Archiwum
23.12.2020

Sen o wspólnocie

Justyna Machaj
Teatr

 

„Wspólnota Śniących to jedyna szansa wyśnienia swojego spektaklu
i jedyny spektakl, który będzie miał trzydzieści różnych
premier jednej nocy. Od teraz Wspólnota Śniących to Ty”

Odbieram pierwszego imiennego maila od Wspólnoty Śniących: „Wraz z otrzymaniem tej wiadomości stajesz się członkinią Wspólnoty Śniących”. W załączniku znajduję harmonogram przyszłych spotkań – będzie ich sześć. Pierwsze cztery dni to – jak zapowiadają twórcy – trening przed kolektywnym snem. Poza mną we Wspólnocie uczestniczy jeszcze dwudziestu dziewięciu (dla mnie anonimowych) Śniących. Trzydzieści osób to niezbyt liczna widownia teatralna. Jednak na Zoomie proporcje się zmieniają. A właśnie tam, piątego dnia trwania projektu, pierwszy raz będziemy mogli się zobaczyć i usłyszeć. „Celem Wspólnoty Śniących jest uwrażliwienie na sen i w ten sposób, w obliczu kryzysu wspólnoty teatralnej, zbliżenie się do siebie nawzajem w sennych marzeniach”. Zatem Wspólnota Śniących to powołana na tydzień wspólnota teatralna, a nasze sny staną się nigdy nie wystawionymi (jedynie opowiedzianymi) spektaklami. „Chcemy móc myśleć, że odtąd będziemy śnić w jednej sennej rzeczywistości i w niej dokonywać fundamentalnych zmian dla tej rzeczywistości zmysłowej”. Czyżby ambicją twórców tego badawczo-artystycznego projektu miało być zrobienie teatru na przekór czasowi i przestrzeni? „Od momentu wstąpienia we Wspólnotę żadna osoba nie będzie śniła sama. Będzie śniła kolektywnie i twórczo”.

Początkowo reaguję z dystansem na obietnice składane przez artystów. Nie od wczoraj budzę się w pandemicznym świecie. Niemniej pokornie wypełniam zamieszczoną w mailu anonimową ankietę: „Czy uważasz się za osobę religijną? O której godzinie zazwyczaj kładziesz się spać? Jak oceniasz jakość swojego snu? Czy zdarza ci się stosować środki nasenne? Jak często zapisujesz swoje marzenia senne? Czy lockdown zmusił Cię do wprowadzenia drastycznych zmian w życiu?”. Wysyłam odpowiedzi i czekam na kolejny kontakt. Zaczynam odczuwać ekscytację, gdy strzępki wypowiedzi Współśniących powracają do mnie w kolejnych wiadomościach od Wspólnoty. Czuję się jak uczestniczka teatralnej randki w ciemno.

Pierwszej, drugiej, trzeciej i czwartej nocy wpuszczam nieznany Głos (Maria Magdalena Kozłowska) do swojego łóżka. Zgodnie z poleceniami Wspólnoty każdego wieczoru – przed odsłuchaniem dostarczanego mailowo nagrania – przygotowuję odpowiednie warunki do spotkania z Głosem. „Znajdź wygodne miejsce, w którym będziesz w stanie zdystansować się od codziennych spraw”. Kładę się na łóżku, zakładam słuchawki klikam play. Głos wita się ze mną. Jest przyjemny, dźwięczny. To kobieta. Moje pierwsze obcowanie ze Wspólnotą upływa na kilkunastominutowym wykładzie dotyczącym biologicznych podstaw snu. Niosący sporą dawką terminologii medycznej, ale równocześnie plastyczny i niezwykle wizyjny tekst przypomina strumień świadomości. Jak przyznają twórcy, inspiracją czterech mikrosłuchowisk były rozmaite techniki z zakresu medytacji oraz hipnozy. Transowy klimat dopełnia oprawa muzyczna Jana Tomzy-Osieckiego, ilustrująca psychodeliczne wizje kreowane przez Głos. Kobieta dopytuje o powody mojego uczestnictwa w projekcie: „Tęsknota za teatrem? Tak szybko? Zwykła ciekawość? A może uporczywa bezsenność?”. Następnie Głos przekazuje mi polecenie: „Zacznij prowadzić senny dzienniczek [przekornie dodaje: „nocniczek”]. Połóż przy łóżku zeszyt i długopis, tak, aby móc zapisać sen zaraz po przebudzeniu”. Wykonuję zadanie i czekam na kolejny wieczór. Choć Wspólnota potrwa jedynie tydzień, wytworzy we mnie pewien nawyk – potrzebę wieczornej rutyny – intymnego spotkania z Inną. Nie wiem, jak wygląda i jakie ubrania nosi, ale mam w pamięci jej zapętlony głos. Mówi do mnie. Do nas – Śpiących.

