Archiwum
09.12.2020

W 1944 roku szwedzki ekonomista Gunnar Myrdal opublikował książkę „An American Dilemma” [Amerykański dylemat] poświęconą relacjom rasowym w Stanach Zjednoczonych. Licząca półtora tysiąca stron pozycja, do której napisania celowo wyznaczono obcokrajowca, cieszyła się niezwykłą – szczególnie jak na pozycję naukową – popularnością. Raport sporządzono z obawy przed niepokojami społecznymi, będącymi następstwem Wielkiego Kryzysu i masowej migracji Afroamerykanów z południa kraju na północ, do stanów, w których przysługiwało im więcej praw. Myrdal, nieskażony amerykańskimi fantazjami o wolności i bezkrytycznym oddaniu konstytucji, opisał to, co widział: czarni byli dyskryminowani pod względem ekonomicznym, kulturowym, obyczajowym i każdym innym. Jedynym rozwiązaniem tytułowego dylematu było zrównanie szans – co też zalecał autor. Program „oddzielni, ale równi” po prostu przestał się opłacać Stanom Zjednoczonym jako krajowi.

Nie było to pierwsze takie nawoływanie i niestety nie ostatnie. Już pierwsi koloniści byli krytykowani przez niektórych duchownych za sposób, w jaki traktowali rdzennych Amerykanów oraz transportowanych masowo z Afryki niewolników. Kultury były deptane tylko ze względu na swoją inność, a separacja na poziomie językowym pozwalała kontynuować to działanie z czystym sumieniem. Barbarzyńcy znajdowali się poza (białą) cywilizacją, nie zasługiwali więc na humanitarne traktowanie. Pomimo peanów na cześć wolności i swobód, niesprawiedliwość wpisana jest w historię USA i dotyka wszystkich zaangażowanych w tworzenie jego wielkości. Wszystkich poza bogatymi białymi mężczyznami. Nasilająca się od końca lat 60. poprzedniego wieku tendencja, by rozliczyć ich za wnoszenie sztandarów wolności na barkach przez wieki ciemiężonych, ograniczanych i poniżanych, została zapoczątkowana dzięki świadectwom „gorszych” obywateli, akcentujących dosadnie swoją odrębność. Coraz więcej z tych głosów przebijało się przez szum normalizujących rasizm instytucji, dzięki czemu uprzedzenia stawały się czymś niezrozumiałym nie tylko dla outsiderów, takich jak Myrdal, którzy już dwadzieścia lat przed narodzinami ruchów Black i Red Power doskonale zdawali sobie sprawę z impasu, w jakim znajdywało się amerykańskie społeczeństwo.

Dlaczego jednak tego typu głosy musiały czekać setki lat, by ich wysłuchano? Trudno tłumaczyć brak samoświadomości przeciętnych – białych – Amerykanów inaczej niż zapatrzeniem w zapisane w konstytucji prawa i swobody. To właśnie do nich odnosi się historyczka Jill Lepore w książce „My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych”, wzbogacającej dobrze znaną narrację o „narodzie wybranym” o dotychczas pomijane perspektywy kobiet i czarnoskórych – a zatem dwóch grup uwikłanych w ciągłą walkę o prawo do samostanowienia. Chociaż autorka zaczyna typowo, od roku 1492 i wyprawy Krzysztofa Kolumba za ocean, zaznacza, że gest ten pozwoli przedstawić początki Ameryki jako idei i skupić się na historii politycznej kraju – od jego początków aż po wybory prezydenckie w 2016 roku.

Książka Lepore nie jest zwykłą kontestacją, nieuzasadnioną krytyką autorytetów i obalaniem pomników dla samego wszczęcia awantury. Autorka postanawia poddać ocenie realizację zawartych w konstytucji założeń i wytycznych, wedle których powstać miało nowe społeczeństwo. Amerykanie dobrowolnie zdecydowali się na partycypację w, jak określił go Alexander Hamilton, „eksperymencie politycznym”. Oto władza została odebrana jednostce, ludzie zaś przestali być zależni od kaprysów władców i stali się w pewnym sensie panami własnego losu. Amerykańscy obywatele mieli być ludźmi równymi i niepodległymi, a te swobody – tytuł książki w oryginale brzmi „These Truths” – traktowane były jako coś naturalnego, dlatego też niezbywalnego. Autorzy konstytucji nie uściślili jednak, kogo uważali za uprawnionego do korzystania z owych swobód.

