Archiwum
21.03.2011

„Mówienie odfruwa, milczenie leży i leży, i pachnie”

Aleksandra Lewandowska
Teatr

Język jest dla Herthy Müller kluczowym komponentem, zarówno w wymiarze twórczości, jak i dla całości egzystencji. Autorka wychowująca się w owładniętej systemem Rumunii, doświadczyła go boleśnie jako narzędzia represji, ale i oporu wobec władzy totalitarnej.

Pisarka waży każde słowo, gra nim i ubiera w wymyślne metafory. Wynosi go ze sfery dosłowności na płaszczyznę przenośni. Język jest dla niej nie tylko narzędziem walki z systemem, ale i jedynym dostępnym jej medium w kontakcie ze światem, jak i ze sobą samą. „To nie język jest ojczyzną, lecz to, co zostaje powiedziane”– pisze Müller.

Przed Agnieszką Korytkowską-Mazur stanęło niełatwe zadanie: odnalezienie teatralnego języka dla najnowszej, nagrodzonej Noblem książki Müller – „Król kłania się i zabija”. Reżyserce udało się jednak spoić zbiór tych 9 esejów w trwający zaledwie godzinę spektakl, w którym otrzymujemy zsyntetyzowany obraz książki. Korytkowska-Mazur posłużyła się pewnego rodzaju „symultanicznościa” postaci – na scenie są trzy Herthy Müller: nastolatka, grana przez Klarę Bielawkę, dorosła (w tej roli Agnieszka Roszkowska) oraz dojrzała (świetna rola Beaty Fudalej). Ta ostatnia wychodzi poza ramy książkowej fikcji, dopowiada jej zakończenie, jest najodważniejszą i najdalej posuniętą próbą wejścia w psychikę autorki (w książce „Król kłania się i zabija” Müller nie stroni od osobistych zwierzeń i impresji).

Jaka była Herta Müller w dzieciństwie? Klara Bielawka wygrywa młodą idealistkę, zagubioną w świecie, w nowym kraju, (jako dziecko przeprowadziła się z Rumunii do Niemiec), jednak dumną z tego, kim jest, próbującą dać opór otaczającemu ją absurdowi i okrucieństwu. W dorosłej kobiecie pozostało wiele z tej waleczności, znika jednak naiwność. Herta godzi się ze światem, przystosowuje się do niego. Najtrudniejsze zadanie stało przed autorami w wykreowaniu postaci dojrzałej Müller. Ta ugruntowała już swoją pozycję w świecie, odnalazła w nim miejsce. Beata Fudalej pokazuję pewną siebie, silną, całkowicie zdystansowaną do rzeczywistości, ale i lekko zgorzkniałą kobietę.

Sztukę otwiera scena gry na akordeonie wszystkich trzech Hert. Jest to obrazowa przenośnia języka pisarki. Używa ona niewielu słów, a te, które już przepuści kilkakrotnie przez filtr autocenzury, przesiąknięte są znaczeniami. Zmusiły ją do tego okoliczności: „Wspominam czas dyktatury jako życie na cienkiej nitce, na której zawieszona coraz lepiej wiedziałam, czego nie można wyrazić słowami”. Jej listy i twórczość, permanentnie zagrożone osaczającą cenzurą, to, co najważniejsze, skrywają między słowami. Dialektyka przenośni, płynnie stykające się ze sobą myśli zyskują znaczenie dopiero na płaszczyźnie odbioru. Wesołe dźwięki akordeonu oddają również ironiczny dystans pisarki do świata. Podczas gdy młoda Herta stara się uniknąć gry na instrumencie, krzyczy i niespokojnie biega po scenie, panicznie uciekając od rzeczywistości, a dorosła Herta jest niejako sparaliżowana, dojrzałej bohaterce natomiast akordeon towarzyszy niemalże przez całą sztukę. Jego dźwięki pozwalają uświadomić, że kobieta przepracowała w sobie bolesne doświadczenia.