Podczas drugiego spotkania przyglądamy się ciału, jakie pojawia się w naszych snach. Ambicją Głosu jest przekształcenie go w świadomego aktora, dzięki któremu pełniej doświadczę Wspólnoty. Ponownie znajduję wygodne miejsce. „Niech będzie bardziej wygodne niż sztywny fotel ustawiony w rzędzie innych, równie sztywnych foteli. Nie da się na nich zrelaksować ani odprężyć. Sprawić, aby umysł udał się w podróż. My unikniemy tego braku komfortu”. Liczę oddechy. Myślę wciąż o niewygodnych fotelach teatralnych i dojmującym poczuciu tęsknoty za nimi. Staram się skupić. Liczę oddechy. Próbuję rozluźnić ciało. Ale w teatrze najlepszy jest właśnie ten dreszcz strachu, ekscytacji i podniecenia. Zgodnie z wolą Głosu koncentruję się na kształtach układających się z mojego oddechu. „Czy teatr kiedykolwiek pozwolił Ci się skupić na Twojej istocie? A może wciąż wymuszał na Tobie zauważenie tego co jemu wydawało się istotne?”. Oddycham. „Skup się na eliminacji napięcia z ciała”. Zasypiam. Kolejne dwa spotkania wydają się do siebie podobne. To podróże za sennymi wizjami snutymi przez Głos. Następne spotkanie rozpoczyna się jednak przewrotnie: „Niektórzy twierdzą, że ważną cechą teatru jest zdolność wywoływanie kataru. Chodzi być może o ten kurz, który obsiada scenę, kulisy, a także niektóre głowy. Także ostrożnie. Ale spróbujmy”. Podążam za Głosem jak za reżyserką lub aktorką, pragnąc jak najwięcej zrozumieć. Uczestniczyć w pełni w proponowanej wędrówce. Nie jest łatwo. Głos wypluwa z siebie ogrom obrazów, które migoczą mi pod powiekami w przyspieszonym tempie. Nim zdążę zdemontować jedną scenografię, muszę zacząć konstruować kilka nowych. To naprawdę intensywny spektakl. Moja rekwizytornia płonie. Wyłączam nagranie. Oddycham. Może ktoś jeszcze, ktoś spośród pozostałych dwudziestu dziewięciu Śniących, również zgubił się podczas przebiegu? Może nie jestem sama?

