Archiwum
27.02.2015

Pewna ręka Michaela Giry

Marcin Skrzypczak
Muzyka

„Nie podchodź za blisko, mogą zaatakować” – ostrzegali rodzice, gdy do plaży, na której pracowicie budowałem i burzyłem zamki, podpływały cicho białe i dostojne ptaki. Choć były zupełnie spokojne, stawały się w moich kilkuletnich oczach drapieżne i nieobliczalne.

„To Be Kind”, trzynasta płyta w dorobku grupy Swans, to opowieść o delikatności i okrucieństwie, zmaganiu się człowieka ze światem, w którym jest zanurzony i którego jest częścią. Zanim jednak dochodzi do konfrontacji jednostki z mroczną i raniącą rzeczywistością, wraz z pierwszym utworem na krążku zostajemy przeniesieni do kosmicznego prapoczątku ludzkiej egzystencji:

„Love, child, reach, rise; sight, blind, steal, light
Mind, scar, clear, fire; clean, right, pure, kind
Sun, come, sky, tar; mouth, sand, teeth, tongue
Cut, push, reach, inside; feed, breathe, touch, come
[…]
Love! Now!
Breathe! Now!
Here! Now!”

– skanduje mechanicznie Michael Gira na tle transowego beatu. Strumień nazw przedmiotów, stanów i czynności nieuporządkowanych żadną logiką obnaża ich absurdalność, przypadkowość i zbędność. W tym bezładnym chaosie, śmietniku egzystencji pojawia się miłość, która staje się punktem wyjścia ludzkiego życia. Niezidentyfikowana siła powołuje do życia człowieka.

„Now I sleep in a belly of a woman // Now I sleep in a belly of a man” – kołysze delikatnie na trzy czwarte drugi utwór. Ale stan błogosławionego bezpieczeństwa kończy się nagle i nieodwołalnie. Zaśpiewana dziwacznym głosem niezdarna autoprezentacja („I’m just a little boy”) zostaje brutalnie wyśmiana przez chór szyderczych głosów. Małemu chłopcu pozostaje już tylko zawyć: „I need loooooooove” i ruszyć samotnie w poszukiwaniu miłości, zgodnie z wezwaniem demiurga z pierwszego utworu („Love! Now! […] Here! Now!”). Dziecko – bezbronne, niewinne, a jednocześnie wszechpotężne siłą drzemiących w nim możliwości – to mały bóg, „A Little God in My Hands”. Wrzucony w świat, musi stawić czoło katastrofom, w które bogata jest historia ludzkości, a które przywołane zostają poprzez postać Toussaint’a L’Ouverture, przywódcy powstania haitańskich niewolników. Na drodze dziecka-boga-człowieka stają wielkie idee – świeckie i religijne („Liberté! Egalité! Fraternité! Sangre de Dios! Hijo de Dios! Amor de Dios!”), które wypaczone lub potraktowane instrumentalnie, niosą cierpienie.

Obraz życia jako ciągu chaotycznych czynności napędzanych poszukiwaniem miłości wraca w „Some Things We Do”:

„We seed, we feel, we need, we fight
We seal, we cut, we seek, we love
We grow, we take, we eat, we break
We hunt, we hurt, we seize, we kneel
We heal, we fuck, we pray, we hate”.

W miejsce konfliktu, w którym role są rozpisane w sposób niepozostawiający wątpliwości (w prawym narożniku niewinna jednostka, w lewym – okrutny świat), pojawia się tajemnicza liczba mnoga. Być może jest to człowiek będący już częścią społeczeństwa, przemawiający w jego imieniu, melancholijnie katalogujący doświadczenia wspólnych klęsk i sukcesów. „Some Things We Do” może być też spowiedzią kogoś, kto z życiem zmaga się w duecie – całość wyśpiewywana jest unisono przez męsko-damski dwugłos (Michael Gira – Annie Clark znana lepiej jako St. Vincent).

Intensywna opowieść wsparta jest równie intensywną muzyką – hałaśliwą, zapętloną, oniryczną, miejscami monumentalną – i modulowanym głosem Giry, który pojękuje, mruczy, wrzeszczy i skrzeczy z typową dla siebie manierą. Kto widział grupę na żywo – a okazji, żeby zobaczyć Swans w Polsce, było ostatnio sporo – ten wie, że spójną całość domyka nieprzeciętny wygląd muzyków. Poza niezwykle charyzmatycznym, hipnotyzującym wręcz Girą, chaotycznie wymachującym rękoma niczym ranny, spłoszony ptak, mamy tu całkiem niezłą ekipę. Na gongu, dzwonach, altówce i perkusjonaliach – wielki, długowłosy, brodaty gość rodem ze skandynawskiej mitologii. Na lap steel guitar wyżywa się sobowtór Jacka Żakowskiego. Na gitarze beznamiętnie brzdąka wysoki, zasuszony starzec z długą siwą brodą, kamienną twarzą i gumą w ustach. Za perkusją siedzi umięśniony blondyn. A z basem w ręku podryguje człowiek, który z łatwością wcieliłby się w rolę opętanego przez sektę, obłąkanego mordercy-neofity. Są charakterystyczni i trudno od nich oderwać wzrok.

Swans to zespół, który jak mało który ma coś ciekawego do powiedzenia i potrafi to wyrazić zarówno przez muzykę, jak i tekst. Wysoka jakość jednego i drugiego została powszechnie doceniona – przeglądając płytowe podsumowania roku 2014, trudno znaleźć takie, na którym zabrakłoby miejsca dla „To Be Kind”. Praktyczna rada dla aspirujących byłaby więc taka: zespołu Michaela Giry nie wypada nie podziwiać.

Popularność w kręgach muzyki alternatywnej i wysokie noty wystawiane przez krytykę nie mogą być oczywiście zarzutem. Lekką obawę mogą budzić wykorzystywane przez Swans potężne środki wyrazu – muzyczne i literackie. Grupa stawia swoje ściany dźwięku na bardzo cienkim lodzie. Jeden fałszywy ruch, jedno słowo za dużo i cała płyta wydałaby się pretensjonalna i śmieszna. Na szczęście ponad dwugodzinna płyta poprowadzona jest pewną ręką. Swans podejmują ryzykowną grę, ale w rezultacie uzyskujemy dzieło niezwykłe – autentyczne i oryginalne, bo nie schowane za podwójną gardą ironii.

Jeśli więc są jeszcze tacy, którzy „To Be Kind” nie słyszeli, koniecznie powinni po tę płytę sięgnąć. I dosłuchać jej do końca – krążek wieńczy szczególnie ciekawy kontrapunkt dla mrocznej, muzycznej i literackiej zamaszystości Swans. Finałem zarysowanej na płycie opowieści jest pochwała uprzejmości, delikatnej dobroduszności wobec świata, która daje ukojenie, która jest odnalezioną miłością:

„To be kind, to be kind
To be real, to be new
To be sung by a song that’s untrue
The falling sun, the fallen one
In a bed, painted blue, touching you
Listening, just listening
To the rain, to the wind, in the field
To be kind, to be kind
To be lost, in a bed, touching you
To be lost, to be lost
To be found in the sound of this room

«There are millions and millions of stars in your eyes…»”.

Swans, „To Be Kind”
2014

alt