Archiwum
06.07.2012

„Dziennik norymberski” G. M. Gilberta, niewątpliwe arcydzieło literatury faktu, demontuje nazistowskie mity. Psychologiczne portrety nazistowskiej wierchuszki czynią estetykę hitleryzmu jedynie tanim przedstawieniem, odgrywanym na tle kartonowych dekoracji.

Człowiek ufa swoim zmysłom. Fundamentem wydestylowanej z empiryzmu ludowej teorii wiedzy jest, by poznawany przedmiot najpierw znalazł się w oku patrzącego. Od setek lat kognitywne źródła monstrualności są właśnie takie – potwór wygląda jak potwór, możemy go wyłowić z tłumu innych postaci na podstawie jego cielesnego uposażenia. Cechami dystynktywnymi potwora są deformacje somy, a więc morfologiczne patologie, wszelkie nadmiary i braki – włosów, kończyn, narządów. Potwora konstytuuje też transgeniczność, to człowiek z domieszką zwierzęcości lub zwierzę przyprawione człowieczeństwem, choć niełatwo ustalić, który wariant zachodzi w konkretnym przypadku. Gatunkowa niejednoznaczność czyni zresztą sprawę jeszcze bardziej frapującą – stworzenie niedookreślone, kreatura, z premedytacją rozmazuje wyraźną, przejrzystą i na zawsze ustaloną hierarchię bytów ożywionych.

Wiek XX coraz bardziej docenia odmienny model monstrualności. To potworność niejawna, mająca co prawda swe zewnętrzne, zmysłowo postrzegalne manifestacje, lecz tak naprawdę lokująca się zupełnie gdzie indziej: tam, dokąd żaden zewnętrzny obserwator nie ma dostępu. Czyny seryjnego mordercy, matki zabijającej własne dzieci, sodomitów oddających się zakazanej rozkoszy są potworne, jednak nie same w sobie, ale wskutek działania potworności zamaskowanej, zagadkowej wewnętrznej przyczyny. Tym, co najbardziej odrażające, jest umysłowa dewiacja. Gdy coraz większe uznanie zyskuje naukowa psychologia i psychiatria, kulturowy obraz zjawiska ujawnia interesujące napięcie, rodzi osobliwy niepokój. Medykalizacja czyni bowiem z monstrualności rzeczywistość jako tako oswojoną, opisywalną w obiektywizującym wszystko naukowym języku, ale wzmaga zarazem przerażenie, ponieważ okazuje się, że w monstrualności nie ma nic nadnaturalnego. Potwory zamieszkują ten tylko ten świat.

Kiedy w 1945 roku zwycięstwo antyhitlerowskiej koalicji przyniosło ujawnienie nazistowskich zbrodni, powszechne stało się oczekiwanie postawienia przed sądem tych, którzy wydawali się za nie odpowiedzialni. Lecz równie ważna stała się potrzeba zrozumienia, jak mogło do tego wszystkiego dojść. Postanowiono wywlec potwory na światło dzienne. Książki dedykowane temu zadaniu liczyć można w tysiącach – pośród z nich są pozycje wybitne, jak choćby „Eichmann w Jerozolimie” czy „Korzenie totalitaryzmu” Hannah Arendt – ale nawet w towarzystwie najznamienitszych analiz „Dziennik norymberski” G. M. Gilberta jest dziełem wyjątkowym. Swoje motywacje autor wyraża jasno już na samym początku: „Jako dyplomowany psycholog chciałem oczywiście wiedzieć, co skłoniło ludzi do przyłączenia się do ruchu nazistowskiego i dokonania takich zbrodni”.

Jedynymi narzędziami, które ma do swej dyspozycji Gilbert, są rozmowy i obserwacje. Całymi miesiącami odwiedza w celach oskarżonych nazistów, przysłuchuje się ich dyskusjom w więziennej stołówce, przygląda się reakcjom na sali rozpraw. Jego oczy stają się naszymi oczami. Wszystko mamy jak na dłoni: Hermann Göring – quasi-męczennik i błazen w jednej osobie, do znudzenia epatujący sędziów i innych oskarżonych swoim cynizmem i udawaną odwagą; Joachim von Ribbentropp – zadziwiający umysłową tępotą lizus, z nosem wciśniętym w procesowe dokumenty, wiecznie narzekający, że ma zbyt mało czasu na przygotowanie skutecznej obrony; Hans Franck – sam przez siebie obsadzony w roli katolickiego neofity, patrzący na zbrodnie przez chrześcijańskie okulary; Rudolf Hess – do dziś nie wiadomo, czy rzeczywiście cierpiący na amnezję, czy raczej w obliczu straszliwych oskarżeń zwyczajnie udający idiotę; Albert Speer – zdystansowany pseudointelektualista, niby z pokorą przyjmujący swój proces i wyrok, lecz zarazem zapewniający, że o zbrodniach nic nie wiedział.

Prawda była zgoła inna. Speer, który po opuszczeniu więzienia stał się medialną gwiazdą publicznie odżegnującą się od bestialstw II wojny światowej, 6 października 1943 roku osobiście wysłuchał słynnego przemówienia Himmlera wygłoszonego w poznańskim Zamku, kiedy to Reichsführer SS poinformował zebranych o eksterminacji Żydów, podsumowując całą sprawę następująco: „Teraz wiecie już wszystko, panowie, i proszę was, abyście zachowali to dla siebie. Może kiedyś, znacznie później, będzie można się zastanowić nad tym, czy by nie powiedzieć czegoś więcej narodowi niemieckiemu. Myślę, że będzie lepiej, jeśli my – my wszyscy – weźmiemy to na siebie w imieniu naszego narodu, weźmiemy na siebie odpowiedzialność, a potem zabierzemy tę tajemnicę do grobu”. Speer słowa dotrzymał.

Miesiące sądowego postępowania ukazują tyleż rozpaczliwą, co tchórzliwą walkę oskarżonych o oczyszczenie się z zarzutów, polegającą głównie na próbach zrzucenia odpowiedzialności na siedzących obok współtowarzyszy oraz na „wielkich nieobecnych” procesu – Hitlera, Himmlera, Goebbelsa. Włodarze III Rzeszy własnoręcznie, choć w niezamierzony sposób, demontują nazistowskie mity, w tym estetyczną iluzję systemu.

Propagandowy obraz hitlerowskich Niemiec ukazywał naród potężny i groźny. Wizualnym tego symbolem była zapierająca dech w piersiach militarystyczna moda, na czele z czarnymi jak smoła mundurami SS. Przekaz uzupełniał złowieszczy hakenkreuz, budząca strach kanciasta niemiecka mowa, fizyczne piękno „rasy panów”, jakże sugestywnie odmalowane przez Leni Riefenstahl w 1936 roku przy okazji igrzysk olimpijskich w Berlinie.

„Dziennik” Gilberta, niewątpliwe arcydzieło literatury faktu, wszystko to demistyfikuje. Psychologiczne portrety nazistowskiej wierchuszki czynią estetykę hitleryzmu jedynie tanim przedstawieniem, odgrywanym na tle kartonowych dekoracji. Nie znajdziemy tu potężnych, zniewalających swą charyzmą osobowości, przenikliwych strategów, chytrych dyplomatów, politycznych wizjonerów. Zło, zgodnie ze słynnym aforyzmem Hannah Arendt, jest banalne, odarte z wszelkiego demonizmu. I dopiero to sprawia, że jest naprawdę potworne.

G. M. Gilbert „Dziennik norymberski”
Świat Książki
Warszawa 2012

alt