Znając XVIII-wieczną myśl polityczną, łatwo wywnioskować, że chodziło o białych mężczyzn – zarówno czarni niewolnicy, jak i kobiety nie kwalifikowali się do uprzywilejowanego grona. Lepore przytacza kilka przykładów na poparcie tego rozumowania. Kiedy żona Johna Adamsa, bohatera rewolucji i drugiego prezydenta Stanów Zjednoczonych, prosiła męża, by przy tworzeniu konstytucji jej autorzy „pamiętali o paniach”, ten ją wyśmiał. Jego poprzednik na najwyższym stanowisku w kraju, George Washington, powszechnie nazywany „ojcem narodu” i do teraz pozostający jedynym jednogłośnie wybranym prezydentem, również nie był człowiekiem wolnym od uprzedzeń – nie tylko miał niewolników, ale też traktował ich zupełnie przedmiotowo (kilku z nich polecił wyrwać zęby, by wypełnić braki we własnym uzębieniu). Należy mu jednak oddać, że pod koniec życia zobowiązał się uwolnić swoją, jak to określił, „własność”. Abolicja była również ostatnim przedmiotem aktywności politycznej Benjamina Franklina. Thomas Jefferson miał siódemkę dzieci ze swoją niewolnicą, mulatką Sally Hemings, i prowadził skomplikowane obliczenia dotyczące krzyżowania się ras w celu „oczyszczenia krwi” swojego potomstwa – w tamtych czasach niewolnik stanowił trzy piąte osoby.

W 1800 roku na ponad pięć milionów Amerykanów prawa wyborcze posiadało ledwie 600 tysięcy. Czarnoskórzy, kobiety oraz biedota takich przywilejów nie dostąpili. Przez dekady jakakolwiek próba powiększenia grona uprawnionych do wybierania władzy była torpedowana przez beneficjentów białego patriarchatu. Lepore skrzętnie odnotowuje wysiłki osób próbujących zmienić ten stan rzeczy, takich jak Nat Turner, Maria Stewart czy Frederick Douglass. Czarnoskóra Stewart była pierwszą kobietą, która publicznie wystąpiła przez audytorium składającym się z mężczyzn i kobiet, o różnych kolorach skóry, otwierając drzwi do udziału kobiet w kształtowaniu się polityki wewnętrznej kraju. Na początku kobiety były strażniczkami moralności, potem bojowniczkami o większe swobody obyczajowe.

Niesprawiedliwość i wyzysk wpisane są w najbardziej amerykański z wynalazków – wolny rynek. Podwaliny pod jego powstanie położyły wprowadzane i uchylane od 1800 roku ustawy o upadłości, zachęcające Amerykanów do podejmowania większego ryzyka finansowego. Wyprawa za ocean, do dziewiczej, nieznanej ziemi była sama w sobie aktem wielkiej odwagi, którą trzeba było odpowiednio nagrodzić. Ryzykanci byli bohaterami, zasługiwali więc na drugą szansę i nowy początek. A gdzie miałoby być łatwiej o niego niż w kraju dającym przybyszom okazję stworzyć siebie na nowo, gdy tylko opuszczali statek?

Dla Afroamerykanów ta wizja stała się bliższa spełnienia dopiero w Nowy Rok 1863 roku, po wejściu w życie ogłoszonej przez prezydenta Abrahama Lincolna sto dni wcześniej proklamacji emancypacji. Niczym po wojnie – bo wojna secesyjna nie była „wojną czarnych” per se, choć byli oni jej przedmiotem –  członkowie rodzin szukali siebie po całym kraju, opierając się na pogłoskach oraz podążając za księgami rachunkowymi i spisami własności, by dowiedzieć się, gdzie sprzedano ich braci, siostry i dzieci. Wolność nie prowadziła jednak do równości, której na drodze stanął systemowy rasizm, do teraz ograniczający szanse Afroamerykanów na swobodną egzystencję w ich własnym kraju.

