Archiwum
22.08.2018

Pierwszy rzut: „Tłuczki” Katarzyny Wiśniewskiej

Katarzyna Trzeciak
Literatura

Debiutancka powieść Katarzyny Wiśniewskiej nie ma bijącej w oczy promocji, dobitnie przekonującej czytelników i czytelniczki, że oto trafia do nich literatura przełomowa i demaskatorska, wobec której obojętność jest postawą niemożliwą. A przecież tak właśnie mogłoby być, bowiem powieściowy książka dziennikarki „Gazety Wyborczej” (a także filozofki i psycholożki), specjalizującej się w podejrzliwości wobec Kościoła katolickiego, podsuwa wprost gotowe hasła promocyjne. Szczęśliwie jednak wydawcą „Tłuczków” jest Nisza, której obce jest ustawianie oczekiwań i projektowanie głosów krytyki chwytliwymi frazesami. Z czwartej strony okładki nie uderzają nas tu fragmenty powieściowych kontrowersji ani perswazyjne blurby podszywające się często pod krytycznoliteracki komentarz. Mamy natomiast intrygujący obraz (autorstwa Agnieszki Sztejerwald), który zupełnie innymi środkami skłania do lektury tekstowej zawartości. I dopiero po niej zyskuje jako wizualny komentarz do przedstawionych zdarzeń. Już więc na poziomie materialności tej literatury widoczne jest nastawienie na pracę interpretacyjną samych odbiorców i odbiorczyń i ich własne formowanie (czynność dla całej historii bardzo znacząca) znaczeń.

„Tłuczki” to zapis z praktyk nadawania kształtu, narzucania formy zarówno jednostkom, jak i zbiorowym relacjom. Nie chodzi tu jednak o abstrakcyjnie rozumiane jednostkowości, jakichś „nas wszystkich” uzależnionych od społecznych działań formotwórczych. Nie na wszystkich bowiem „forma” odciska się z równie bolesną siłą, a i nie wszyscy posiadają moc nadawania kształtu. Na przykładzie dziejów jednej rodziny, jej członków i członkiń Wiśniewska skutecznie rozmieszcza hierarchie i związane z nimi siły.

Dysponentem kształtu jest tu dziadek Wincenty, inżynier budownictwa, pasjonat górskich wycieczek, zdobywca odznak PTTK i przeciwnik wszelkiej słabości. Jego ulubioną lekturą jest przedwojenny „Podręcznik inżynierski” – wzorzec porządku, organizacji i precyzji. Inżynierski świat Wincentego ma ostre krawędzie, których największym wrogiem jest nieforemność, płynność i bezcelowa przyjemność, które wiąże z kobietami – swoją żoną i córkami. Całą opowieść otwiera osobliwa, falliczna fantazja dziadka – w soplu lodu dostrzega członek we wzwodzie. Seks, który uznaje za rozrywkę niemęską, zyskuje doniosłość, gdy miejsce miękkich genitaliów zajmuje ostro zakończony sopel. Ale u Wiśniewskiej trudno szukać wprost opisanych realizacji tych fantazji. Siła przemocowego porządku mężczyzny jest tym skuteczniejsza, im mniej wyraźne stają się jego realizacje.

Wincenty jest inżynierem nie tylko dlatego, że konstruował mosty. Z perspektywy kobiet w rodzinie Kazaliczów Wincenty konstruował przede wszystkim znaczenia. Kiedy po rodzinnym raucie zabierał na swoją wąską kanapę córkę Marię, nie było języka, który nazwałby ten akt. Nie nazywa go także Wiśniewska, pozostawiając czytelników i czytelniczki w obliczu porażającej pustki znaczenia, ono bowiem przynależy wyłącznie sprawcom przemocy.

