Archiwum
15.12.2010

Przypadkowa życzliwość i czyny pozbawione sensu

Grzegorz Tomicki
Literatura

„Mówiąc w skrócie – jest to książka o sympatii przedstawiciela jednego kraju do innego kraju”, deklaruje Mariusz Szczygieł we wstępie „Zrób sobie raj”. Autor znów – po obsypanym nagrodami tomie reportaży „Gottland” – raczy nas „rzeczą o narodzie” czeskim. „Może jest jeszcze o czymś, ale to już zostawiam Państwu”, dodaje skromnie.

Skromność to tyleż ujmująca, co wyraźnie kurtuazyjna, cokolwiek też może afektowana. Oczywiście, że nie jest to rzecz wyłącznie o Czechach, a nawet o Czechach jest jakby tylko przy okazji, aczkolwiek jakaś – powiedziałbym, że nawet bardzo konkretna –„świadomość zbiorowa” Czechów się z niej wyłania. Nierzadko też bywa artykułowana wprost: „W Czechach najważniejsza jest pohoda. Słowo bardziej przydatne niż «ideologia» czy «honor». Pohoda to dobry nastrój, spokój, pogodne usposobienie, przytulność miejsca, bezkonfliktowe związki. Słowem, nie robić ludziom i sobie przykrości. Pohoda lubi piwo”. Albo: „Czesi są mistrzami pacyfizmu, ale to nie znaczy, że brakuje im honoru”.

Przede wszystkim jednak jest to opowieść o Czechach widzianych oczami Polaka (jako „Polak” występuje autor-narrator – trzecioosobowy – w rozdziale „Wkurzacz czeski”). To bowiem, co nam wydaje się interesujące u innych, na przykład u naszych południowych sąsiadów, stanowi niewątpliwie także część naszej własnej autodefinicji – zarówno naszej, Polaków, jak i każdego czytelnika z osobna w jego ponadnarodowej indywidualności. W tym, oczywiście, przede wszystkim autora, którego obraz konkretyzujemy sobie niemal wyłącznie w ten zapośredniczony sposób, albowiem pochodzące bezpośrednio od niego komentarze, opinie czy wyrażane explicite sądy serwowane są mimo wszystko oszczędnie, co należy do zalet tego pisania.

W przeciwieństwie do „Czecha” „autor przedstawiony (w dziele)”, że się tak wyrażę, prezentuje się jako niepoprawny czechofil:

„Kiedy przez kilka minut przeżywamy odrobinę wspólnej przyjemności, od razu widać, czym dla nas, czechofilów, są Czechy.
Są jak deser, jak bita śmietana, jak polewa czekoladowa, której nie sposób się oprzeć. Są tą częścią naszej osobowości, której nie mamy. Tęsknimy do niej, szukamy, ale w Polsce z wielu powodów nie możemy znaleźć. Są jak kobieta dla drag queen”.

„Sympatia przedstawiciela jednego kraju do innego kraju” jawi się w książce Szczygła przede wszystkim jako sympatia do przedstawicieli czeskiej kultury i – zwłaszcza – sztuki. Autor rysuje nam portrety kilku artystów dobieranych według dość czytelnego klucza. Otóż „Zrób sobie raj” – w tej swojej części – prezentuje menażerię osobowości i osobistości przedstawionych jako, bez wyjątku, wielce oryginalne, ekscentryczne, kontrowersyjne, bulwersujące, skandalizujące, nonkonformistyczne itd., o mocnych przy tym inklinacjach autokreacyjnych, można nawet rzec: mitotwórczych, z niejaką skłonnością do efekciarstwa.

W rozdziale „Zapaliło się łóżko” poznajemy Egona Bondy’ego – poetę, filozofa, złodzieja, żebraka, przemytnika, alterglobalistę, wroga konsumpcjonizmu, marksistę i antystalinistę w jednym. „Gdy wszyscy pisali: «Z ust do ust leci / Imię, co jak słońce nam świeci / Imię, co słońcem się zaczyna / Imię Towarzysza Stalina» lub «W krainie socjalizmu nikt się nie martwi / oto jest linia naszej partii», Egon Bondy pisał tak: «Z delikatną ostrożnością pierdzę, żebym się nie zesrał»”.

Jako autor wierszy o specyficznej tematyce i niewybrednym słownictwie stał się twórcą nurtu zwanego później – niezbyt poważnie, i słusznie – fekalizmem. Jak pisał Vladimir Borecký: „Podstawowe cechy fekalizmu (primo: Wszystko jest gówno warte, ergo secundo: Na wszystko się mogę wysrać, ergo tertio: Wszyscy mi mogą wylizać dupę), mogą brzmieć w swojej jawnie koprofabicznej formie jako wtórne i niezbyt innowacyjne. Ale w konkretnym okresie historycznym, kiedy były rozumiane jako antyteza rewolucyjnego optymistycznego światopoglądu partii rządzącej, mogły być zakwalifikowane w swojej antyspołecznej, antypaństwowej wymowie i kontrrewolucyjnej konsekwencji jako czyn zagrażający państwu i sprzyjający jego demontażowy”.

