Archiwum
12.11.2015

Spóźniliśmy się na uwerturę

Katarzyna Mikołajewska
Teatr

We „Francuzach” Krzysztof Warlikowski wykorzystuje dzieło Marcela Prousta, aby powrócić do tematów, które porusza w swojej twórczości od wielu lat. Powieść „W poszukiwaniu straconego czasu” w jego interpretacji staje się gorzkim portretem społeczeństwa i wizją schyłku świata. „Wszyscy są winni upadku wszystkiego” – grzmi ze sceny Maciej Stuhr ubrany w mundur, wygłaszając tekst „Ultimatum” Fernando Pessoi.

Francja przełomu XIX i XX wieku staje się dla reżysera użytecznym zwierciadłem dla ukazania współczesnej Europy i dosięgającego ją kryzysu. Warlikowski przejaskrawia Proustowskich bohaterów, z obrazów postaci scenicznych tworząc panoramę ludzkiej podłości – po równo rozdziela pomiędzy nich ułomności charakterów i tak samo po równo obarcza ich winą za wiszącą w powietrzu katastrofę.

Wizja przedstawiona w spektaklu przeraża, bo wszystkie pojawiające się na scenie postacie są jednoznacznie złe, a mimo to budzą zachwyt. Sprawa perfekcyjnej gry aktorskiej jest w tym wypadku drugorzędna, choć z pewnością nie bez znaczenia. W scenicznych bohaterach „Francuzów” prawdziwie zachwyca fakt sugestywnego odgrywania przez nich ról, w które wcielają się na poziomie różnych relacji społecznych jako aktorzy „teatru życia codziennego”. Jednocześnie jednak reżyser zmusza ich do ujawnienia przed widzem wszystkich szwów i fastryg tych kreacji, uprzednio pieczołowicie ukrytych pod pięknymi słowami i szykownymi strojami. Niektórzy z nich zadają sobie wiele trudu, by uwiarygodnić swój autoportret prezentowany na salonach – to przede wszystkim osoby, które mają wiele do stracenia, na przykład Oriana (Magdalena Cielecka). Z kolei ci, którzy już coś stracili – jak ex-kokota Odeta (Maja Ostaszewska) czy Charles Swann (Mariusz Bonaszewski) – częściej odgrywają komedię niż dramat, nierzadko z drwiną traktując kreowaną przez siebie rolę.

Można odnieść wrażenie, że niespiesznie rozgrywające się na scenie wydarzenia stanowią jedynie tło dla rozbudowanej galerii osobowości, którą prezentuje Warlikowski. Zaangażowanie sił wykonawców w psychologiczne budowanie postaci odwraca uwagę od przedstawianej problematyki i sprawia, że staje się ona kwestią drugorzędną. Zatem istotne nie jest to, do czego odnoszą się bohaterowie, lecz to, w jaki sposób kształtują wzajemne relacje. Osią sporu i węzłem dramatycznym mogłaby być sprawa Dreyfusa, kiedy dyskusje krążą wokół niej, jednak przedmiot zainteresowania interlokutorów, podobnie jak tematy ich rozmów zmieniają się szybko. Spoiwem łączącym niemal wszystkie toczące się dialogi jest temat sztuki, która – jako jedyna forma, w jakiej ujawnia się wyższa, porządkująca ten świat siła – stanowi ostatnią wartość w świecie bez wartości. Bohaterowie przeglądają się w sztuce jak w lustrze. To znacząca refleksja, bo sama sztuka, podobnie jak i oni wszyscy, zwykle coś udaje. Ale postacie „Francuzów” chętnie odnoszą swoje skomplikowane relacje także do świata przyrody – Oriana wygłasza wykład na temat umiejętności przekształcania się kwiatów w taki sposób, aby swym kształtem, kolorem czy zapachem wabić owady, które mogłyby je zapylić. Po raz kolejny, jak choćby we wcześniej wystawianych „Opowieściach afrykańskich według Szekspira” czy ostatnim „Kabarecie Warszawskim” w scenicznej wizji świata wykreowanego przez Warlikowskiego ważną siłą napędową jest seksualność. Ten obraz dopełniany jest przez choreograficzne wyczyny Performera (Claude Bardouil) i Racheli (Agata Buzek) – ich ciała oddają się bardziej gimnastycznym akrobacjom niż baletowi, na który wskazywałyby ich stroje i obuwie. Reakcje Roberta de Saint-Loupa (Maciej Stuhr), partnera Racheli, też są jednoznaczne – początkowo chce podziwiać zza szyby umiejętności ukochanej, lecz w końcu zazdrość bierze górę i coraz częściej mężczyzna podrywa się z krzesła, by zasłaniać widok Racheli splecionej w rozerotyzowanym uścisku z ciemnoskórym (Bardouil w tej roli przywdziewa maskę) Performerem.

