Archiwum
08.04.2011

Polityka w więzieniu i cyrku

Justyna Knieć
Film

Co takiego jest w kinie Półwyspu Iberyjskiego, że z roku na rok kolejna edycja Tygodnia Kina Hiszpańskiego przyciąga coraz więcej widzów?

Skoro obok zwyczajowych zachwytów dziełami Pedra Almodóvara pojawiają się też utyskiwania, że mistrz w każdym nowym filmie powiela stare klisze, zjadając powoli swój ogon, czy możemy się jeszcze spodziewać ożywczego powiewu w hiszpańskim kinie? Już film otwierający przegląd najnowszej kinematografii hiszpańskiej, „Hiszpański cyrk” Áleksa de la Iglesii hukiem wystrzałów i strumieniami krwi usiłował wtargnąć w umysły widzów, rozsiewając na poły rebelianckie idee. I nie chodzi nawet o odniesienia do wątków historycznych, choć i tych nie brakuje, ale reżyserski zamysł przewrócenia rzeczywistości do góry nogami – jak w cyrku właśnie. W filmie de la Iglesii o walce, którą podejmuje pracujący jako smutny klaun Javier, by zyskać miłość pięknej akrobatki – wszystko jest więc możliwe. Reżyser miesza konwencje, gatunki, co rusz zmieniając tempo filmu. Pod ekstrawaganckimi kostiumami, brutalnymi scenami akcji i mocno kontrowersyjnym humorem nie kryją się żadne wielkie pojęcia – jest miłość, jest nienawiść, jest walka do ostatniej kropli krwi.

I nawet jeśli warte podkreślenia są polityczno-historyczne insynuacje (które jednak nie wywarły na Hiszpanach szczególnego wrażenia, film wzbudził małe zainteresowanie), odnoszące się do opresyjnego systemu generała Franco czy początków ETA (główny bohater po udanym zamachu na frankistowskiego notabla podchodzi do zamachowców, pytając: „A wy, z jakiego cyrku jesteście?”), to jednak „Hiszpański cyrk” jest głównie kinem rozrywkowym na miarę „Bękartów wojny” czy „Machete”. Osiłka z wielką maczetą zastąpił szalony klaun (po mistrzowsku zagrany przez Carlosa Arecesa). Nie przeszkodziło to mimo wszystko jury (pod przewodnictwem, a jakże! Quentina Tarantino) ostatniej edycji festiwalu w Wenecji, które szeroko komentowanym werdyktem nagrodziło de la Iglesię Srebrnym Lwem.

Zupełnie odmienny styl reprezentuje nakręcony bez scenariusza film Jose Marii de Orbe „Aita” z aktorami-naturszczykami. Głównym bohaterem tego estetycznie wysublimowanego obrazu jest nie człowiek z krwi i kości, tylko stary, bo zbudowany jeszcze w średniowieczu ogromny dom oraz duchy i wspomnienia, które go nawiedzają. Jedyną żywą postacią stale odwiedzającą opustoszałe mury jest starszy mężczyzna otwierający domostwo dla zwiedzających. Jego rozmowy z księdzem o duszy i śmierci, pełne odniesień do mitów baskijskich, przerywają chóralne śpiewy podsłuchiwane przez ścianę oraz plastyczne projekcje na ścianach domu. Muzyka, która początkowo zdaje się dobiegać z zaświatów, nadaje filmowi aurę tajemniczości, podkreślanej jeszcze przez inspirowane malarstwem Marka Rothko oniryczne obrazy, które nocami rozświetlają puste pokoje. Film de Orbe zdradza zamiłowanie reżysera do eksperymentowania z formą filmową i łączenia jej z innymi sztukami. Dla widza zaś jest metafizyczną podróżą do miejsca, gdzie spotykają się strefy życia i śmierci.

Z kilkuletnim poślizgiem trafił na przegląd „Narzeczony dla Yasminy”. Reżyserski debiut Irene Cardony, wyprodukowany w 2008 roku, na festiwalu w Maladze otrzymał nagrody: publiczności, dla najlepszego filmu oraz aktorki Maríi Luisy Borruel za rolę Loli, Hiszpanki w średnim wieku, która poszukuje męża dla młodej Marokanki. Tytułowa Yasmina tylko dzięki małżeństwu ma szansę zrealizować życiowy plan, i nie jest to wcale biały domek z białym płotkiem i sadem drzew pomarańczowych. Kiedy wybrankowi dziewczyny nie spieszy się do urzędu cywilnego, na scenę wkracza Lola, która pracując na rzecz imigrantów, w małym miasteczku na południu Hiszpanii zna prawie wszystkich. Ta komedia sytuacyjna nie tylko z niezwykłym humorem obrazuje niełatwe relacje damsko-męskie czy społeczność migrantów oraz próby budowania pomostu łączącego ich z Hiszpanami, ale jest także przykładem świetnie zrealizowanego kina kobiecego.

