15.01.2021 Archiwum

Z Piotrem Dąbrowskim, muzykiem, producentem, prezesem Fundacji Nobiscum, Filip Szałasek rozmawia o kulisach pracy nad jego najnowszym projektem – mapą dźwiękową Płocka.

Filip Szałasek: Zanim przejdziemy do rozmowy o mapie dźwiękowej Płocka, chciałbym nawiązać do serii „Smalltown Soundscapes”, której kolejne odcinki publikujesz od pewnego czasu na Bandcampie. Dlaczego twój mikrofon przyciągnęła Polska małomiasteczkowa i jakie wnioski wyciągnąłeś z jej nagrywania?

Piotr Dąbrowski: Pomysł na „Smalltown Soundscapes” narodził się podczas podróży do rozmaitych archiwów, w których moja żona, Gabriela, prowadzi badania historyczne. Od wielu lat, gdziekolwiek bym się nie wybierał, zabieram ze sobą sprzęt do nagrań, siłą rzeczy zacząłem więc nasłuchiwać tych miejscowości – niezależnie od tego, czy to względnie spory Łowicz, nadmorskie Świbno i Sobieszewo, czy malutka Żółkiewka znajdująca się na ścianie wschodniej Polski lub niedaleki od mojego rodzinnego Płocka Gostynin. Pomyślałem, że o ile większe miasta cieszą się zainteresowaniem, choćby ze strony rezydujących w nich artystów, o tyle te mniejsze raczej nie doczekają się konsekwentnie prowadzonej dokumentacji dźwiękowej. Warto więc cyknąć przynajmniej kilka dźwiękowych polaroidów, absolutnie niewyczerpujących tematu lokalnej audiosfery, często powstających jednego dnia i w dodatku tworzonych przez człowieka z zewnątrz, bez wiedzy o specyfice akustycznej poszczególnych miejsc. To jednak zawsze coś.

Mapa dźwiękowa Płocka to chyba projekt o wiele bardziej wymagający od „Smalltown Soundscapes”, nie tylko pod względem techniczno-logistycznym, ale i koncepcyjnym. Jak rozplanowałeś pracę i na czym polegały jej kolejne etapy?

Z jednej strony bardziej wymagający, bo to 40 nagrań (a w trakcie pracy nad mapą powstało, po zgrubnym przeliczeniu, ponad 50), z drugiej – jednak prostszy, gdyż Płock znam od urodzenia, a przysłuchuję mu się dość uważnie od ponad dekady. Będąc „u siebie”, nie miałem problemu z wytypowaniem lokalizacji, które chciałbym nagrać. To był pierwszy etap; jego weryfikacja nastąpiła podczas wielu godzin spacerów po mieście z rekorderem. Nagrania realizowałem jesienią, pogoda nieustannie modyfikowała więc moje plany, nie dając na przykład zbyt wiele czasu na pracę w miejscach szczególnie wietrznych.

Jeszcze przed rozpoczęciem działań w terenie miałem świadomość, że praca nad mapą musi być wieloetapowa, a te 40 nagrań – ich liczba wynikła niejako z pojemności dwóch płyt CD, na które planowaliśmy wydawnictwo – to będzie wierzchołek góry lodowej. Zrezygnowałem z nagrywania przestrzeni zamkniętych lub częściowo zamkniętych, takich jak na przykład parkingi podziemne czy ogród zoologiczny. Postanowiłem skupić się na miejscach otwartych, dostępnych – ulicach, parkach, skwerach. Potem wystarczyły wygodne buty, ciepła kurtka, sprzęt nagrywający i… godziny słuchania.

Nagrywałeś podczas pandemii, więc Płock, którego słuchałem z twojej mapy, przestanie istnieć, jeśli – dajmy na to – wszyscy się zaszczepią i życie wróci do tak zwanej normy. Ale przecież miasto przechodzi ciągłe metamorfozy. Jaki jest więc sens nagrywania map dźwiękowych?

Jednym z założeń nagrywania mapy akurat w tym czasie było uchwycenie tego, co w mieście ucichło na skutek obostrzeń, ale różnice nie są aż tak wielkie. Zniknął choćby gwar, który jesienią może i nie jest tak powszechny jak w czasie letnich festiwali, ale jednak obecny. Płock, jak na swoją wielkość, jest miastem zatłoczonym i zakorkowanym, ten element audiosfery nie zmienił się ani trochę, uległ wręcz uwypukleniu po tym, jak z pierwszego planu zeszły strzępki rozmów przechodniów. Odnoszę też wrażenie, że wszędzie jest więcej ptaków, w jednej z lokalizacji niemal oberwałem zrzuconym z gałęzi orzechem. Miejskie ptaki nie boją się hałasu, unikają raczej ludzi, których teraz mogą zastąpić na ulicach.

