Archiwum
05.07.2011

On Air ze zgrzytami

Justyna Knieć
Film

Przemianowany kilka lat temu na festiwal międzynarodowy, Tofifest nadal pozostaje festiwalem z kameralną atmosferą. Słaby konkurs międzynarodowy On Air przerażał raczej niż zarażał, jak chcieli organizatorzy, promując tegoroczną edycję hasłem: „Daj się zarazić… kinem”.

Ten, kto miał okazję uczestniczyć w poprzednich edycjach toruńskiego festiwalu, wie, że nie raz konkurs międzynarodowy zaskakiwał świeżymi i niekonwencjonalnymi obrazami (takimi jak mający w Toruniu swą premierę brytyjski „Hallam Foe”, nowozelandzki „Orzeł kontra rekin” czy choćby znakomity ubiegłoroczny zwycięzca z Turcji „10 do 11”). W tym roku podobnych filmów zabrakło i w zasadzie nie ma potrzeby czynienia medialnej wrzawy z powodu przyznania Złotego Anioła polskiemu „Erratum” (o którym pisał już dla e-CzasuKultury  Adam Kruk), skoro poza i tak wielokrotnie nagradzanym filmem Marka Lechkiego jurorzy mieli niewielki wybór.

Irańskiemu filmowi „Farewell Baghdad” Mehdiego Naderiego, kandydującemu do Oscara, nie można na pewno odmówić doskonałej warstwy wizualnej: opustoszałe krajobrazy czy promienie słońca przenikające przez plecione z traw ściany przykuwają oko. Na tym się jednak kończy podobieństwo filmu Naderiego choćby do reprezentantów irańskiego kina realistycznego, na przykład Mohsena Makhmalbafa, albo do subtelnego kina Majida Majidiego. Losy Daniela Dalcy, Saleha Al Marzouka oraz Rebeki krzyżują się gdzieś na irakijskim pustkowiu. Pierwszy z nich, Amerykanin, jest dezerterem z armii, Saleh nosi na sobie ładunek wybuchowy, by pomścić rodzinę utraconą podczas bombardowania w Bagdadzie, Rebecca z kolei straciła męża dokładnie w dniu ślubu. Naderi wiele uwagi poświęca dwójce Irakijczyków, poprzez ich historie ukazując drugą stronę amerykańskiej inwazji na Irak. Prędko jednak ulega kulturowym stereotypom, podobnie jak dzieje się to z twórcami kina hollywoodzkiego. Kiedy my w produkcjach wojennych made in America oglądamy przerysowane postaci brodatych dżihadystów, irański reżyser z lubością obrazuje amerykańskiego dowódcę sadystę krzyczącego na podwładnych czy żołnierzy z wojennymi traumami, szukających wytchnienia w obserwacji ptaków. Widz otrzymuje też tragiczną historię rodzinną Daniela – Polaka z pochodzenia, którego siostra utopiła się w Wiśle i który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych po tym, jak jego ojca „zabili czerwoni” – tak jakby Naderi chciał zrównać życiorysy wszystkich swoich bohaterów do serii Hiobowych nieszczęść, dotykających każdego niezależnie od pochodzenia. W pewnym momencie już zupełnie przestały do mnie przemawiać łkania kobiety i łzy w niebieskich oczach Saleha, czemu zdecydowanie pomogło kulawe aktorstwo amatorów zaangażowanych przez twórców filmu.

Prawdziwie mentalnym wyzwaniem był z kolei film Miaoyana Zhanga „Black Blood”, któremu raczej nie można wróżyć popularności w szerszej dystrybucji. Utrzymany w biało-czarnej tonacji, trudny w odbiorze obraz życia małżeństwa na prowincji odwołuje się do nielegalnego handlu krwią w Chinach oraz sytuacji gospodarczej na terenach słabiej rozwiniętych. Żyjący na skraju nędzy Xiaolin i Xiaojuan sprzedają własną krew w przemieszczającej się stacji krwiodawczej, która w niczym nie przypomina naszych lśniących autobusów z czerwonymi kropelkami na maskach. Nieumiejący czytać, mało zaradni życiowo bohaterowie chcą w ten sposób zapewnić lepszy start córce i opłacić czesne za szkołę. Ich brak wykształcenia skutkuje przesądami, nakazującymi między innymi pić wodę, by móc sprzedać jeszcze więcej krwi. Przedłużające się w nieskończoność ujęcia picia kilku litrów wody, odgłosy chlupotania, połykania, czkania wywołują obrzydzenie, niemal fizycznie odczuwany wstręt. Kiedy odkrywamy, że przez oddawanie krwi bohaterowie zarażeni zostali wirusem HIV, coraz bardziej, w sposób zupełnie dla nas nieświadomy, zaczynamy ich postrzegać jako wyzutych z człowieczeństwa: najpierw wyobcowanych w mieście, w którym szukają pomocy medycznej, potem już tylko leżące w bezruchu, czekające na śmierć prawie zwierzęta.

Atmosfera nieustannie krążącej w powietrzu śmierci towarzyszy także bohaterom belgijsko-holenderskiego filmu Hansa Van Nuffela „Adem” o przyjaźni dwóch chorych na mukowiscydozę młodych mężczyzn, Toma i Xaviera, którzy od dziecka żyją ze świadomością rychłej śmierci. Choroba sprawia, że chcą czerpać z życia pełnymi garściami, choć każdy na swój sposób. Temu niepozbawionemu sporej dawki ironii filmowi tym razem zaszkodził nadmiar wątków snutych wokół bohaterów, które zbytnio wydłużają film, oferując też niestety dość przewidywalne zakończenie. Sceny w szpitalu, po którym bohaterowie filmu poruszają się bez przeszkód, napadając na lekarzy stażystów, bez zwracania niczyjej uwagi kradnąc wózki widłowe w podziemiach czy leki z magazynu – choć chwilowo odwracają uwagę od walki o każdych oddech, są jednak tylko głupią igraszką, dość zresztą nieprawdopodobną w szpitalnych realiach.