Piątego dnia o godzinie 19:00 odbywa się nasza premiera. Czuję się przygotowana – przecież posłusznie wykonałam polecenia Głosu. Zapisywałam każdy sen, choć przyznam, że były znacznie uboższe niż zazwyczaj. Nie zrażam się, ciekawa, co mnie czeka. Spektakl na Zoomie? Z okiem kamery tak blisko twarzy? Przygotowuję słuchawki. Sprawdzam połączenie internetowe. Dziwne są te nowe rytuały przedspektaklowe. Przynajmniej nie ma kolejki do damskiej toalety. Zaczyna się. Pierwszy raz widzę twarze współśniących. Tego jeszcze nie doświadczyłam w teatrze. Zazwyczaj inni widzowie pozostają poza moim zainteresowaniem. Zwracam na nich uwagę dopiero, gdy zaczynają mi przeszkadzać. Teraz jestem z nimi. Widzę ich. Pierwsza część to rodzaj pokazu wokalnych umiejętności Performerki˗Głosu. Mój laptop trzęsie się od natężenia dźwięku. Aktorka ubrana jest w srebrzysty kostium i maskę odsłaniającą jedynie jej usta. Obcuję z kosmitką konsekwentnie ukrywającą przede mną swoją tożsamość. Gdy kończy śpiewać, rozpoczyna surrealistyczną opowieść, której – tym razem – jesteśmy współtwórcami. Głos wywołuje kolejnych uczestników spotkania/spektaklu, prosząc o wskazówki, komentarze i podpowiadanie kwestii. To my decydujemy, czy w ramach kreowanej przez Performerkę podróży skręcimy w prawo, zanurzając stopy w przepływającej nieopodal rzece, czy wybierzemy się na wycieczkę w głąb nieznanej jaskini. Głos nie widzi umieszczonego na skale napisu – prosi zatem jednego ze Współśniących o pomoc. Razem przemierzamy nieznaną krainę utkaną ze spontanicznych wyobrażeń, trzymając się za wirtualne ręce. Maria Magdalena Kozłowska ma niesamowitą charyzmę. Świetnie improwizuje, jest niezwykle uważna na ekspresję „scenicznego”/ekranowego partnera_rki. W jej roli nie ma nic z demiurżki ani dyrygentki – jest z nami i wobec nas. Po tej intensywnej, kolektywnie kreowanej opowieści Głos znika z kadru, a sam spektakl się kończy.

I choć w harmonogramie projektu właśnie ten punkt wydawał się najważniejszy, to następujące kolejnego dnia spotkanie okazuje się fundamentem teatralnego śnienia. W poprzedzającym go mailu twórcy snują przekorne rozważania: „Jaki był Twój spektakl? Nudny? A może znowu nic nie zrozumiałaś, lecz wypadało klaskać? Jakże rzadko śnimy sny pełne empatii i zrozumienia! O wiele częściej jednak śnimy takie sny, niż widzimy takie przedstawienia. Zatem czy w swoim śnie zaznałaś dobra? Czy zaznałaś przyjaźni? Czy poczułaś się w nim częścią Wspólnoty?”. Mnożę za twórcami te pytania, gdyż sama zaczęłam je sobie zadawać w trakcie popremierowej rozmowy: Kiedy ostatnio – po obejrzeniu spektaklu – poczułeś_aś się częścią teatralnej wspólnoty i było ci z tego powodu naprawdę dobrze? A może po wyjściu z teatru zacząłeś_aś myśleć o świecie i zamieszkujących w nim ludziach bardziej empatycznie? Masz takie wspomnienia? Podczas naszej niespiesznej rozmowy przyglądałam się twarzom Współśniących. Bez strachu mówili o niezwykle intymnych obrazach wypływających wprost z ich marzeń sennych. Był to wyjątkowy wymiar pospektaklowej rozmowy z artystami. Bez dzielącej nas rampy, sztucznych świateł i nieporęcznego mikrofonu podawanego z rąk do rąk. Kozłowskiej, Kupryjanowicz i Kurkowskiemu udało się stworzyć intymną przestrzeń do empatycznej rozmowy. Te kilka spotkań – skupionych wokół nadwyrężonego przez pandemię poczucia wspólnotowości – okazało się niezwykle ważnych. Konsekwentne dążenie do wyjścia poza jednostkowe odczuwanie przytłaczającej rzeczywistości pozwoliło na proste, ale ważne i niezwykle budujące stwierdzenie: nie jestem sam_a. Gdy uświadomimy sobie, że nie jesteśmy jedynie konsumentami_kami teatru, lecz uczestnikami_czkami i kontynuatorami_kami społeczności, której współistnienie oparte jest na empatii i wrażliwości – pojawia się krzepiąca nadzieja. I pewność, że razem mamy moc. Instytucjonalny teatr niemal nie funkcjonuje. Ale idea wspólnoty widzów pozostała. Zdaje się, że w niej możemy poszukiwać wyzwolenia. Śnić nam przecież nie zakażą, prawda?

 

Cytaty pochodzą z wiadomości mailowych otrzymywanych przez twórców Wspólnoty Śniących.

 

Maria Magdalena Kozłowska, Magda Kupryjanowicz, Michał Kurkowski,
Wspólnota Śniących
muzyka: Jan Tomza-Osiecki

Scena Robocza w Poznaniu
premiera: 27.11.2020

mat. organizatora