Archiwum
09.02.2012

Myśli wielobarwne

Łukasz Saturczak
Literatura

„Nam wieczna w polszczyźnie rozróba!”, czyli rozmowy Piotra Mareckiego ze zmarłym w 2011 roku Marianem Pankowskim to piękne podsumowanie życia i twórczości autora ciągle w Polsce marginalnego.

„Najmłodszy polski pisarz” – jak często nazywano Pankowskiego opowiada szefowi Wydawnictwa „Ha!Art” o rodzinnym Sanoku, obozach koncentracyjnych i życiu emigracyjnym w Belgii. W żadnej jednak z tych opowieści nie ma ani krzty patosu czy banału. To piękna gawęda jednego z najciekawszych polskich autorów XX wieku. Opowieść mądra, choć Pankowski się nie wymądrza; melancholijna, ale nie ckliwa; pouczająca, jednak w żadnym wypadku moralizatorska.

Nie wystarczy powiedzieć o nim: enfant terrible polskiej literatury. Był kimś więcej niż nie dającym się sklasyfikować wesołkiem w kolorowym krawacie. Jego szczere wypowiedzi tworzą zupełnie inną narrację, dotyczącą historii (nie tylko literatury) XX wieku, od tej, którą powszechnie znamy. Każda z tych wypowiedzi jest szkiełkiem tworzącym wielobarwny witraż-opowieść. Przykład? Jakie może być pierwsze wspomnienie związane z niejakim Karolem Wojtyłą, kolegą Pankowskiego z polonistyki, który rzucił poezję i teatr na rzecz kapłaństwa? „Karol miał tłuste włosy” – mówi pisarz. „Nie myliście głów?” – pyta z uśmiechem Marecki. „Myliśmy, ale nie tak jak dzisiaj. Do dziś mam przed oczami Wojtyłę pięcioma palcami czeszącego włosy”. Zresztą przyjaźń między pisarzem a przyszłym papieżem trwała bardzo długo. Wieloletnią korespondencję zakończyło dopiero wysłanie przez autora „Rudolfa” listu, w którym podjął się roli adwokata austriackich kleryków, przechowujących na swoich komputerach foldery pełne pornograficznych zdjęć. „Broniłem ciała, które znowu przez Kościół jest spychane do piekieł” – opowiada słuchaczowi. Jan Paweł II nigdy nie odpisał. W innych częściach rozmowy jest jeszcze ciekawiej.

Przejmująca opowieść o wielokulturowym Sanoku. Miasto u podnóża Bieszczadów, gdzie żyli ze sobą, niemal w arkadyjskiej społeczności: Żydzi, Polacy i Ukraińcy (Pankowski pominął jeszcze sporą ilość Łemków), zachwycało wielokulturowością, mnogością języków czy, co dla dziecka było najistotniejsze, bajkową niemal scenerią. Pisarz opowiada Mareckiemu o ulubionych miejscach, rodzinie, przyjaciołach – całej panoramie ówczesnej Galicji, która wraz z pojawieniem się hitlerowskich wojsk przepadła bezpowrotnie. Choć za każdym razem, gdy Pankowskiemu zdarzało się odwiedzać rodzinne strony, wystarczył byle skrawek dzieciństwa, aby go wzruszyć do łez – „Nic się nie zmieniło, pojawił się tylko mur wokół zakonu” – chłopięce lata rozczulają zawsze.

Opowieść Pankowskiego o latach spędzonych w hitlerowskiej niewoli jest trudna do zaszufladkowania. Dlatego pojawia się w niej „Auszwic”, nie zaś „Auschwitz”. Jest to więc narracja odległa od wszystkich innych: bohaterskich obrazów Zofii Kossak-Szczuckiej, opisu obozowej rzeczywistości przez pryzmat niewinnego dziecka („Los utracony” Imre Kertesza) czy nihilistycznej postawy bohaterów prozy Tadeusza Borowskiego. To nie może być typowa rozmowa o miejscu masowej zagłady ze wszystkimi wtrąceniami o cudzie przeżycia i nieludzkich scenach, po których człowiek: „nie będzie wstanie stworzyć poezji”, jeśli Pankowski zaczyna ją od zdania: „46333 – to był mój numer w Auszwicu. Pomyślałem sobie: Jaki piękny numer, na pewno nic złego mi nie przyniesie”. Później pisarz nie tylko udowodnił, że poezja po Oświęcimiu jest możliwa, ale również może mieć inną formę niż oszczędne frazy Tadeusza Różewicza. Pankowski opisywał, mimo wielu protestów, postawy ludzkie, często wypatrzone u strażników, o których nie można było powiedzieć dobrego słowa. Sporo „zwyczajnego” życia, które pomagało przetrwać obóz śmierci. Pisarz opowiada o jednym esesmanie, któremu więzień na pytanie po niemiecku: „Co tam?”, odpowiedział po polsku: „Pierdol w dupę i podskakuj, panie szefie!” i ten strażnik odchodzi. „Dlatego moja książeczka nie była lubiana” – kwituje Pankowski.

I nie był rozumiany aż do śmierci. Nie rozumiano go na emigracji, choć początkowo sporo publikował w paryskiej „Kulturze”. W kraju uznawano go za dziwaka, który zmuszony był wydawać książki w niszowych wydawnictwach. „Taka książeczka, z takimi słowami obrzydliwymi…” – Jarosław Iwaszkiewicz, „Pan pisze wbrew nurtom literatury postępowej” – Marian Brandys, więc odrzucano tekst Pankowskiego, co spowodowało, że autor „Matugi” stał się mimowolnie najczęściej tłumaczonym polskim pisarzem na język francuski (17 książek!), choć nigdy, przez ponad pół wieku emigracji (!) i profesury na brukselskim uniwersytecie nie przyjął języka Balzaka jako tego, który ma go wyrażać. Do końca mówił o sobie z dumą: pisarz polski!

Ha!Art zrobił dobrą robotę przypominając polskiemu czytelnikowi o Marianie Pankowskim. Jego wpływ na współczesnych pisarzy jest nieoceniony – niech ktoś poczyta na przykład „Rudolfa”, a później utwory Adama Wiedemanna czy Michała Witkowskiego. Niestety, wiele jeszcze przed nami, chociaż może lepiej, żeby Pankowski pozostał autorem niszowym, którym zachwycać się będzie niewielu, ale będzie to uczucie szczere i oddane? Świetna robota, najlepszy wywiad-rzeka Piotra Mareckiego (a zrobił ich niemało: Żuławski, Barańczak, Królikiewicz…), ale pewnie i najciekawszy bohater.

*   *   *

PS Miałem szczęście poznać Mariana Pankowskiego, uścisnąć mu dłoń, na Targach Książki w Krakowie. Listopad 2010 roku, ranek. Piotr Marecki, przedstawiając leciwego już pisarza, powiedział: „Łukasz też jest z Podkarpacia”. „A skąd?” – zapytał pisarz. „Z Przemyśla” – rzuciłem. Pankowski złożył mi pamiątkową dedykację w ostatniej książce „Tratwa nas czeka”. Po paru minutach każdy wrócił do swoich zajęć. Niecałe pół roku później dostałem smsa, że pisarz nie żyje.

Piotr Marecki, „Nam wieczna w polszczyźnie rozróba! Marian Pankowski mówi”, Wydawnictwo Ha!Art, Kraków 2011

Fot. Andrzej Goergiew

alt