Dziewięć lat temu grecki reżyser Yorgos Lanthimos pokazał w „Kle” rodzinę, w której ojcowska władza nauki języka ujawniła się jako emanacja lęków przed utratą kontroli. Zawłaszczenie znaczeń przybrało tu formę dosłowną – dla dzieci telefon oznaczał sól, a autostrada była dla nich silnym wiatrem. Panowanie nad znaczeniami gwarantowało tu odporność rodzinnej enklawy na konfrontację z rzeczywistością, która łatwo przecież mogłaby rozsadzić kruchą fikcję władzy i ujawnić rodzinne tabu, rozpaczliwie chronione przestrzenną i językową izolacją. Dziadek z „Tłuczków” podąża tym samym tropem: „nauczył córki, że na to, co bardzo brzydkie, mówi się piękne. I na odwrót”. Maria na talerz mówi kubek, przez co staje się obiektem drwin w przedszkolu. I nawet w dorosłym już życiu kobietom z tej rodziny zdarzają się pojęciowe pomyłki.

Wydzielanie języka ma swoje długofalowe skutki, bowiem jest praktyką manipulowania kształtem rzeczywistości i sposobami uczestniczenia w niej. Wnuczka Wincentego, Łucja, po latach w rozmowie ze swoim chłopakiem wyzna, że nie wierzy w partnerski związek. Partnerstwo jest dla niej biznesowe lub wschodnie, jakby w jej słowniku nie mogło łączyć się z innymi rejonami. Dlatego reprodukcja przemocy jest u Wiśniewskiej podstawową cechą relacji, dotyka wszystkich ich poziomów tym bardziej, im bardziej rozproszone są jej struktury.

W tym rozproszeniu tkwi siła „Tłuczków”. Genealogia rodzinnej przemocy nie układa się w linearną opowieść o dziedziczeniu, którego wyłącznym źródłem jest apodyktyczny dziadek. Pomieszanie porządków czasowych jest tu potrzebne, by uwidocznić, że przemoc reprodukuje się wielostronnie i nie wystarczy wskazanie jednej, źródłowej postaci, by wyeliminować jej oddziaływanie. Sięganie w głąb rodzinnej historii jest pomocne, ale nie rozwiązuje problemu. Źródła opresji nakładają się na siebie, wybuchają z różnych stron, bo nadanie światu formy jest ostatecznie warunkiem funkcjonowania w nim.

„Tłuczki” pokazują, że literatura, która mierzy się z konkretnymi społecznymi problemami, potrzebuje właściwości powieściowej fikcji. I nie chodzi tu o naiwnie, abstrakcyjnie odpolitycznione „wartości literackie” – ich uznanie zawsze związane jest z konkretnym modelem kulturalno-społecznym; z aprobatą określonych sposobów pisania w ramach politycznie umocowanego kanonu. Chodzi raczej o coś, co Katarzynie Wiśniewskiej i wydawnictwu Nisza wyszło chyba bezbłędnie – zainscenizowanie w języku prozy komplikacji jej tematu. Jeśli „Tłuczki” są o przemocy, której skuteczność zależy od ukrycia jej działania; od rozproszenia w wieloznaczności i od odebrania ofiarom zdolności do jednoznacznych określeń, to zarówno struktura tekstu powieści, jak i pomysł na zamknięcie jej okładką z wieloznacznym obrazem są tej przemocy potwierdzeniem. W debiucie Wiśniewskiej nie tylko czytamy o reprodukcji opresji, ale zostajemy w nią włączone. Nielinearnie opowiadana historia, niedopowiedziane sceny i niejednoznaczne postawy bohaterek nie osłabiają tu siły literackiego komunikatu. Przeciwnie, działają na rzecz jego ekspozycji, czyli wrzucenia nas w opresję napędzaną brakiem jednoznacznych definicji i konkretnego języka, rozpoznającego przemocowe sytuacje. Katarzyna Wiśniewska wykorzystała siłę literatury, która jest mocnym głosem w dyskusjach o wciąż, niestety, żywym problemie uprzedmiotowienia kobiet.

 

Katarzyna Wiśniewska, „Tłuczki”
Wydawnictwo Nisza
Warszawa 2018