Archiwum
14.08.2014

Rodzaj ziemskiego dziennika

Krzysztof Hoffmann Grzegorz Wróblewski
Rozmowy

W Warszawie trwa „Program Mercury”, wystawa prac Grzegorza Wróblewskiego. Postać być może łatwiej skojarzyć czytelnikom współczesnej literatury niż bywalcom galerii. Jest poetą (najnowszy tom to „Wanna Hansenów”, 2013), prozaikiem („Gender”, 2013), dramaturgiem. Całość twórczości poetyckiej przypomniało istotne wydanie wierszy zebranych „Hotelowe koty” (2010). Wielokrotnie tłumaczony, ostatnio po raz kolejny prezentował swoje pisarstwo na spotkaniach w USA (kwiecień 2014). Urodzony w 1962 roku, od 1985 roku mieszka w Danii. W Polsce jego obrazy wystawiane są po raz pierwszy.

Moją pierwszą myślą było: „to wystawa malarstwa, ani słowa o literaturze”, ale zrozumiałem, że tak nie możemy. Jesteśmy w Muzeum Literatury, Twoje obrazy podejmują silny dialog z Twoimi wierszami, wernisaż rozpocząłeś lekturą paru z nich… Jak sytuowałbyś działalność plastyczną wobec Twoich pozostałych aktywności artystycznych?
Tego rozgraniczenia nie można postawić. Działalność plastyczną zaczynałem właściwie równolegle z pisaniem. Pierwsze wystawy miałem w Danii już pod koniec lat 80. Czasem trudno mi to sobie wyobrazić, ale to już 25 lat. Kolejne wystawy obywały się w Niemczech, Wielkiej Brytanii. Głównym miejscem pozostawała jednak Kopenhaga.
Mam wrażenie, że te dwie działalności wzajemnie się uzupełniają. Podczas projektów literackich nie myślałem o sztuce, pracując nad seriami obrazów, nie zajmowałem się literaturą. To były dwa równoprawne poligony doświadczalne. Ale jednocześnie dokładnie połowa z prezentowanych płócien w jakiś sposób przywołuje moją pracę literacką. Niektóre tytuły obrazów wzięte są z wierszy. Są też obrazy, które komentują konkretnych ludzi kultury (twórczość Krzysztofa Jaworskiego, moje spotkania z Wojtkiem Wilczykiem itp.).
Różnica jest taka, że moja twórczość plastyczna była znana jedynie małej grupie ludzi, którzy kojarzyli ją na przykład z publikacji sieciowych.

Były również okładki książek.
Zgoda. Nie tylko moich. Była też książka Kelnera [Pawła Rozwadowskiego z grupy Deuter – red.], która zawierała moje grafiki. Ale to nadal nie sprawiało, że moje obrazy były w Polsce obecne.

Katalog wylicza Twoje najważniejsze wystawy. Jesteś – jak już wspomnieliśmy – obecny w prezentacjach zagranicznych. Ale czym jest dla Ciebie aktualne wydarzenie?
Serio pytasz? [śmiech] Chyba nie masz wątpliwości, że to dla mnie bardzo ważna sprawa. Pierwsza polska wystawa. Jestem z Polski, jestem polskim pisarzem, publikuję i jestem aktywny w Polsce – to ma dla mnie olbrzymie znaczenie. To pewnego rodzaju otwarcie na działania polskie. W listopadzie wystawa będzie pokazywana w Katowicach. I chciałbym tu dalej pracować.
Bo rzecz jasna ta wystawa wymagała nakładu pracy, sił, starań. Dość długo ją przygotowywałem. Obrazy w dużym formacie powstały w Polsce w ciągu dwóch ostatnich lat. To wszystko nie było takie proste.