Skąd pomysł na tego typu poezję? „Swoją analną fiksację tłumaczył ateistycznym i alternatywnym przejawem swojej religijności (powoływał się na Freuda), kiedy klozet staje się rodzajem świątyni czy ołtarza”. Chodziło jednak o uwarunkowanie ściśle fizyczne. Otóż Bondy’emu na skutek choroby usunięto część odbytu, wskutek czego oddawanie przez niego stolca nie należało do czynności ani łatwych, ani przyjemnych, o co miał pretensje – jako że mierzył wysoko – do samego Pana Boga: „Mam dość tego nieustającego poniżania, którym Bóg podobno raczy nas uszczęśliwiać. Gdyby tak Bóg mógł być wyklęty – nie tylko przeklęty, co niczemu nie służy, ale konsekwentnie usunięty, anihilowany, zabity – gdzie bym wtedy był! Bowiem nie tylko mnie niszczy już 13 lat każdą prostą biologiczną przyjemność z życia, lecz także dla wszystkich byłaby to ulga, ściągnięcie jarzma, które waży tyle, że nie mamy siły wstać z kolan”. W pretensjach tych, jak i wielu innych sprawach, okazywał daleko idącą – szczególnie z polskiej perspektywy – bezkompromisowość: „Truizmem jest już powtarzanie, jak to dla takiej, stworzonej przez ludzką głupotę kreatury przelało się więcej krwi i było zamęczonych więcej ludzi, niż umarło śmiercią naturalną” (tamże). W innym miejscu, mając na myśli Jezusa, stwierdza: „Gdyby dożył osiemdziesiątki, to byśmy chociaż przez chrześcijaństwo nie ucierpieli”.

Rozdział o Bondym Szczygieł kończy kapitalną puentą: „Zmarł 9 kwietnia 2007 roku. Jego piżama zapaliła się od papierosa, kiedy zasnął. […] Artykuł o jego śmierci zatytułowano «Śmiertelny papieros w łóżku Bondy’ego». Pod informacją dodano «linki związane z tą wiadomością»: «Łóżka – szeroki wybór on-line»; «Szukacie łóżka czy materaca? Tysiące ofert tutaj»; «Raj łóżek»”.

Nie mniej oryginalnego twórcę poznajemy od „ludzkiej” strony w rozdziale „Fotograf czeski”. To Jan Saudek – znany czeski fotografik, erotoman, skandalista i kurdupel o cokolwiek megalomańskich inklinacjach. Niski wzrost, jak się zdaje, nie pozostał bez wpływu na kształtowanie się jego psychiki – jako niebagatelnego znaczenia kompleks, co odnotowują archiwa czechosłowackiej Służby Bezpieczeństwa: „Funkcjonariusze tajnej policji zanotowali, że rezygnują z pomysłu pozyskania fotografa do współpracy ze względu na to, że w ich ocenie jest całkowicie niepoważny. Zapisali, że jego niski wzrost jest niewątpliwym źródłem jego kompleksu i to powodowało, że podczas całej rozmowy kandydat na współpracownika starał się zachowywać bardzo męsko. «Stara się być facetem z jajami» – zanotowali”.

Cokolwiek by nie mówić o pracach Saudka, nie pozostawiają one odbiorcę obojętnym. Mogą wzbudzać zachwyt lub odrazę, co jest wynikiem świadomej strategii artysty i wyrazem jego gustu: „Oscyluję między dobrem a złem. Między kiczem a niekiczem, między pornografią a pięknem”.

Saudek lubuje się w bulwersowaniu zarówno obrazem (nagie, często otyłe kobiety, obrazoburcza symbolika), jak i słowem: „Zacząłem ostatnio podejrzewać, że jestem ukrytym homoseksualistą i tak naprawdę skrycie nienawidzę kobiet. Przecież ja nie mogę patrzeć na kobietę, jeśli się nie upiję”. Stara się także zwracać na siebie uwagę samym swoim wyglądem – na zdjęciu w Wikipedii wygląda trochę jak Johnny Rotten z Sex Pistols, trochę jak Lou Reed: pokrzywdzona twarz, ciemne okulary, farbowane włosy w nieładzie. „Sześćdziesięciosiedmioletni Jan Saudek – wspomina Szczygieł – siedzi na skórzanej kanapie w okularach przeciwsłonecznych i czerwonej koszuli. Wygląda na pozera, ale zaraz wyjaśnia, że gdyby nie farbował włosów, nie miał okularów i nie ubierał się na czerwono, byłby brzydki, stary i nijaki. – Wyglądałbym jak nikt, bez wyrazu, mówi”. Ani pięknym, ani młodym wprawdzie dzięki temu się nie stał, ale zawsze kimś – z wyrazem.

