Archiwum
05.07.2019

Niezakorzenieni

Piotr Szwed
Muzyka

Nie ma w Polsce zespołu, któremu udało się w ostatnich latach to, co Bitaminie. Ich czwarty album „Kawalerka” zmienił jedną z wielu bandcampowych ciekawostek w markę coraz lepiej rozpoznawalną przez szeroką publiczność. Dwa lata temu dziennikarze pisali o świetnych, eklektycznych piosenkach i chwalili oryginalność historii miejsca, a jednocześnie młodzieńczego etapu życia. Publiczność tłumnie zapełniała coraz większe kluby, a Mateusz Dopieralski z miejsca stał się postacią rozchwytywaną – udzielając się jako wokalista i tekściarz na płytach na przykład Rosalie czy Duita albo współpracując z Dawidem Podsiadło (na albumie „Heartbreaks & Promises vol. 4” producenckiego duetu Flirtini). Bitamina „Kawalerką” pokazała, że można tworzyć piosenki, które są przebojowe, a jednocześnie bardzo osobiste, intymne, a przy tym bezpretensjonalne, nienachalnie żartobliwe i przede wszystkim trafiające do naprawdę różnorodnych odbiorców. Stworzyła coś, czego wszyscy potrzebujemy – pop przekłuwający bańki środowiskowe.

Nic dziwnego, że wydanemu pod koniec czerwca nowemu albumowi towarzyszyły rekordowe w historii grupy oczekiwania. Niestety „Kwiatom i korzeniom” nie udaje się ich spełnić. Choć początkowo zaskakują, choć momentami potrafią oczarowywać brzmieniowo, choć zawierają na płycie co najmniej kilka naprawdę intrygujących kompozycji, trudno słuchać ich z poczuciem satysfakcji. Najważniejszym problemem najnowszej płyty zespołu, którego tożsamość określały od zawsze trzy indywidualności – Amar Ziembiński, Mateusz Dopieralski i Piotr Sibiński – okazuje się różnorodność. To pozorny atut, który z każdym kolejnym przesłuchaniem staje się coraz bardziej irytujący. Główna idea albumu, czyli wokalna i tekstowa współpraca Dopieralskiego i Sibińskiego wydaje się pozorna. Ich stylistyki, zamiast się uzupełniać, wzajemnie sobie przeszkadzają. „Kwiaty i korzenie” można porównać do meczu, w którym kluczowi zawodnicy demonstrują wiele efektowych zagrań nieprzekładających się na dobry, końcowy wynik.

Istnieje oczywiście sporo ważnych płyt będących w istocie kolażem motywów i konwencji. Mistrzami estetyczego rozgardiaszu byli choćby Beastie Boys, których dokonania skojarzyły się Kamilowi Wróblewskiemu z najnowszym albumem Bitaminy. Problem polega na tym, że Ziembiński, Dopieralski i Sibiński nie są, tak jak członkowie legendarnego nowojorskiego tercetu, wulkanami ekspresyjnej, bezczelnej charyzmy. Ich poprzednie dwie znakomite produkcje były demonstracją zupełnie innych zalet – stanowiły pokaz umiejętności nieśpiesznego budowania nastroju i konsekwentnej opowieści. Na „Placu zabaw” poprzez efektowne wkomponowanie sampli z starych, gramofonowych bajek w delikatnie etnojazzujące szkice piosenek udało się uzyskać kameralną, bardzo familiarną atmosferę. To bezpretensjonalne, silnie związane z codziennością podejście do tworzenia imponujących naturalnością koncept albumów kontynuowała „Kawalerka”. „Kwiaty i korzenie” brzmią natomiast tak, jakby muzycy nagle doszli do wniosku, że nagrywając kolejną płytę, chcą zawrzeć na niej wszystko to, co publiczności podobało się na poprzednich. Zamiast intrygującego nowego etapu twórczo rozwijającego formułę funkcjonowania grupy otrzymujemy coś w rodzaju efekciarskiego benefisu. Jeśli zestawimy ze sobą takie utwory, jak „Poka jak u ciebie tańczą” (rasowy dancehallowy numer, w którym każdy z gości – Grubson, Jarecki, Schrott – wnosi nową porcję energii) z wyciszonymi mikrosłuchowiskami („Iskieriusz”) i transowymi, etnicznymi dźwiękowymi pejzażami („I”), powstaje wrażenie nadmiaru chaotycznie wprowadzanych pomysłów. Tak duży rozstrzał stylistyczny i nastrojowy sprawia, że ciężko potraktować „Kwiaty i korzenie” jako spójną całość. Tym bardziej, że większym problemem okazują się teksty piosenek.