Na pochmurną Islandię zabiera widzów debiutująca obrazem „Parking królów” Valdis Oskarsdottir. Film, który 22 lipca wejdzie na polskie ekrany, rozpoczyna się przybyciem dwóch obcych do prowizorycznego osiedla zbudowanego ze starych przyczep, dykty i starych pojazdów, ulokowanego na odległym od cywilizacji parkingu. Jeden z nich okazuje się jednak synem marnotrawnym właściciela nietypowego, topiącego się w błocie przybytku, który po kilku latach nieobecności zjawia się, by przypomnieć ojcu o finansowym wsparciu. Wraz z młodymi mężczyznami wchodzimy też w społeczność życiowych odszczepieńców, zorganizowaną w specyficzny sposób, ale mającą te same problemy i tajemnice, co mieszkańcy wielkomiejskiej dżungli. Umieszczając w tle nawiązania do sytuacji gospodarczej panującej na wyspie od czasu kryzysu finansowego, reżyserka z charakterystycznym dla islandzkiej kinematografii poczuciem humoru prezentuje w mikroskali kapitalistyczne społeczeństwo ze zrujnowanymi relacjami międzyludzkimi, malejącym znaczeniem więzi rodzinnych, chciwością, biernością czy też nadmiernym przywiązaniem do prawa. Mnóstwo tu zatem humoru sytuacyjnego na pograniczu absurdu i histerii, którego jedynym mankamentem jest tylko to, że szybko ulatuje z pamięci widza, zastąpiony przez kolejne komiczne sytuacje. W pamięci pozostaje przede wszystkim starsza pani w szlafroku, prowadzająca na smyczy… wypchaną fokę.

Oglądając natomiast film Siergieja Łożnicy, uznanego również w Polsce dokumentalisty, który „Moim szczęściem” debiutuje w fabule – myślałam wciąż o „Białej gorączce” Jacka Hugo-Badera. O ile jednak polski dziennikarz zachowuje pewien dystans do napotykanych na rosyjskich drogach bohaterów swoich reportaży, o tyle Grigorij, młody, przystojny kierowca ciężarówki zupełnie spontanicznie pomaga wszystkim: i starszemu mężczyźnie, i młodocianej prostytutce. Po drodze mija posterunek milicjantów ściągających haracze od kierowców, miasteczko pełne wyniszczonych alkoholem twarzy, aż w końcu zabłądziwszy na drodze donikąd, trafia na podejrzanych mężczyzn zapraszających go na posiłek. Wydaje się, że szczęście odwróciło się od Grigorija, kiedy po pewnym czasie widzimy go jako zniszczonego człowieka, mieszkającego kątem u samotnej kobiety. Dopiero słowa płynące z ust innego kierowcy, wiozącego Grigorija tą samą trasą, którą już kiedyś przemierzał nasz bohater, wyjaśniają, dlaczego los zakpił sobie z niego: nie mieszać się, robić swoje. To niemożliwość czynienia dobra w świecie pełnym zła wiedzie człowieka ku końcowi. Nie tylko uniwersalizm opowieści czy mocny nacisk położony na realistyczną tkankę fabuły doskonałego przecież dokumentalisty jest zaletą „Mojego szczęścia”. Łożnica świetnie zdaje sobie sprawę z tego, jak najlepiej ustawić głównego bohatera w kadrze, by jeszcze bardziej podkreślić jego etyczną odrębność – w pierwszej scenie na posterunku milicji, słysząc rozmowę zatrzymanego Grigorija z milicjantem, spoglądamy wraz z kierowcą przez przednią szybę ciężarówki na inną scenę: nagabującego kobietę drugiego „stróża” prawa. Na miejskim targowisku stojący w centrum kadru bohater przymyka oczy, by nie patrzeć w nieprzytomne, zapijaczone twarze obecnych. Później, w kolejnych scenach, już jako brodaty włóczęga, zlewa się z ponurym krajobrazem rosyjskiej prowincji.

Nieco irytujące dla niektórych mogą się okazać nawiązania do wątków czeczeńskich, często obecnych w innych filmach z Rosji trafiających na nasze ekrany, albo próby dokonywania rozliczeń za historyczne przewiny, takie jak mordowanie i grabienie rodaków przez radzieckich żołnierzy (zobrazowane w dwóch dosadnych retrospekcjach). Nie mam jednak wątpliwości, że to film Łożnicy był najmocniejszym punktem konkursu międzynarodowego: niezbyt skomplikowaną uniwersalną historią o ludzkiej moralności, podpartą nienachalną, ale mającą solidne podłoże w kinie dokumentalnym krytyką społeczną. Tym bardziej cieszy, że jesienią film Łożnicy ma szansę pojawić się w polskich kinach.

9. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Tofifest
Toruń, 25.06.–1.07.2011

fot. kadr z filmu „Black Blood” Miaoyana Zhanga



Przemianowany kilka lat temu na festiwal międzynarodowy, Tofifest nadal pozostaje festiwalem z kameralną atmosferą. Słaby konkurs międzynarodowy On Air przerażał raczej niż zarażał, jak chcieli organizatorzy, promując tegoroczną edycję hasłem: „Daj się zarazić... kinem”.