Archiwum
26.05.2017

Nowa wspólnota

Julia Lizurek
Teatr

Jak nastroje polityczne wpływają na teatr? Czy sztuka kształtuje przestrzeń publiczną? „Wesele” Jana Klaty nie prowokuje może do refleksji na powyższe tematy, ale wywołuje gwałtowną, emocjonalną reakcję publiczności narodowej sceny. Ona może być odpowiedzią na te pytania.

Raczej nie sądziliśmy, że teatr stanie się polem walki politycznej. Piszę „my” z dwóch powodów. Po pierwsze: ta opinia powtarzana była wielokrotnie w trakcie dyskusji „Gdzie leży Polska”, której rozmówcami Krzysztofa Koehlera byli profesor Jadwiga Staniszkis i profesor Dariusz Kosiński. Po drugie: odnoszę wrażenie, że pod wpływem wyboru na dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie bliżej nieznanych person (Marek Mikos, były szef TVP Kielce oraz Michał Gieleta, realizator inscenizacji operowych na Zachodzie) środowisko teatralne urosło. I jeśli zamieszki i przepychanki pod Teatrem Polskim we Wrocławiu mogły nas zmęczyć, to pierwszy szok i wyważona reakcja, nastawiona przede wszystkim na krytyczne komentowanie zapowiadanych zmian, sprawiły, że zaczęliśmy rozmawiać o tym, co będzie z nami dalej. Z dotychczasowych doniesień i lektury programu Mikosa wynika, że czeka nas zwrot ku przeszłości, a raczej – ku historycznemu myśleniu o estetyce. Skutków tego może być wiele: od regresu myślowego publiczności (byłby to najczarniejszy scenariusz), przez pominięcie polskich reżyserów i ich spektakli na arenie międzynarodowej, po zignorowanie potrzeb tych, którzy teraz odnajdują w teatrze przestrzeń do dyskusji publicznej.

O „Weselu”, ostatniej premierze dyrektora teatru, Jana Klaty, pisać jest mi trudno i to nie ze względu na obawę, że krytyka spektaklu podważy dokonania ostatnich czterech lat jego pracy, ale że mój odbiór ma charakter nostalgiczny i życzeniowy. Kiedy wraz z resztą widzów wstawałam do oklasków, zastanawiałam się nad motywacją tego gestu. Czy chciałam wesprzeć zespół, wyrazić podziw dla ogółu działań reżysersko-dyrektorskich, czy zachwyt nad przedstawieniem, które właśnie zobaczyliśmy? Myślę – choć każdy mógł mieć inny powód wykonanego gestu – że podjęte działanie miało moc performatywną, zmieniającą rzeczywistość zgromadzonych na teatralnej sali.

Kosiński podczas wspomnianego spotkania przed „Weselem” przypomniał znaną anegdotę dotyczącą rozczarowania Wyspiańskiego recepcją jego przedstawienia. Dramat, który miał obrazić Polaków, wyrwać ich z marazmu, został przyjęty entuzjastycznie, a sam autor okrzyknięty, wbrew swojej woli, kolejnym narodowym wieszczem. Mam poczucie, że przedstawienie Klaty może spotkać podobny los. Jednak jeśli – jak chce większość krytyków i widowni – potraktować je jako polityczno-artystyczny manifest dyrektora i reżysera, to brzmi on wyjątkowo zachowawczo. A już na pewno nie rewolucyjnie. Choć usłyszymy ze sceny wszystkie ważne i najbardziej radykalne słowa modernistycznego poety, to w poetyce „chocholego tańca” wybrzmiewają one jak pusty cytat, który niegdyś coś znaczył. „Myśmy wszystko zapomnieli”, ale nie ma o czym pamiętać. Czy na pewno? Ten wszechogarniający smutek może nas uwieść, jeśli się mu poddamy. Jeśli uwierzymy w to, co reżyser mówi do nas ze sceny.

Najdogłębniej tę melancholię wyraża Poeta (Zbigniew W. Kaleta), niezdolny do podjęcia jakiegokolwiek działania. Pochłonięty przez własne rozważania, chwilowe, pozornie miłosne uniesienia, pozostaje – jak większość postaci – duchem, którego łatwo zignorować. Jego letarg jest niekomunikatywny, czysto wewnętrzny. Podobnie odbieram monolog Gospodarza (Juliusz Chrząstowski), który w dramacie wycelowany jest przeciwko inteligencji, a tutaj kierowany bezpośrednio do widzów (podobnie jak we „Wrogu ludu”). „Lalki, szopka, podłe maski, // farbowany fałsz, obrazki” to już nie tylko chłopi, a wszystkie postaci dramatu ubrane w ten sam kostium – bierności i apatii. Podobnie jak uśpiona smutkiem, emocjonalną muzyką i gasnącym światłem publiczność.