„Wkurzacz czeski” to portret kolejnego, jakże by inaczej, kontrowersyjnego artysty – rzeźbiarza Davida Černego, którego dzieło zdobi okładkę książki Szczygła: jest to „Syn Boży – model do sklejania”. „W plastikowych modelach do sklejania części przymocowane są do ramki, od której się je potem odrywa. David Černy zaczął tworzyć takie rzeźby w kawałkach: postacie z pooddzielanymi organami. W wymiarze dwa metry na dwa metry. […] Nazwał je potem rzeźbami instant, czyli w proszku. (Jezusa instant zakupiło niedawno Muzeum Sztuki Nowoczesnej w San Diego). Poza Jezusem wśród modeli do składania ma też: Ewę, Adama, Gwiazdę Rocka oraz Martwą Zgwałconą Kobietę instant”.

W relacji Szczygła Černy jawi się jako duże dziecko bawiące się sztuką i reakcjami odbiorców, których lubi zaskakiwać i bulwersować, a większość jego działań artystycznych ma znamiona żartu: „Jego pierwsze słynne dzieło powstało w nocy. Z grupą kolegów Czech przemalował czołg – którym Armia Czerwona wyzwoliła Pragę – na różowo”. Potem m. in. sparodiował pomnik patrona Czech, świętego Wacława, a inne jego prace utrzymane są w podobnym tonie: „«Sikający» to pomnik, którym artysta chciał uczcić wejście Czech do Unii Europejskiej. Basen, do którego dwóch mężczyzn oddaje mocz, ma kształt Republiki Czeskiej. Penisy są ruchome i jeśli wyślemy SMS-a z jakimś zdaniem na numer podany obok pomnika, to w kilka minut wysikają to zdanie”.

Wszystkich tych – i kilku innych – artystów pokazuje Szczygieł bardziej od ich „ludzkiej” niż artystycznej strony. Ograniczając własny komentarz i pozostając z reguły w cieniu prezentowanych postaci i ich wypowiedzi, pozwala im na swobodne autokreacyjne, czasami daleko idące zabiegi, w których – niczym w krzywym zwierciadle – odbijają się ich ludzkie właśnie kompleksy, traumy i rozmaite uwarunkowania. Trudno powiedzieć, na ile było to posunięcie przez autora zamierzone, na ile zaś mimowolny wynik jego strategii doboru bohaterów swoich reportaży – a więc według klucza, o którym wspominałem na początku: postacie znane, nietuzinkowe, o osobowościach i życiorysach kontrowersyjnych, skandalizujących. Kto bowiem usilnie zabiega o uwagę i publiczne zainteresowanie, ten zwykle czuje się niedoceniony lub sam ma niskie o sobie mniemanie.

Równie trudno jednoznacznie orzec, jaki jest właściwie osobisty stosunek Szczygła do poszczególnych bohaterów. Wprawdzie nawiązuje z nimi stosunki sprawiające wrażenie przyjacielskich, a w każdym razie szczerych i nawiązywanych na zasadzie obopólnej sympatii, nie można jednak wykluczyć obecności w nich pewnych elementów reporterskiej taktyki czy dyplomacji. Wydaje się jednak, że autor ich najzwyczajniej – choć może nie ze wszystkim – po prostu lubi i nie było jego zamiarem ukazywanie ich jako efekciarskich pozerów. Raczej jako z lekka krygujących się sympatycznych oryginałów, którzy mają wiele – jeśli nie zawsze – mądrego, to jednak często ciekawego do powiedzenia. Może też właśnie dlatego się dają oni lubić, stając się nam bliżsi poprzez swoje wady, od których sami nie jesteśmy wolni (któż z nas nie posługuje się na co dzień sztuką autoprezentacji?).

Kłóci się to z przywoływanym w książce poglądem Oscara Wilde’a, „że najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady jak my”, a także opinią samego Szczygła, że to właśnie dlatego uwielbiamy Czechów, bo „to naród, który ma zupełnie inne wady”. Zgodne jest natomiast z ustaleniem znanego psychologa społecznego Roberta Cialdiniego twierdzącego, że ludzie mający wady podobne do naszych są odbierani przez nas pozytywniej od osób, które są ich wyzbyte. (I teraz – jak mówi przysłowie – nie wiadomo: myć zęby czy ręce?)

PS. Na „Zrób sobie raj” składają się także teksty poruszające inne istotne tematy. Jest tu mowa m.in. i o Praskiej Wiośnie, i o aksamitnej rewolucji, i o tym, jak się żyje Czechom bez Boga, o zanikającej tradycji grzebania swoich bliskich oraz o roli śmiechu i komizmu w życiu nie tylko naszych południowych sąsiadów. Wszystkie one zasługują niewątpliwie na osobne omówienie, na które zabrakło tu miejsca.

Mariusz Szczygieł, „Zrób sobie raj”
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2010

 

Zobacz książkę na stronie Wydawnictw Czarne: http://www.czarne.com.pl/?a=1807