Poczucie obcości towarzyszyło Hercie Müller przez całe życie. Jako dziecko trafiła do nowego kraju, gdzie przez rumuński akcent i niedoskonały niemiecki traktowana była jako obca. Ten problem jednak towarzyszył bohaterce sztuki – quasi-wykreowanej Müller od samego początku. Twórcy opowiadają przejrzystą i przejmującą historię życia pisarki wzorując się na życiorysie kobiety. Jej ojciec był pijakiem, który nigdy jej nie szanował. Matka – zgorzkniała i chłodna, winiła ją za śmierć starszego, przedwcześnie zmarłego brata. Wprowadzenie na scenę jego postaci wydaje mi się kluczowym, kreatywnym i psychologicznie pogłębionym zabiegiem. W spektaklu nastoletnia Herta spędza większość czasu na płaszczyźnie wyobraźni, wraz ze swoim bratem – jest to swoista ucieczka od rzeczywistości do wykreowanego świata, a jednocześnie próba autopsychoanalizy, dotarcia do źródła swoich problemów. W finale przedstawienia brat staje się tylko śladem w pamięci Herthy, a zatem terapia przyniosła efekt.

Wszystkie trzy aktorki zostały ubrane w podobnie skrojone kostiumy, uszyte jednak zgodnie z wiekiem postaci, które grały. Klara Bielawka ma niewinną, zwiewną, dziewczęcą sukienkę z falbankami, podczas gdy Beata Fudalej została ubrana w elegancki kostium. Kolorystycznie pasują do scenografii: rozmytej, zielonkawej, trochę brudnej ściany podzielonej na 9 części. Każda z nich oddzielona jest od drugiej lekkim wyżłobieniem. Choć postaci siedzą koło siebie, usytuowane są względem siebie profilem. Nie są w stanie wejść ze sobą w głębsze interakcje. Każda z nich jest w pewien sposób odosobniona. Jedna ze ścian obraca się, ukazując co jakiś czas przestrzeń pozasceniczną. Są to drzwi wyprowadzające ze świata iluzji. To stamtąd wychodzą co jakiś czas postacie – zarówno demoniczna matka, jak i sama Herta.

Sztuka „Król kłania się i zabija” nie jest pozbawiona nostalgii i refleksji. W szczególności końcowa scena, utrzymana w stylistyce parodii i humoru, zostawia widza z bagażem wrażeń oraz tematów do przemyśleń. Odniosłam wrażenie, iż ten precyzyjnie dopracowany spektakl powstawał w fermencie zderzeń języka książki z psychologiczną interpretacją i wariacją twórców na temat postaci Herthy Müller, o czym świadczy rozwarstwienie postaci i życiowych wątków pisarki.

Jak większość spektakli wystawianym w warszawskim Teatrze Dramatycznym, tak i ten jest mocno dyskursywny, łączy w sobie mnóstwo, czasem odległych od siebie, problemów. Wychwycenie wszystkich wątków w jednorazowym odbiorze jest niemożliwe. Widza nieprzygotowanego i nieoswojonego z twórczością Müller spektakl pozostawia wręcz w zakłopotanego. Niewątpliwie wywiera jednak wrażenie siłą przekazu, hipnotyczną mocą języka, tego zaczerpniętego z książki, jak teatralnością form: dynamicznym i plastycznym ruchem scenicznym, dobrze skomponowaną, wyrazistą muzyką wykonywaną na żywo, które spajają w całość poetyckie niedopowiedzenia.

Herta Müller „Król kłania się i zabija”
reżyseria: Agnieszka Korytkowska-Mazur
adaptacja: Agnieszka Korytkowska-Mazur, Magda Fertacz
Warszawa, Teatr Dramatyczny



Język jest dla Herthy Müller kluczowym komponentem, zarówno w wymiarze twórczości, jak i dla całości egzystencji. Autorka wychowująca się w owładniętej systemem Rumunii, doświadczyła go boleśnie jako narzędzia represji, ale i oporu wobec władzy totalitarnej.