Archiwum
13.12.2010

„Re:wizje” bez wizji

Aleksandra Lewandowska
Teatr

Na początku grudnia odbyła się czwarta edycja warszawskiego festiwalu sztuki niezależnej – „Re:wizje”. 65 projektów z dziedziny filmu, teatru, tańca, muzyki i visual art wypełniło 3-dniowy program imprezy, odebrało to jednak widzom sposobność zobaczenia pełnego spektrum repertuarowego.

Pośrednim skutkiem tego napięcia czasowego było zawężenie przestrzeni prezentowanych projektów. Festiwalowe przedsięwzięcia zapełniły niemalże wszystkie sale parteru Pałacu Kultury i Nauki , wychodząc również poza budynek. Najbardziej znane kluby na warszawskiej Pradze (Hydrozagadka, Saturator, Skład butelek) tętniły muzyką. Teatry – te prestiżowe, jak np. Teatr Studio, jak i bardziej alternatywne – jak Teatr Wytwórnia czy Stara Prochoffnia – udostępniły swoje sceny grupom niezależnym.

Trudno współcześnie określić charakter sztuki alternatywnej. Według swojej definicji, ma ona sprzeciwiać się głównemu nurtowi lub poruszać odrębne tematy. Nazwa festiwalu „Re:wizje” zdaje się niejako określać, definiować funkcję, jaką mają do spełnienia artyści biorący udział w tym przedsięwzięciu. Sugeruje reinterpretację, ponowne zwrócenie się ku wyeksploatowanym już motywom w celu ich uwspółcześnienia, nadania nowego znaczenia. Zaledwie kilka, najwyżej kilkanaście repertuarowych pozycji postawiło sobie ten cel.

Trochę na siłę doszukuję się motywu przewodniego festiwalu – to dlatego, że nie przedstawili go organizatorzy. „Re:wizjom” definitywnie zabrakło jakiegokolwiek spoiwa, przewodniego tematu, który skleiłby program w całość. Festiwal w ryzach trzymał jedynie budynek PKiN. Podczas drugiej nocy sztuki, z piątku na sobotę, kiedy w jednej sali słychać było jeszcze folkrockowy zespół Paula i Karol, w pomieszczeniu obok rozpoczynał już swój koncert eksperymentalny, jazzowy Zooplan z beatboxerem Patrykiem „Tik Tak” Maletą. Dźwięki mieszały się tak jak gatunki i dziedziny prezentowanych sztuk. Odbiorca „Re:wizji”, przechodząc z rockowego koncertu Patristetris na pokaz filmów dyplomowych filmowej szkoły Andrzeja Wajdy, trafiał na niezbyt klarowne instalacje i grupę przebraną za fashion victims. Ciekawość pchała do kolejnych sal, w głowie pozostawał bałagan i mętlik.

Mimo braku tematów przewodnich, wszystko zostało skatalogowane według miejsca i dziedziny. Nie zabrakło chętnych na żadne z wydarzeń. Przestrzeń koncertową dostosowano do popularności poszczególnych artystów. W Cafe Kulturalna tradycyjnie królował jazz (Jazzpospolita, Mikołaj Trzaska and Inner Ear). Na festiwalu wystąpiły gwiazdy muzyki, jak Ścianka oraz mniej popularne zespoły, takie jak Paristetris czy Gamid Group. Festiwal pokazywał więc legendy sceny alternatywnej, był też okazją do zaprezentowania się młodych zespołów.

Większość instytucji teatralnych umożliwiła bezpłatny wstęp na swoje spektakle, które widnieją na afiszach już od wielu miesięcy. W Starej Prochowni obejrzeć można było adaptację kultowej książki Philipha Rotha „Kompleks Portnoya”, w Teatrze Akademia: „Trzy Gracje – Trzy racje”. Wystawiono także sztuki bardziej eksperymentalne, na przykład „Echo” w Teatrze Remus – spektakl na pograniczu koncertu, „Noc nadchodzi od wewnątrz” (Teatr Kolektyw gościnnie w Teatrze Studio) łączący tradycyjną formę teatru z tańcem i sztuką multimediów. Pod względem tematyki spektakle pozostawały wobec siebie na antypodach. Obok teatralnej adaptacji książki dla dzieci „Dolina Muminków w listopadzie” (urocza scenografia Małgorzaty Lipińskiej i Roberta Pludry), pokazano historię Żyda-onanisty (wspomniany już wyżej „Kompleks Portnoya”) czy dramat psychologiczny o lęku przed starzeniem się („Pasożyci” Stowarzyszenia Stospotkań na podstawie prozy Houellebecq’a i dramatu Mayenburga). Inna sprawa, że spektakle dostępne były tylko dla szczęśliwców. Zapisy na przedstawienia rozpoczęły się (a także skończyły) długo przed rozpoczęciem festiwalu. Wielu niedoinformowanych czekało, czasem daremnie, w kolejkach po wejściówki przed spektaklami.