Zarówno oni, jak i kobiety, niezależnie od koloru skóry, walczyli o to samo i z tym samym wrogiem. Sojusze zawierano i rozwiązywano, a sukces przybliżał się i oddalał, ponieważ historia nie jest wektorem, lecz sinusoidą. Głosy z przeszłości przytaczane przez autorkę pobrzmiewają bardzo aktualnie, co pokazuje, że rezultat nie był efektem zaangażowania tylko jednego pokolenia – potrzeba było kilku, by biali mężczyźni wreszcie zrzekli się choć części swoich przywilejów. Dopiero w 1920 roku dziewiętnasta poprawka do konstytucji nadała kobietom prawa wyborcze. Łatwo zrozumieć, dlaczego nie stało się to kilka lat wcześniej – mając prawo głosu, z pewnością opowiedziałyby się przeciwko udziałowi ich mężów i synów w toczącej się w Europie wojnie.

Kwestia równości przez wieki była przedmiotem gier politycznych, zbyt użyteczna w zdobywaniu głosów, by ostatecznie ją rozwiązać. To ona też ukształtowała współczesny krajobraz polityczny USA, oparty na podziale na demokratów i republikanów, który odbył się, jak słusznie zauważa Lepore, „ze szkodą dla wszystkich”. Partia republikańska początkowo opowiadała się za abolicją, a jeszcze w pierwszej dekadzie poprzedniego wieku walczyła o prawa kobiet, obecnie zaś zrzesza obyczajowych konserwatystów, zwolenników wolnego rynku i powszechnego dostępu do broni. Demokraci natomiast stoją po stronie mniejszości, ochrony środowiska i pomocy społecznej. Zwroty obydwu partii, odpowiednio, w prawo i w lewo zostawiły Stany Zjednoczone bez silnego centrum, co zdaniem Lepore stanowi przyczynę słabości amerykańskiej polityki. Nie należy również przekreślać zgubnego wpływu rankingów na sytuację w kraju – gdy popularność ważniejsza jest od słuszności, prawda staje się pojęciem pozbawionym swojego pierwotnego znaczenia i zależnym od perspektywy.

Podobnie jest z kiepskimi książkami historycznymi, w których autorzy dokonują selekcji materiału, dobierając fakty pod tezę. Lepore unika tego błędu. Historyczka stawia na odwrotny zabieg, zapewniając kilka spojrzeń na kluczowe w dziejach kraju kwestie. Dlatego też nie podważa historycznej roli Krzysztofa Kolumba, Benjamina Franklina, Thomasa Woodrowa Wilsona czy Johna F. Kennedy’ego, a po prostu dodaje do znanych powszechnie wizerunków szpecące, lecz bardzo potrzebne rysy. W epilogu autorka przywołuje słowa prezydenta Baracka Obamy, namawiającego współobywateli do wybrania „lepszej wersji historii” – lepszej, czyli bardziej kompletnej, ale przez to niestety także bardziej wymagającej i bolesnej. To właśnie ona musi być odpowiedzią na tanią nostalgię, która wyniosła Trumpa i innych populistów do władzy. Gloryfikowanie ograniczonej wersji przeszłości okazało się błędem, którego rezultatem był regres. Miniona wielkość Ameryki została zbudowana na bólu i cierpieniu wykluczonych. Teraz, dzięki ich potomkom, następuje wreszcie smutne i nieprzyjemne rozliczenie. Wybór wybitnie centrycznego Joe Bidena w tegorocznych wyborach prezydenckich wydaje się w tej perspektywie pierwszym krokiem w stronę dialogu między reprezentantami politycznego duopolu.

Jill Lepore, „My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych”
tłumaczenie: Jan Szkudliński
Wydawnictwo Poznańskie
Poznań 2020