W otwierającej album „Mamie Europie” manieryczny, baśniowy hip-hop Sibińskiego przeplata się z dość siermiężnym flow Dopieralskiego. Pierwszy natrętnie archaizuje („nadlatuje brat gotów żem być rad z jego odwiedzin”), drugi wprowadza do opartej na języku potocznym gry skojarzeń elementy nieprzekonującej publicystycznej symboliki. „Skąd jesteś? Ile już przeszedłeś mil? Ile płotów powyrastało z ziemi?” – rapuje, wchodząc w schodzone buty epigonów piosenki poetyckiej. Całość kończy się motywem nadchodzącej wiosny, tylko że zamiast zapachem kwiatów czuć ją na kilometr literackością. „Mama Europa” to pusta zabawa słowem – zza której nie wyłania się żaden sugestywny obraz rzeczywistości. Podobnie rozczarowujący jest „Len i Krawiec” – utwór, który pod względem muzycznym stanowi jedną z najciekawszych kompozycji, mieni się jazzującym, niejednoznacznym nastrojem, tekstowo przede wszystkim drażni wysokim stężeniem komunałów („słowo straciło sens”, „zło teraz w modzie”, „piszę zdania w nich przesłania pojutrze tracą głos”).

Gdy Dopieralski i Sibiński występują w oddzielnych utworach, robi się ciekawiej. „Na uchu słonia” to słuchowisko przedstawiające urokliwie naiwną, baśniową historię miłosną – poprowadzone na tle nieco stereolabowego dźwiękowego tła. „Prezydent” i „Odnajdziemy raj” są muzycznie lekką, a tekstowo niezwykle ambitną próbą przeniesienie sposobu opowiadania o relacjach międzyludzkich na grunt tematu więzi z Bogiem i narodem. Ten obcy poprzednim albumom grupy patos jest oczywiście rozbrajany ironią, co momentami robi naprawdę dobre wrażenie, ale wyważenie proporcji między zaangażowaniem a dystansem nie wychodzi jeszcze Dopieralskiemu najlepiej. Szczególnie w „Prezydencie”, który fragmentami brzmi jak kiepski kabaret („mieli żal do mnie chopoki, że ja mam immunitet”). Tego rodzaju wątpliwości znikają podczas słuchania „Na pół”, utworu skrojonego według dobrze znanego fanom Bitaminy schematu opisywania scen i sytuacji z życia, budowania opowieści ze strzępów dialogów, spotkań i towarzyszących im spostrzeżeń. Wszystko to podane w formie dynamicznej funkowej kompozycji, której rytmika wywołuje momentami przyjemne skojarzenia z twórczością Thundercata. Postacią odpowiedzialną za najciekawsze muzyczne rozwiązania na „Kwiatach i korzeniach” jest Brian Massaka (współpracujący z grupą gitarzysta znany jako Moo Latte). Jego soulowo-hiphopowa wyobraźnia sprawia, że niezależnie od tego, czy porusza się w obrębie tradycyjnej gospelowej melodyjności („Secy za wałem”), czy posługuje się chillwave’owym rozmachem, znanym z najlepszych dokonań Washed Out („Odnajdziemy raj”), jego kompozycje wyraźnie się wyróżniają – przede wszystkim troską o misterny drugi plan nagrań – ilością dźwiękowych detalów.

Mateusz Dopieralski mówił niedawno o tym, że posiadanie publiczności skłania do tego, by chcieć jej coś powiedzieć. Mierząc się z poważniejszymi problemami. „Kwiaty i korzenie” wydają się albumem nagranym pod presją wprowadzenia do dorobku Bitaminy tak zwanych istotnych tematów. Ich nagromadzenie jednak zwyczajnie irytuje: patriotyzm, ekologia, europejskość, relacja z Bogiem… Wszystkie te kwestie są traktowane na „Kwiatach i korzeniach” niesłuchanie pobieżnie. Ten album to niestety prześlizgiwanie się po wątkach, stylach i konwencjach. Nic nie zostało tutaj poważniej zakorzenione, więc nic nie mogło tak naprawdę rozkwitnąć.

 

Bitamina, „Kwiaty i korzenie”
Kalejdoscope Records

2019