Zobaczymy, jak długo potrwa powrót do normy, myślę, że stanie się to jednak nieprędko i będzie szansa na kilka kolejnych nagrań w tym szczególnym czasie, a potem warto będzie wrócić do tych samych lokalizacji, nagrać je i porównać. To niezwykła szansa. Mapa dźwiękowa, podobnie jak w zasadzie każda mapa, jest jak fotografia. Dokumentuje moment. Dlatego nie może być zdarzeniem jednorazowym, to musi być projekt realizowany konsekwentnie przez dłuższy czas, i taki też jest nasz plan w kontekście Płocka.

Niektóre nagrania – na przykład ze strzelnicy przy Norbertańskiej – zostały oznaczone symbolem ostrzegającym słuchaczy przed nagłymi skokami natężenia dźwięku. Czy podczas wielogodzinnego chodzenia po mieście z rekorderem zacząłeś unikać niektórych miejsc w mieście?

Strzelnica, o której wspominasz, to najbardziej chyba jaskrawy przykład miejsca, gdzie w niemal zupełnej ciszy nagle rozlega się bardzo głośny dźwięk. W nagraniu jest też obecny pociąg, który – choć głośny.– zbliża się stopniowo, dając słuchaczowi czas, żeby mógł się przygotować na mający nastąpić hałas. Strzały z broni powodują, że dynamika nagranego dźwięku może być przez zaskoczenie nieprzyjemna, stąd to ostrzeżenie. Próbkę miałem we własnych słuchawkach (podczas nagrania). Mimo dyskomfortu fascynują mnie jednak miejsca, gdzie cisza lub dźwięki przyrody są nagle przełamywane hałasem o proweniencji industrialnej. Nie unikałem ich, wręcz przeciwnie; lekkie zmęczenie czułem może tylko, nagrywając kolejne miejsca atakujące uszy dźwiękami ruchu samochodowego.

Czy jako dźwiękowy kartograf wyobrażasz sobie dźwiękową turystykę? To oczywiste, że ludzie podróżują, żeby zobaczyć jakiś zabytek, ale bardzo rzadko – żeby usłyszeć, jak brzmi. Nie mówiąc już o wyprawach do miejsc, które mają do zaoferowania przede wszystkim wrażenia akustyczne, a nie na przykład piękne widoki.

Jak wspomniałem, w podróży prawie zawsze mam pod ręką rekorder, choć często nie planuję nagrań w konkretnych miejscach. Lubię poznawać nowe lokalizacje, słuchając ich. Odbywa się to bardziej na zasadzie: zobaczymy, co się będzie działo, czy to miejsce czymś mnie zaskoczy. Poza pasjonatami field recordingu ciężko mi wyobrazić sobie osoby, które planują urlop pod kątem słuchania lub nagrań, na przykład w jakiejś katedrze albo przestrzeni pofabrycznej. Ale ludzie szukają nowych wrażeń, niektórzy zwracają się wówczas ku temu, co słyszą. Nagrania na mapie Płocka starałem się ułożyć w taki sposób, aby podczas spaceru (czy raczej kilku) można było pokusić się o ich samodzielne odwiedzenie – to dla osób, które miałyby ochotę doświadczyć tych miejsc na własne uszy.

A co to za konstrukcja na okładce i co na niej/ w niej/ poprzez nią słychać?

Na okładce znajduje się płocki most imienia Legionów Piłsudskiego, obiekt dość rozpoznawalny, choć zwykle raczej na podstawie wyglądu, a nie brzmienia. Tego typu stalowe konstrukcje mogą dostarczyć sporo różnych dźwięków, choć w ostatnich latach, gdy ciężki ruch kołowy został przekierowany na drugi z płockich mostów, ten zwyczajnie „ucichł”. Wciąż jednak można w jego okolicy lub – tak jak na zdjęciu – pod nim nagrać pociągi, ptaki gniazdujące pomiędzy elementami konstrukcji czy samą Wisłę. Takie field recordingi, a w zasadzie dwa – zrealizowane na obu brzegach rzeki – można znaleźć na mapie dźwiękowej Płocka.