A tego ostatniego organizatorzy Tygodnia Kina Hiszpańskiego zaproponowali w tym roku zaskakująco mało. Postawili raczej na dramaty rodzinne, takie jak przesycona absurdalnym humorem „Moskitiera” Augustiego Vili ze wspaniałą jak zawsze Geraldine Chaplin, o rodzinie, z której neurozami nie poradziłby sobie chyba samodzielnie żaden psychiatra, albo „Wszystko, czego zapragniesz” Achero Mañasa – dość tendencyjny obraz o ojcu, który dla podtrzymania więzi z córką odwołuje się do zaskakujących, a nawet potencjalnie niebezpiecznych rozwiązań. Tematykę rodzinną podejmuje też w jakiś sposób „Bullying” Josetxo San Mateo, którego główny bohater, 15-letni Jordi zastępuje partnera będącej w depresji matce. Pozycje w tej rodzinie zostały zachwiane do tego stopnia, że nastolatek, który staje się podporą matki, ukrywa przed nią własne problemy, chociaż jest ofiarą szkolnego mobbingu. Mimo doskonałego aktorstwa i realizacji, której w zasadzie niewiele można zarzucić, wszystkie te filmy nie wystają wysoko ponad gatunkową konwencję.

Czystym, konwencjonalnym dramatem więziennym wydaje się na początku nagrodzona 8 nagrodami Goya „Cela nr 211” Daniela Monzóna. Młody Juan na dzień przed rozpoczęciem pracy w charakterze więziennego strażnika zwiedza placówkę, nie spodziewając się, że więźniowie tego samego dnia zaplanowali zamieszki. Opuszczony na terenie więzienia przez wystraszonych strażników młody mężczyzna musi poradzić sobie z buntownikami, nad którymi przywództwo objął samiec alfa Malamadre. Podczas gdy my zadajemy sobie wciąż pytanie, jak długo więźniowie będą skłonni wierzyć w kolejne wymyślne oszustwa Juana, sam bohater przechodzi zaskakującą metamorfozę. Obok wygrywanego przez reżysera i zarazem współscenarzystę filmu motywu przewodniego, jakim jest nieustannie podsycane kłamstwo, mamy do czynienia z powolnym układaniem w jedną całość elementów tożsamości głównego bohatera. I kiedy zakrwawiony Juan staje przed przedstawicielem rządu, nie jest już tym samym Juanem w wyprasowanej koszuli i z zaczesaną grzywką, który przekroczył bramę więzienia. Kiedy mówi w imieniu więźniów: „Jesteśmy śmieciami, które lądują na wysypisku, żeby nie cuchnęły” – ma na myśli nie tylko osadzonych kryminalistów czy drobnych przestępców, ale też siebie, zmieniającego wciąż pracę robotnika bez szans na dostatnie życie. W tym momencie Monzón błyskotliwie wykracza poza fabularny schemat, a tytułowa cela pojawiająca się na początku i końcu filmu staje się symbolem więzienia nie tylko dla łamiących prawo. Zresztą o etycznych postawach w „Celi nr 211” można zapomnieć – wszystkie postacie filmowe cechują się moralnym relatywizmem, co staje się już wyraźnie cechą fabuł ostatnich lat.

Chcąc podsumować ten krótki przegląd, oglądam zestawienia nagród Goya ostatniego dziesięciolecia i uświadamiam sobie, że tym, czego mi brakuje w kinie hiszpańskim ostatnich lat, są tematy trudne, wielowymiarowe, wywołujące skrajne reakcje. Nagle zabrakło obrazów na miarę „XXY”, „Granatowyprawieczarny” czy „W stronę morza”, które i na naszych ekranach gościły jeszcze kilka lat temu, ciesząc się sporym zainteresowaniem. Z drugiej strony, trudno nam, polskim widzom do końca pojąć niuanse polityczno-historyczne i uznać na przykład inspirowany historiami więźniarek frankistowskiego reżimu „Sięgając gwiazd” za film wybitny bez znajomości solidnego kawałka hiszpańskiej historii. Oczywiście, trudno spodziewać się całkowitego zrozumienia od mieszkańca Półwyspu Iberyjskiego na przykład wobec „Katynia”. Jeśli jednak tegoroczny przegląd miał być reprezentatywny dla hiszpańskiej kinematografii, to zmasowany atak klaunów i jedno zdanie padające z ust niedoszłego strażnika więziennego – to zdecydowanie za mało, by powiedzieć nam coś nowego o samych Hiszpanach.

 

11. Tydzień Kina Hiszpańskiego
Warszawa, Kraków, Katowice, Łódź, Poznań, Lublin, Gdańsk
17.03.–10.04.2011



Co takiego jest w kinie Półwyspu Iberyjskiego, że z roku na rok kolejna edycja Tygodnia Kina Hiszpańskiego przyciąga coraz więcej widzów?