Marii, osaczonej, pozbawionej wolności, skazanej na to samo otoczenie (w sensie fizycznym? a może mentalnym?). Nawet wynikający z libretta jej spacer po parku został zaznaczony jedynie jako projekcja kilku krajobrazów wielkości ekranu telewizora. Jeden tylko epizod: krótka chwila wspomnienia szczęśliwej młodości powoduje, że ponure ściany więzienne na parę chwil nikną – może pozostają poza świadomością – ponieważ przykrywa je wizualizacja z jasną zielenią i mnóstwem kwiatów. Zaraz jednak zalewa nas szarość – Marii powraca świadomość strasznego losu. Choć jednostajność scenografii nie każdemu musi odpowiadać, ma ona głębokie uzasadnienie w libretcie. W odbiorcy wywołuje męczące poczucie zamknięcia, duszności i martwoty.

Dotyczy każdego z nas

Bardzo satysfakcjonująca była muzyczna i aktorska strona przedstawienia. Obie królowe (Maria – Cristina Giannelli i Elżbieta – Ketevan Kemoklidze) były wyraziste, przekonujące w swych odmiennych postawach i dały wspaniałe popisy wokalne. „Trzeba podkreślić, że Maria Stuart umiała być czuła i łagodna, dlatego publiczność opowiada się za nią. Kiedy jednak staje twarzą w twarz z Elżbietą, jest napastliwa i stanowcza” – zaznaczała Cristina Giannelli.

Spośród głosów męskich wyróżniał się Talbot (Wojciech Śmiłek) i Roberto (Shalva Mukeria). Orkiestra Teatru Wielkiego pod batutą jego nowego dyrektora muzycznego Andriya Yurkevycha brzmiała sugestywnie, to z wyrazem, to miękko, wspaniale malując grozę, wstrząsające wrażenie bądź pełną głębokiego smutku refleksję. Chór TW-ON pod kierownictwem Bogdana Goli śpiewał potężnie, przejmująco, a we fragmencie żegnania Marii ze światełkami w dłoniach – żałobnie i sakralnie.

Przedstawienie poruszające – to za mało powiedziane. Wraz z siłą przekazu, wszystkimi odniesieniami do współczesności uświadamiającymi, że ta historia w jakimś stopniu dotyczy lub w każdej chwili może dotyczyć każdego z nas powoduje, że publiczność wbita w fotele, długo nie może ochłonąć… Jak patrzeć na świat, żeby dostrzec przemoc za żaluzjami? Jak ją przerwać, jak jej zapobiec?

„Maria Stuart”
muzyka: Gaetano Donizetti, libretto: Giuseppe Bardari
dyrygent: Andriy Yurkevych
reżyseria: Moshe Leiser, Patrice Caurier
reżyseria wznowienia: Gilles Rico
scenografia Christian Fenouillat
Warszawa, Teatr Wielki – Opera Narodowa
premiera: 20 lutego 2015

fot. Krzysztof Bieliński / Teatr Wielki – Opera Narodowa