Podobny mętlik panował w bloku filmowym programu. Dominowały dokumenty o przeróżnej tematyce: od refleksji nad trudnym losem tureckich kobiet („Przyrzeczona”), przez historię komuny Otwock („Komuna Otwock 20 lat i koniec”) do impresyjnych wspomnień dorastania na warszawskim Ursynowie („Dzieciństwo na Imielinie”). Interesujące „8 historii, które nie zmieniły świata” Ivo Krankowskiego złamały konwencję zmitologizowanej, trudnej narracji mówienia o czasach wojennych. Lekkie i zabawne anegdotki polskich Żydów urodzonych między rokiem 1914 a 1933 przeplatane z fragmentami ówczesnych filmów, wprowadziły w klimat dzieciństwa spędzonego przed wojną, odsłoniły wymiar poszczególnych biografii sprzed Zagłady. W animacji Bartka Kulasa „Millhaven” trafna i barwna interpretacja ballady Nicka Cave’a przez Katarzynę Groniec zaskoczyła zarówno w warstwie dźwięku, jak i obrazu. Dla kontrastu „Marysina Polana” w reżyserii Grzegorza Zaricznego stanowiła mdłą i pozbawioną puenty refleksję czterech górali na temat kobiet, zilustrowaną przez plenery zapełnione owcami. Propozycje filmowe wydawały się najsłabszym punktem festiwalu.

Taniec można było oglądać zarówno w teatrze – tak jak formalnie ascetyczny, ale bogaty w emocje projekt hiszpańskiego choreografa Daniela Abreu „Fuera de campo” w Starej Prochowni, czy opartych na podstawie komisku „Surogatów” Pauliny Święcańskiej, jak i podczas nocy sztuki w PKiN. Tam, w godzinnych cyklach, tzw. „Wizytówkach” występowało po sobie kilka grup tanecznych. Podobnie jak w przypadku pozostałych dziedzin, wszystko – niezależnie od nastroju, wymowy i formy – wrzucono do jednego worka.

Na festiwalu nie było oficjalnego, uroczystego rozpoczęcia i zakończenia. Podobnie jak sztuka niezależna, festiwal wdarł się w czasoprzestrzeń codzienności. Pokazano projekty dotykające tematyki bliskiej przeciętnemu człowiekowi, intensywne, powstające w fermencie poststrukturalistycznych nurtów. W tym przypadku zarówno bliskość i duża liczba pokazywanych projektów, jak i brak dokładnych granic jej rozpoczęcia i zakończenia, ilustrowały sposób, w jaki sztuka niezależna funkcjonuje. Dopiero w tym zestawieniu bałagan i brak klucza przy doborze repertuaru nabierał sensu. Pozostaje jednak problem przestrzeni. Co PKiN ma wspólnego ze sztuką niezależną? Do kontekstu historycznego, w którym budynek funkcjonuje, należy dodać jeszcze to, iż obecnie mieści się tu multipleks, najbardziej komercyjny teatr ostatnich lat „6 piętro” i taras widokowy dla turystów. Organizatorzy festiwalu zainstalowali projekty w najmniej odpowiednim, bo najbardziej przesiąkniętym znaczeniowo punkcie Warszawy, nie zadbali o wykreowanie odpowiedniej przestrzeni.

Mimo to chętnych na festiwal nie zabrakło. Brak opłat za wstęp, dogodny termin i reklama zwabiły tłumy. Jednak była to obecność często przypadkowa, tak jak i dokonywane przez ową publiczność wybory repertuarowe.

„Jutro to dziś, tylko że jutro”– paradoksalnie, to komercyjne hasło w samym centrum miasta (na wielkim plakacie reklamującym bank), które rzuca się w oczy przy wyjściu z PKiN, zdaje się być tam nieprzypadkowo i oddawać charakter festiwalu. „Re:wizje” nic nie zmieniły w sztuce niezależnej. Będzie ona funkcjonować tak samo po, jak i przed festiwalem. Jutro artyści wystawią te same przedstawienia, zagrają, zatańczą tak samo jak dziś, tyle że może nie dla przypadkowej publiczności i w wybranej świadomie przestrzeni, która bardziej odda charakter ich działań.

 

Inwazja Sztuki Niezależnej „Re:wizje”
Warszawa, 2–4.12.2010



Na początku grudnia odbyła się czwarta edycja warszawskiego festiwalu sztuki niezależnej – „Re:wizje”. 65 projektów z dziedziny filmu, teatru, tańca, muzyki i visual art wypełniło 3-dniowy program imprezy, odebrało to jednak widzom sposobność zobaczenia pełnego spektrum repertuarowego.