Rozpoznawalność audiosfery jako elementu decydującego o tożsamości mieszkańców miasta jest wciąż niewielka. Mam wrażenie, że włodarze dość chętnie dofinansowują projekty dźwiękowe jako interdyscyplinarną nowinkę, ale przechodzą one bez echa [sic!]. Jakie formy zaangażowania ze strony urzędników – poza finansowymi – wydają ci się szczególnie potrzebne?

Pomimo rosnącej popularności field recordingu – a może szerzej: uważne słuchanie audiosfery – wciąż jest czymś względnie niszowym. Współpraca naszej fundacji z Miastem Płock jest pod tym względem bardzo owocna, cieszy mnie pozytywne nastawienie włodarzy miasta i komisji opiniujących tego typu zadania, bo – powiedzmy to sobie szczerze – nagrania terenowe na rynku komercyjnym raczej nigdy się nie odnajdą, a o fizycznych wydawnictwach można myśleć zwykle w dość ograniczonym zakresie. Mapa dźwiękowa Płocka ukazała się w nakładzie 500 egzemplarzy i jest dostępna nieodpłatnie, co – mam nadzieję – skłoni kilka nowych osób do sięgnięcia po nią.

Zresztą zainteresowanie już teraz przerosło moje oczekiwania. Sporo egzemplarzy trafi do bibliotek, przewidzieliśmy pulę dla nowo otwartej płockiej mediateki. O mapie napisały praktycznie wszystkie media lokalne, mniejsze i większe, może czasami tylko na zasadzie ciekawostki, ale jednak. Z mojej praktyki wynika, że nie zawsze tak było, nawet w przypadku mniej niszowych projektów, które realizowaliśmy. Może inne samorządy pójdą w ślady Płocka i wesprą lokalne działania tego typu? Łatwiej mają bowiem większe miasta, w których funkcjonują instytucje czy środowiska akademickie. Prócz finansowania warto, by oficjele chwalili się takimi projektami – samorządy czy instytucje dysponują przecież własnymi kanałami promocji.

Czy zanim zabrałeś się do nagrywania mapy Płocka, słuchałeś map dźwiękowych innych miast?

Tak, najbardziej chyba zapadła mi w pamięć mapa wrocławska – kompleksowo przygotowana, obecnie zapewne największa w Polsce – i lubelska, której twórcy pokusili się o rekonstrukcję audiosfery dzielnicy żydowskiej. To ciekawy eksperyment, choć takie odtwarzanie dźwięków to już coś innego niż nagranie zrealizowane w określonym miejscu i czasie.

Na trackliście mapy widzę nagrania z cmentarzy ewangelickiego i rzymskokatolickiego. Twoja fundacja uruchomiła jakiś czas temu portal poświęcony żydowskiej społeczności Płocka i okolic. Domyślam się, że w tkance miasta nie zachowały się dźwiękowe ślady tej kultury. Jak podchodzisz do historii dźwiękowej i nagrywania rozumianego jako forma upamiętniania?

Pamięć jest czymś, co w znacznym stopniu determinuje działania, które wspólnie z Gabrielą prowadzimy w ramach fundacji. Jako mała organizacja pozarządowa podjęliśmy i konsekwentnie realizujemy na sporą skalę badania nad historią społeczności żydowskiej Płocka, efektem których są publikacje książkowe i wspomniany przez ciebie portal Jewish Plock. Rzeczywiście dźwiękowych śladów istnienia płockich Żydów w tkance miasta już nie ma – można by się co najwyżej pokusić o nagrania w budynkach, które po sobie ta społeczność zostawiła, albo na terenach dwóch cmentarzy, których audiosfera jest obecnie zdominowana przez pobliski ruch samochodowy. Tego rodzaju nagrania zdecydowanie mają sens, czego przykładem mogą być field recordingi Macieja Wirmańskiego zrealizowane właśnie na terenie cmentarzy żydowskich.

Masz na myśli obie części „Dawnych cmentarzy żydowskich”? Ponoć ten projekt będzie wkrótce kontynuowany. Co usłyszałeś na tych nagraniach jako osoba zajmująca się historią Żydów?

W zakresie samych nagrań – bo Maciej nieco w nie zaingerował na płaszczyźnie twórczej – słychać tam głównie przyrodę, ptaki, przejeżdżające w oddali auta. Dla mnie jednak w tego typu nagraniach nie chodzi tylko o to, co słychać, ale i o to, czego nie słychać. Nagrania w pewnym sensie reprezentują fakt, jak współczesna (nie)pamięć obchodzi się z tymi miejscami. To oczywiście tylko jedna z możliwych interpretacji i to wysunięta przez kogoś, kto z tą (nie)pamięcią bierze się za bary i kogo ona uwiera. Każdy może mieć własną.

