Archiwum
02.02.2012

Pisarz, złodziej

Marcin Skrzypczak
Literatura

„Ojciec trzymał pisak tak, jak stolarz trzyma w ręku gwóźdź zbyt krzywy, by dało się wbić go w deskę” (s. 5). Już pierwsze zdanie „Pióropusza” Mariana Pilota zdradza, że mamy do czynienia z książką jawnie autotematyczną, pisaniem o pisaniu, metaliterackim donosem pisarza na siebie samego.Powieść tę można odczytywać jako zapis podwójnej genealogii – pisarskiej i rodzinnej. Rodowody krwi i pióra są tu ściśle ze sobą związane, warunkują się: pisarz pisze o ojcu lub w jego obronie, o matce lub z jej z polecenia, a jego „pisarskość”, wyjątkowy dar i przekleństwo zarazem, podkreślona zostaje poprzez analfabetyzm obojga rodziców.

Dalsze zdania powieści ukazują nam umierającego ojca, niemego w wyniku operacji gardła. Jego niemota jest podwójna: nie jest w stanie ani niczego powiedzieć, ani niczego napisać, ze względu na swoją niepiśmienność, z którą ostentacyjnie się obnosił, podpisując obsesyjnie trzema iksami wszystko, co napotkał na swojej drodze: książki, płot okalający probostwo, drzewa, szpitalne łóżko. Ostatni krzyżyk (jeden, na dwa kolejne nie starczyło mu już sił) postawił na marginesie czasopisma „Viva” (a więc „Żywa”), do ostatniego momentu walcząc o wpisanie się w „Życie”. „Krzyżyk był akuratny, o prostych, równych ramionach; znać, że mistrz go kreślił” (s. 5). Ja, czyli pisanie (podpis, znak), czyli krzyż (trzy krzyżyki). Niema, niepiśmienna przeszłość zbiega się z rozpisaną, rozpasaną teraźniejszością pisarza i czasopisma „Viva”.

Oprócz obsesyjnego, „niepiśmiennego pisania”, dziedzictwem ojca jest również złodziejski fach. Złodziejem, zdaniem narratora, jest bowiem nie ten, który kradnie, ale ten, o którym mówią (piszą?), że kradnie. W „Pióropuszu” złodziej ukazany jest nie jako ktoś, kto zajmuje się czymś moralnie nagannym, lecz jako rzemieślnik wykonujący swój stary jak świat zawód. W wiejskim krajobrazie powieści złodziej jest wpisany w naturalną logikę świata, nie burzy harmonii, ale ją tworzy, stając się obok szewca, księdza lub stolarza oczywistym składnikiem społecznej struktury. Pisarz dziedziczy po ojcu przekazywaną z pokolenia na pokolenie sztukę kradzieży i wykorzystuje ją, wykradając dla siebie świat z literatury i literaturę ze świata.

„Skończyłem czytać. Serce po tym czytaniu biło przyjemnie i błogo. W siódmym niebie byłem. Warto było, żeby ojca do pierdla posadzili, warto było samemu ojca z matką do pierdla posłać, aby takie skarby stamtąd przywieźli. Głębiej nacisnąłem na nos okulary i zamiast powiedzieć, krzyknąłem do siedzącego po drugiej stronie stołu ojca:
– Ojciec! Nie masz tam aby w torbie jeszcze jakiejś gazetki?
– Nie – odpowiedział ojciec.
– Źle – odpowiedziałem na to.
– Co robić – westchnął ojciec.
– Wiem, co robić – powiedziałem.
– Co? – zapytał ojciec.
– Na razie gazetka mi starczy. Potem pójdę i sam sobie gdzieś porwę drugą – powiedziałem.
– Ale gdzie – zasępił się ojciec.
– Choćby i w pierdlu – oświadczyłem. – Porwę i zostanę pisarzem.
– Wstyd – rzekł ojciec surowo.
– Czego? – zapytałem.
– Wycierać nasze nazwisko – rzekł ojciec.
– Gdzie! – zaśmiałem się tryumfalnie. – Nawet nazwisko porwę se tak samo” (s. 277).

Narrator-pisarz kradnie cudzą tożsamość, używa jej i przekształca. Cieszy się z przysposobionego nazwiska jak z porwanej dla niego przez ojca hitlerowskiej czapki, w której paradował po wsi. Przypisana mu rola bywa również piętnem. Niesie krzyżyk swojego ja-pisania, musi wyrzucać z siebie słowa, pisać za karę sto razy słowo „harcerz”, wciąż i wciąż, przekraczając wyznaczony limit, pochłonięty literackim Hassliebe do języka.

Ukoronowany zeszłoroczną Nagrodą Literacką Nike, „Pióropusz” Mariana Pilota podsuwa metaliteracki trop lektury również na poziomie języka. Pióro narratora puszy się swoim bogactwem i wielobarwnością, tryskają kolejne synonimy, mnożą się dopowiedzenia i mikroopowieści, jakby biorąc odwet za niemotę rodziców i wcześniejszych pokoleń, karmiąc się ich mówieniem czy raczej gadaniem.

Wszystkie te postacie i ich opowieści zostają zebrane i związane jednym piórem, jednym językiem i jedną opowieścią, która meandruje, kluczy, w której dość łatwo jest się czytelnikowi pogubić. „Pióropusz” jest powieścią frapującą, lecz miejscami męczącą swoim rozgadaniem, językową rozwiązłością. Powieść chce z niemego iksa, znaku niewiadomej, wykrzesać jak najwięcej literatury i zmaganie to, walka o własną i cudzą tożsamość może być dla mniej doświadczonego czytelnika nużąca. Wytrwalszy z pewnością wykradnie z niej coś wartościowego.

Marian Pilot, „Pióropusz”
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011

alt