Teatralne diagnozowanie Europy podzielone zostało na trzy części. W pierwszej z nich dominują sztywne, wyznaczane przez etykietę ramy, w które wciśnięci zostają bohaterowie przebywający na salonach. Tylko okazjonalnie dostrzec możemy rysy na wykreowanych przez nich – niemal doskonale zachowujących pozory nieskazitelności – wizerunkach i poznać prawdziwe poglądy dyskutantów. W drugiej części relacje między postaciami stają się bliższe prawdzie, burzą uprzednio ustalony porządek. Na scenie coraz częściej pojawia się alkohol, który momentami zdaje się działać niczym serum prawdy. Sytuacje liminalne, które we wcześniejszych spektaklach Warlikowskiego zapewniało umieszczenie w przestrzeni scenicznej łazienki (gdzie bohaterowie mieli okazję pozbywać się swych masek), we „Francuzach” prowokuje pojawienie się baru. Drugą część przedstawienia otwiera scena, w której bohaterowie oglądają operę – sztuczne pozy i wymuszone gesty znakomicie korespondują z wcześniejszymi umownymi, udawanymi relacjami prezentowanymi na salonach, a jednocześnie stanowią trafny punkt odniesienia do tych prawd, które w kolejnych epizodach bohaterowie prezentować mają przed widzami. Trzecia część składa się ze skrajnie pesymistycznych monologów i agresywnych, dynamicznych choreografii, lecz w finale tempo znów zwalnia. W całym spektaklu napięcie narasta, bo choć raz po raz eksplodują kolejne punkty zapalne, powstające z napięć w relacjach międzyludzkich, nie dochodzi do emocjonalnego rozładowania. Dławiące tych ludzi uczucia, takie jak zazdrość czy pożądanie, a przede wszystkim dojmująca samotność, nieustannie ulegają pogłębieniu.

Reżyserowi, skłonnemu do prowadzenia analiz na temat współczesnego świata, wciąż mało materiału. Nie wystarcza siedmiotomowa powieść Prousta, dlatego uzupełnia ją innymi tekstami, wykorzystuje utwory muzyczne i stara się dostarczać widzom dodatkowych bodźców. Piotr Gruszczyński, dramaturg pracujący z Warlikowskim przy „Francuzach”, podkreślił, że „W poszukiwaniu straconego czasu” jest „skonstruowane tak, aby nie dało się go ogarnąć” i stwierdzić, że oto przeczytałem, wiem już wszystko i nie muszę wracać do lektury. To diagnoza, w której odnajduję podobieństwo dzieł Prousta i Warlikowskiego – o najnowszym spektaklu reżysera „(A)Pollonii” też trudno powiedzieć ze zdecydowaniem, że poznało się go w całości. W jego wcześniejszym spektaklu, „Kabarecie Warszawskim”, w miarę ukazywania kolejnych wydarzeń politycznych czy kulturalnych w Polsce, można było obserwować ciekawą tendencję do uaktualniania się podnoszonych na scenie problemów. Warlikowski często wykazuje się niebywałą intuicją w tym zakresie, zatem niewykluczone, że na prawdziwie aktualny wydźwięk „Francuzów” będziemy musieli jeszcze poczekać. Póki co, mając w pamięci obraz świata, który przedstawił adaptując Prousta, oczekiwanie to odbywać się będzie z wielkim niepokojem o to, czy przyjdzie nam podzielić los bohaterów spektaklu. Ostatecznie bowiem jedna z refleksji, z jaką zostawia widzów reżyser, dotyczy korespondencji sztuki i życia. Podczas rozmów w salonie paryskim pada niejednoznaczne zdanie: „spóźniliśmy się na uwerturę”. To kolejna aluzja, która odnosi się jednocześnie do sztuki i do ogólnej kondycji społeczeństwa. Pozostaje tylko czekanie na epilog, który zbliża się nieubłaganie, a kiedy nadejdzie – przyniesie wiele zmian.

Krzysztof Warlikowski, Piotr Gruszczyński, „Francuzi”
(spektakl inspirowany powieścią Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”)
reżyseria: Krzysztof Warlikowski
scenografia i kostiumy: Małgorzata Szczęśniak
muzyka: Jan Duszyński – z wykorzystaniem kompozycji Pawła Mykietyna „Kartka z albumu. Utwór na wiolonczelę i taśmę”
dramaturgia: Piotr Gruszczyński
Warszawa, Nowy Teatr
premiera: 21.08.2015 w ramach Ruhrtriennale
premiera polska: 3.10.2015

alt