Opozycji my–oni, generującej w przedstawieniu konflikt, należy szukać gdzie indziej. Aktywnymi postaciami stają się przybyłe w drugim akcie zjawy. Stańczyk (znakomity Jan Peszek) pojawia się jako duszek wychodzący z drzewnej, leśnej kapliczki pozbawionej jakiegokolwiek wizerunku. Jest prawie nagi, nosi tylko opaskę (jak zawodnik sumo czy antyczny gladiator), do której przyczepiony zostaje kadyceusz (niczym przedłużenie członka). Jego słowa brzmią jak kpina i żart, co pozbawia je siły sprawczej. Podobnie jawi się przepełniony seksualnością, agresywny manifest Rycerza Czarnego (Małgorzata Gorol), nawołującego Poetę do podjęcia czynu. Zwrot czeka nas dopiero w ostatniej scenie spektaklu. Zostaje on pozornie sprowokowany przez Czepca (Krzysztof Zawadzki), który z kosą naciera na Pana Młodego (Radosław Krzyżowski). Nagła walka zmienia się w przerażenie ich obu. Zespół FURIA (Chochoł) zaczyna grać, zagłuszając słowa wypowiadane przez postaci. Rogu nigdy nie było, a nawet gdyby był – nie bylibyśmy w stanie, przez uwodzące piękno i zagłuszający hałas muzyki, go usłyszeć. Zdezorientowane postaci chwytają za broń. Jasiek (Krystian Durman) kołysze się jak Chochoł. Najbardziej tajemniczym i zaskakującym gestem Klaty jest wprowadzenie na scenę starego Jaśka (Andrzej Kozak). Czytać go można w perspektywie czasowej, myśląc o dystansie, który mija pomiędzy uśpieniem a przebudzeniem do działania, ale także w perspektywie historycznej, odsłaniającej nieskuteczność jednostkowych działań, przy jednoczesnej potrzebie ich podejmowania. Stary Jasiek to Jasiek z przeszłości i przyszłości, znak niemocy wszystkich czasów.

Czy „Wesele” stanowi podsumowanie działalności Jana Klaty w Starym Teatrze? „Do Damaszku”, „Król Edyp”, „Król Ubu”, „Król Lear”, „Wróg ludu” oraz inscenizacja Wyspiańskiego to nie, jak w swoim programie pisze Marek Mikos, spektakle doraźnie polityczne, a traktujące o naturze władzy. Przede wszystkim tej ukrytej, rozproszonej, sprawowanej nie tyle przez polityków darzonych społecznym szacunkiem, ile tych, którzy marzyli o jej sprawowaniu i wykorzystują ją do swoich partykularnych celów. Takie uogólnienie nieco upraszcza tematykę tych przedstawień, ale nie wydaje mi się, by celem reżysera było dokonywanie radykalnych rewolucji teatralno-światopoglądowych. Wykorzystując mocną pozycję teatru, budując jego świeży wizerunek, stale go rozwijając, zmieniając plany programowe, modyfikując cykle edukacyjne, Klata sprawił, że Stary stał się miejscem reprezentatywnym dla polskiego teatru. Zapraszano tych, którzy odnosili sukcesy (np. laureatów Paszportów Polityki, Wiktora Rubina i Jolę Janiczak, Annę Smolar czy Justynę Sobczyk – zdobywczynię nagrody „Kamyka” im. Konstantego Puzyny) oraz tych, których wcześniejsze spektakle na narodowej scenie cieszyły się uznaniem (Monika Strzępka i Paweł Demirski, Krzysztof Garbaczewski). Jeśli na polu niszowej sztuki teatru możemy mówić zarówno o sukcesie komercyjnym, jak i kulturotwórczym, to Klacie udało się połączyć te dwie jakości. Dla wielu osób (w tym dla mnie) ten teatr stał się miejscem, gdzie jednocześnie można „wpaść” z ulicy (Michał Buszewicz żartował z tego w swojej „Kwestii techniki”, w której jeden z aktorów-technicznych wciągał przypadkowego przechodnia na scenę), ale również takim, gdzie przychodzi się spotkać z mistrzami albo tymi, którzy do mistrzostwa aspirują. Spektakle cieszące się mniejszym uznaniem opisywane były przez krytyków jako wypadki przy pracy. Z repertuaru zdejmowano je dyskretnie, nikt więc nigdy w kontekście teatru nie mówił o „spektakularnych klapach”.

Dowodem na to, że Stary Teatr stał się dla widzów ważny na poziomie emocjonalnym, są na przykład takie listy (ten, skierowany do Juliusza Chrząstowskiego, opublikowany został na fanpage’u teatru na Facebooku 17 maja 2017):

przede wszystkim chcę powiedzieć, że zmiażdżyliście mnie „Weselem”. […] Mieszkam w tym mieście od 18 lat i w życiu czegoś takiego tu nie widziałam. […] I chciałabym, żeby Pan wiedział, że my – widownia – jesteśmy za Wami. […] Ten spektakl, w moim osobistym przekonaniu, będzie w podręcznikach do historii. On stanowi cezurę w historii polskiego teatru. Kolejne spektakle będą z nim dialogować, polemizować, odnosić się do niego. To jest po prostu kamień milowy. Nie ujmę tego inaczej.

Za tymi słowami stoi marzenie o pozostawieniu Teatru w obecnym kształcie. Chciałabym tego samego. Ale chcę mieć też prawo do krytycznej, a nie emocjonalnej reakcji na spektakl. Może jednak wielkie, pochwalne słowa dla dokonań Jana Klaty są potrzebne? Może tylko one mogą wytworzyć taki obraz teatru, który w obecnej sytuacji politycznej może coś zmienić? Wydaje mi się jednak, że nie trzeba okrzykiwać „Wesela” arcydziełem, by nadać mu znaczenie, zarówno dla indywidualnych widzów, jak i dla teatralnej wspólnoty. Nie musimy wszakże mówić o Polsce w wielkich słowach, by była ona dla nas ważna. Tego przecież chciał Wyspiański.

 

Stanisław Wyspiański, „Wesele”
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

reżyseria: Jan Klata
scenografia / kostiumy / reżyseria światła: Justyna Łagowska
choreografia: Maćko Prusak
muzyka: FURIA
premiera: 12.05.2017

fot. Magda Hueckel