Archiwum
22.06.2012

Po co komu filozofia?

Tomasz Zarębski
Literatura

Toczą się obecnie gorące dyskusje nad kondycją rodzimej edukacji i pomysłami na jej polepszenie. Najczęściej bodaj wyrażaną opinią jest ta, że kształcenie jest u nas niedostosowane do oczekiwań rynku pracy, a młodzi ludzie w sposób pozbawiony wyobraźni wybierają kierunki humanistyczne, podczas gdy dobrotliwy Lewiatan miłością wielką i odwzajemnioną darzy techników, inżynierów, słowem: sprawnie rachujących majsterkowiczów. Jeśli w gronie tym pojawiają się jacykolwiek humaniści, to są nimi adepci ekonomii, którzy zresztą od reszty humanistyki zazwyczaj alergicznie się dystansują. Krótko mówiąc, dla poetów i filozofów nadeszły złe czasy, choć niejeden pesymista zapyta, czy kiedykolwiek były dobre. Prawdę rzekłszy, o poetach w publicznych sporach nikt już nawet nie wspomina, filozofowie zaś – jakby nie patrzeć, na mocy etymologicznie ugruntowanej definicji „miłośnicy mądrości” – coraz częściej służą za modelowych głupców.

W takim oto momencie do rąk czytelnika trafiło niedawno kolejne wydanie najpopularniejszej książki Bertranda Russella, jego „Dziejów zachodniej filozofii”. Pod nieco zmienionym tytułem i w nowej szacie graficznej, tym razem – niestety – w miękkiej oprawie, co zmusza do opracowania ostrożnej logistyki czytania, bo księga jest nad wyraz opasła.

Jej długość to zaledwie pierwsza z długiej listy „przewin” Russella. Kolejną jest z pewnością brak obiektywizmu. Autor „Principia Mathematica” nie próbuje nawet ukryć swoich sympatii i antypatii, otwarcie ocenia koncepcje myślicieli przeszłości, konfrontuje je z własnymi poglądami. Spogląda na historię filozofii z różnych perspektyw; czasami jawi się nam jako przenikliwy logik i matematyk, innym razem występuje w roli zaangażowanego liberała i obrońcy praw człowieka, by na kolejnej stronie ujawnić wspaniały zmysł ironisty. Przykładem tego ostatniego niech będzie następujący fragment, opisujący postać Pitagorasa:

„Założył religię, której najistotniejszymi zasadami była wędrówka dusz i grzeszność jedzenia fasoli. Religie tę wyznawał zakon, który tu i ówdzie uzyskiwał panowanie nad państwem i ustanawiał rządy świętych. Ale nieodrodzeni tęsknili za fasolą i prędzej czy później wzniecali bunt. A oto niektóre z zasad zakonu pitagorejskiego:
1. Nie spożywać bobu
2. Nie podnosić okruchów, które spadły.
3. Nie spożywać białego koguta.
4. Nie łamać chleba” (s. 53).

Utrzymanych w podobnym duchu akapitów książka Russella zawiera wiele, lecz nie świadczą one o pogardliwym stosunku ich autora do poprzedników. Za ironią kryje się przekonanie – które niżej podpisany w całej rozciągłości podziela – że przed klasykami nie powinniśmy padać na kolana. Nabożny stosunek do tradycji prowadzi bowiem do intelektualnego marazmu, uczynienia z filozofów świętych, nieomylnych mędrców, którym my, maluczcy, winniśmy okazywać dozgonną wdzięczność za łaskawe oświecenie prościutkich umysłów. A przecież filozoficzne wędrówki w poszukiwaniu prawdy wiodły często bezdrożami pełnymi absurdów, pobożnych życzeń i naiwnych wyobrażeń. Russell ma tego pełną świadomość, z grona omylnych nie wyłączając siebie samego i sobie współczesnych. Dlatego też nie ogranicza się do prezentacji samych tylko idei, lecz umieszcza je w zmiennych kontekstach historycznych, barwnie odmalowując społeczne, polityczne, gospodarcze i religijne okoliczności, na których tle rozwijała się filozofia. I znowu brytyjski autor umieszcza się daleko od akademickiej ortodoksji, nie tyle błędnie relacjonując fakty lub prymitywnie naciągając ich interpretację do topornych ideologicznych tez, ile tak kierując narracją, by naszkicować własne pojmowanie kulturowej dynamiki, w ramach której ewoluuje z kolei filozofia.

„Dzieje zachodniej filozofii” po około dziesięciu latach przerwy ponownie rozgościły się na księgarskich półkach. Czytelnicy, którzy sięgną po tę tysiącstronicową księgę, nie powinni liczyć na lekką i przyjemną lekturę. Niczego przesadnie nie komplikując, niczego też Russell nie ułatwia. Nie poddaje się pokusie przykrojenia historii filozofii do potrzeb i intelektualnych możliwości każdego czytelnika. To nie jest filozofia po góralsku. To nie jest również podręcznik skutecznych negocjacji, projektowania silników odrzutowych ani innowacyjnego zarządzania personelem w firmie produkującej gwoździe. Toteż współczesny model edukacji – zarówno ten dziś obowiązujący, jak i ten dopiero obmyślany przez entuzjastów modernizacyjnej technokracji – doskonale się bez takowych książek obejdzie. Po co bowiem czytać Russella? Po co komu filozofia? Pytań tych nie uczynię retorycznymi, ale odpowiem najzupełniej szczerze: po nic. I taka odpowiedź zdaje mi się najpiękniejszą z możliwych.

Bertrand Russell „Dzieje zachodniej filozofii”
Wydawnictwo Aletheia 2012

alt