Archiwum
07.09.2020

Odsłuchy sierpnia

Mateusz Witkowski
Muzyka

„Słuchajcie, mam wam coś bardzo ważnego do powiedzenia, zupełnie prosto od siebie… BĘDZIE DOBRZE”. Przynajmniej jeśli chodzi o szeroko rozumianą branżę muzyczną. Sierpień był bowiem całkiem obfity pod względem interesujących premier, a i jesień zapowiada się nad wyraz obiecująco. Na razie zapraszam do przeczytania nowych „Odsłuchów” – wraz z No Joy, Alfah Femmes, The Cure, duetem Shackleton/Zimpel i Miley Cyrus.

No Joy
Motherhood
Joyful Noise Recordings

Gdy po raz pierwszy usłyszałem No Joy, zdali mi się bardzo sprawną, stylową, ale w gruncie rzeczy epigońską grupą, być może nazbyt przywiązaną do najntisowo-shoegaze’owych wzorców. Jakże wiele się od tego czasu zmieniło!

Dzisiaj o żadnych „onych” nie może być zresztą mowy. No Joy z czasem stało się solowym projektem wokalistki Jasamine White-Gluz. Samotność (choć jest to rzecz względna, o czym za chwilę) najwyraźniej służy Kanadyjce. Już wydana dwa lata temu EP-ka „No Joy/Sonic Boom”, nagrana wraz z Peterem Kemberem ze Spacemen 3, zapowiadała stylistyczne zmiany i zwrot w stronę elektroniki. Metamorfoza nabiera na „Motherhood” ostatecznych kształtów. Shoegaze zostaje tu uwikłany w grę z innymi gatunkami o najntisowej proweniencji, między innymi z trip-hopem, ale i nu-metalem. Snuta przez White-Gluz opowieść na temat ciała, seksualności i odpowiedzialności pełna jest liryczno-aranżacyjnych zwrotów akcji: to jeden z tych albumów, w trakcie słuchania których nie możemy się doczekać, co wydarzy się w kolejnym takcie. Artystka w gruncie rzeczy wciąż trzyma się blisko brzmień, które stanowiły rdzeń twórczości No Joy, to wszystko zostało jednak potraktowane odpowiednią dawką klubowych beatów, całość często zyskuje gotycki posmak. Jest słodko i duszno, klaustrofobicznie i atmosferycznie – łatwo wyczuć tu wpływ znanego z Violens i z twórczości solowej Jorge Elbrechta, współodpowiedzialnego za miks i produkcję płyty.

Czy to są szugejzy, popy, „czy to są trip-hopy, czy to już rapy”? A jakie to ma znaczenie?

Alfah Femmes
No Need to Die (singiel)

Ech, i znowu oni. I znowu ze znakomitym singlem.

Na temat materiałów promocyjnych wysyłanych przez młode zespoły do dziennikarzy i recenzentów można by napisać – bardzo niszową, ale jednak – książkę. Bombardowanie etykietkami, marketingowe hiperbole, obietnice pozbawione jakiegokolwiek pokrycia są na porządku dziennym. Tym razem mamy jednak do czynienia z zespołem doskonale samoświadomym i pozbawionym jakiegokolwiek zadęcia. Pozwólcie, że oddam im głos:

„Tym razem proporcje przechyliły nam się na korzyść elektroniki, choć głównie tej w wydaniu vintage/retro – skonstruowany przez nas muzyczny kolaż zawiera skrawki i artefakty będące bezpośrednim wyrazem fascynacji muzyką Kylie Minogue, Sophie Ellis-Bextor oraz Abby. Marzył nam się też j-popowy refren, ale taki, który pasowałby do soundtracku jakiejś gierki j-rpg z lat 90. (spod znaku Squaresoft, np. „Xenogears” czy „Final Fantasy”). Ostatecznie udało nam się jeszcze pokłonić twórczości Duran Duran i pomachaliśmy na do widzenia”.

Czy wobec tak zręcznej autoanalizy recenzent ma jeszcze cokolwiek do dodania? Może tyle, że Alfah Femmes to niesamowicie sprawna maszyna, która zasysa ejtisowo-najntisowe dane i dostarcza nam czegoś, co nie trąci „kserobojstwem” (i „kserogerlstwem”). Swoją wyobraźnią muzyczną mogliby zasilić przynajmniej pół polskiej sceny niezależnej. Refren ze słowami „you are a piece of my broken spine” unosi nas swoją cudownością. Sekstet z Trójmiasta to jeden z najciekawszych polskich zespołów.