Wskazałbyś współczesne inspiracje swoich prac? Przyznajesz się do wpływu Pierre’a Alachinsky’ego, ale nie sposób zawęzić tego wskazania tylko do niego.
Na początku działalności inspiracja różnymi postaciami była nieunikniona. Ale po czasie wypracowałem własną linię, własną kreskę i kaligrafię. To już jest w tej chwili mój własny eksperyment.
Pierre Alachinsky był dla mnie bardzo ciekawym odkryciem podczas całego mojego tak zwanego procesu twórczego. Ale ludzi, którzy byli dla mnie bardzo istotni, jest więcej. Chociażby Antoni Tàpies, który pracował intensywnie na samej strukturze obrazu – część moich obrazów powstaje również techniką mieszaną. Jednak dzisiaj już chyba jestem samotnym żeglarzem.

Wspomniałeś „kaligrafię”. Posłużyłeś się tym słowem w sensie technicznym czy traktujesz może obraz jako pismo albo tekst?
Właściwie wszystkie obrazy wykonywane są technikami mieszanymi. Z jednej strony, to techniki akrylowe, z drugiej – tusze, stąd kaligrafia jako technika.
Ale jest też tutaj chociażby obraz „Asemic writing. Red”, tworzą go w dużej mierze nieczytelne komentarze, jednak jest to rodzaj pisma. W tym sensie to nie są czyste kaligrafie, nawet nie tylko przez to, że są splecione z malarstwem.

„Program Mercury”. Z czym powinny kojarzyć się te słowa?
„Mercury Project” to, po pierwsze, tytuł jednego z wierszy, który ukazał się w książce „Pan roku, trawy i turkusów”. Tak samo nazwany był arkusz poetycki, który wydałem w Ameryce w 2008 roku. Ten utwór cały czas mi towarzyszy. Jest mi bardzo bliski.
Po drugie, to rodzaj mojej podróży. To planeta Ziemia, na której spotykałem się z różnymi ludźmi i przeżywałem przedziwne historie. Pobyt na Ziemi był dla mnie doznaniem głęboko i ciężko egzystencjalnym. „Program Mercury” to zapatrzenie się w mgławicę, w kosmos, ale czasem patrząc w niebo zapominamy o tym, że właściwie jesteśmy zobligowani do życia tutaj. Jest na wystawie przecież obraz „Wytrwali obserwatorzy przestrzeni kosmicznej”. Jest też „List z Andromedy” – one się wzajemnie uzupełniają.

Dziękuję, taką odpowiedź chciałem usłyszeć. Niektóre kwestie trzeba pozostawić historykom sztuki, choć widzę, że bardzo ważny jest dla Ciebie oszczędnie używany kolor.
Eksperymentowałem z wieloma kolorami, ale obrazy to raczej monochromy. Jest jedna praca, która ma elementy zielone, ale tym razem unikałem zieleni, choć ją lubię. Mimo że część z płócien jest bardzo kolorowa, nie pracowałem na dużych skalach. Ta jaskrawość daje czasem efekt psychodeliczny – myślę o pracach w czerwieni.

Monochromy popychałyby Cię w stronę minimalizmu, z którym nie zawsze kojarzona jest psychodeliczna ekspresja.
Działania psychodeliczne mogą też być oparte na wąskiej skali kolorów. To tylko kwesta tego, czym się dysponuje i co można z tym zrobić. Ale masz rację, mówiąc o pewnego typie minimalizmie tych obrazów, bo oto znajdujemy powiązanie z moją poezją. Elementów wspólnych możemy zatem poszukać i tutaj.

A potrafiłbyś wskazać określenie, które oddawałoby Twój stosunek do tych płócien?
Tak. To rodzaj mojego ziemskiego dziennika. Chociaż działania były ściśle kontrolowane i świadome, to posługiwałem się również technikami akrylowymi i przez to obrazy czasem zyskują charakter szkiców. To rodziło pewnego rodzaju niewiadomą, której ostateczne działania objawiało się dopiero na samym końcu. To nie był przypadek, w większym stopniu to element tajemnicy.

Warszawa, 6 sierpnia 2014

„Program Mercury. Grzegorz Wróblewski. Nowa odsłona”
Warszawa, Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza
6.06. – 28.09.2014

alt