Na Bandcampie wspominasz, że do realizacji „Smalltown Soundscapes” wykorzystałeś rekorder Zoom H5 z wiatrochronem oraz Ether, urządzenie Soma Laboratory, które pozwala usłyszeć fale elektromagnetyczne emitowane przez rozmaite obiekty. Jak wyglądało twoje zaplecze sprzętowe podczas nagrywania Płocka?

W Płocku realizowałem nagrania z użyciem dokładnie tego samego rekordera wyposażonego zarówno w wiatrochron, jak i specjalny uchwyt amortyzujący urządzenie i eliminujący artefakty wynikające z przypadkowych dotknięć obudowy – to istotne, jeśli używa się wbudowanych w jego korpus mikrofonów. Do monitoringu używam starych słuchawek dousznych Shure z serii dedykowanej odsłuchowi na scenie, niestety na ich wytartej obudowie nie zachowało się już oznaczenie modelu. Cenię sobie kompaktowość tego zestawu, możliwość rozpoczęcia pracy w kilka sekund, odporność i – koniec końców – dobrą jakość zrealizowanych nagrań. Soma Ether w nagraniach Płocka się nie odnalazł, jednak specjalnie skrojone sniffery elektromagnetyczne to ciekawe urządzenia. Jestem przekonany, że mogą stanowić bazę dla osobnej gałęzi field recordingu nie mającej już nic wspólnego z tradycyjnie rozumianą audiosferą.

Skoro rozmawiamy o sprzęcie, to warto też poruszyć kwestię finansów. Ile wynosił budżet twojego projektu i co się na niego złożyło?

Korzystałem ze sprzętu, który już posiadałem, nie dokonałem więc żadnych inwestycji. Lwia część kosztów to oczywiście tłoczenie płyt CD i druk okładki, do tego druk plakatów i honoraria dotyczące wykonanych nagrań i dokumentacji fotograficznej, której autorką jest Gabriela. Finansowo cały projekt zamknął się w kwocie 6 000 zł, do tego doszedł wkład niefinansowy fundacji.

Czytałem, że Nobiscum ma w planach kolejne projekty dźwiękowe. Czy w związku z dynamicznym charakterem map dźwiękowych planujesz dalej nagrywać Płock?

Oczywiście, nieprzypadkowo na okładce mapy znalazł się dopisek „vol. 1”. Chciałbym też powrócić do idei spacerów dźwiękowych po mieście, oczywiście w formule, na jaką pozwoli sytuacja epidemiczna. W 2019 roku zorganizowaliśmy taki spacer wspólnie z Marcinem Dymiterem i Marcinem Barskim, chyba pierwszy w historii Płocka i niestety, jak dotąd ostatni. A słuchanie musi poprzedzać nagrania, można też przecież słuchać i niekoniecznie nagrywać, to też jest duża wartość. Czas – i najwyraźniej dobrze czujący się u nas koronawirus – pokażą, co i w jakim okresie uda się zrobić. Pozostajemy na posterunku. 

Mapa dźwiękowa Płocka – publikacja na dwóch płytach CD jest pierwszą tego rodzaju inicjatywą w historii miasta i jedną z nielicznych w Polsce. Zainteresowani mogą otrzymać ją nieodpłatnie do wyczerpania nakładu w biurze Płockiej Lokalnej Organizacji Turystycznej (Stary Rynek 8) oraz bezpośrednio lub wysyłkowo od fundacji po uprzednim kontakcie mailowym: info@fundacjanobiscum.eu.

Piotr Dąbrowski – płocki muzyk, producent, realizator dźwięku. W ostatnim czasie skupiony na eksplorowaniu możliwości systemu modularnego, instrumentarium elektronicznego i elektroakustycznego, a także eksperymentujący z taśmą i technikami dubowymi. Tworzy głównie w estetyce ambientowej, nie stroniąc od trudnych do sklasyfikowania poszukiwań dźwiękowych i field recordingu. W 2019 roku powołał do życia projekty UBIEL – w którym na język muzyki ambient i drone przełożył kameralne kompozycje Stanisława Moniuszki, Random Variable – oparty na eksploracji przypadkowości i sekwencji powstałych na podstawie algorytmów, a także „Smalltown Soundscapes” – field recording realizowany w niewielkich miastach i miasteczkach. Współfundator i prezes Fundacji Nobiscum, kurator płockiego cyklu koncertowego Sygnał/Szum.

Fot. Gabriela Nowak-Dąbrowska