Podobno „No Need to Die” to ostatni singiel, który poprzedza planowaną na październik premierę ich debiutanckiej płyty. Wygląda na to, że Święta przyjdą w tym roku nieco wcześniej.

Shackleton/Zimpel
Primal Forms

 

„Primal Forms” to muzyka źródeł, jakiej potrzebowaliśmy, a na jaką nie zasługujemy.

Na całe szczęście sztuka nie zna granic i zakazów, a polityczne rozruchy się jej nie imają – w epoce brexitu sprawna polsko-brytyjska współpraca jest w dalszym ciągu możliwa. Osoby znające pobieżnie twórczość Shackletona i Wacława Zimpla mogą jednak być zaskoczone: oto producent muzyki elektronicznej łączy siły z jazzowym klarnecistą. Pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z artystami skorymi do międzygatunkowych przygód, o czym świadczą choćby albumy nagrane przez pierwszego z Aniką czy Ernesto Tomassinim, czy też wspólny projekt Polaka stworzony z Jamesem Holdenem. Dobrze się stało, że zarówno Shackleton, jak i Zimpel nie ustają w poszukiwaniach. „Primal Forms” dowodzi bowiem, że obaj są niejako dla siebie stworzeni i pełnią wzajemnie funkcję brakującego elementu w swojej twórczości. Minimalowe podkłady Brytyjczyka stanowią doskonałą kanwę dla instrumentalnych improwizacji Zimpla, ten natomiast wprowadza muzykę Shackletona w nowy wymiar, oddala ją od abstrakcji, nadaje bardziej sprecyzowany kształt. Trzy kilkunastominutowe kompozycje pełne są rozmaitych muzycznych wolt, nie ma jednak mowy o nagłych, neurotycznych zwrotach akcji: każda zmiana jest tu skonstruowana w pieczołowity sposób, obarczona budowanym z mozołem napięciem. To folk bez folku (obok klarnetu i saksofonu altowego słyszymy tu m.in. lirę), muzyka niedookreślona, a zarazem konkretna.

„Primal Forms” to swoista ścieżka dźwiękowa dla kosmogonii – bardzo przydatna w tych trudnych czasach, w których potrzebujemy radykalnego resetu.

The Cure
Bloodflowers (reedycja)
Fiction Records

„Krwawe kwiaty”, „kwiaty krwi”? Czy to nie przesada? Przecież mamy rok dwutysięczny. Zaraz, jak to „dwutysięczny”?

Niezależnie od tego, co myślą twardogłowi fani wzdychający za albumami w rodzaju „Faith” czy „Seventeen Seconds”, w The Cure zawsze chodziło o balans. Smith jest bowiem artystą obdarzonym niesamowitym wyczuciem: jeśli gotyckość, to wzięta w wyraźny nawias; jeśli pop, to ujmująco niebanalny, podany w cudzysłowie – gdyby jego drugie imię nie brzmiało „James”, a w dowodzie stało „Liminalność” lub „Jukstapozycja”. Tak też jest z „Bloodflowers”, ostatnim naprawdę udanym albumem grupy, którego reedycja ukazała się pod koniec sierpnia. Mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z humbugiem, mało wyrafinowaną sztuczką. Smith i spółka wrzucają tu do kotła charakterystyczne elementy znane z ich najpopularniejszych płyt: czteroakordowe, akustyczne kompozycje, zapętlone, chwytliwe melodie gitary wygrywane „na jednej strunie”, rozpacz zmieszaną z ironią, przydymione, przestrzenne brzmienie. A jednak: działa i wcale nie czujemy się oszukani. To album schyłkowy, wczesnojesienny („Last Day of Summer” wydaje się najoczywistszym przykładem, ale mamy tu również „Out Of This World”), miejscami bolesny („There Is No If”), choć pozbawiony „pornograficznego” smutku, dający nadzieję, dojrzały w swojej retrospektywności i rozliczeniowości.

The Cure weszli w nowe tysiąclecie (lub jak ktoś woli: podsumowali mijające) z godnością (broni się nawet syntetyczny podkład z „The Loudest Sound”) – szkoda, że później ich historia potoczyła się nieco inaczej. Ale hej, skoro Smith był w stanie 21 lat po debiucie wydać dobrą płytę, to może teraz – po upływie ponad czterech dekad – nie wszystko stracone?

Miley Cyrus
Midnight Sky (singiel)
RCA Records

 

fot. Namroud Gorguis on Unsplash