Archiwum
15.12.2020

Melodramat zamiast elegii

Mateusz Demski
Film

J.D. był jednym z tych dzieciaków, którym kroiła się ponura przyszłość. Większość takich jak on – chłopców wychowanych w biedzie, w jednym z wielu hutniczych miasteczek w Ohio – jest z góry skazana na porażkę. Zasady są proste, będzie się zwierzał po latach: „jeśli ci się poszczęści, zrobisz maturę, dostaniesz stawkę trzynastu dolców za godzinę i nie skończysz na socjalu. Natomiast jeśli będziesz miał pecha, przedawkujesz heroinę”. Zanim do tego przejdziemy, ustalmy, że przecież nie zawsze tak to wyglądało. Kiedy dwa pokolenia wcześniej dziadkowie J.D. wynieśli się na północ kraju i dotarli w okolice Ohio, mieli wrażenie, że otrzymali bilet do lepszego świata. To tu powstały wielkie koncerny przemysłowe, dobrze płatne posady robotnicze, tu możliwe stało się kupowanie na własność domów i zaciąganie kredytów na skalę masową. Innymi słowy: tu narodził się amerykański styl życia. Sęk w tym, że czasy przemysłowej prosperity szybko minęły. Niegdyś najbogatszy region w Stanach Zjednoczonych, dziś jest miejscem kompletnej plajty. To postindustrialny grobowiec pełen opuszczonych, zardzewiałych fabryk. Kraina, w której nie ma stałej pracy.

J.D. nie miał zatem w życiu lekko. Wychował się wśród ludzi, dla których – jak sam twierdzi – bieda jest pierwszym przykazaniem i tradycją rodzinną. Statystyki mówią, że przeciętna rodzina w takim Middletown mieszka dziś albo w przyczepach kempingowych, albo w ciasnych mieszkaniach z dopłatami rządowymi. W domu J.D. też się nie przelewało; w ogóle był to dom z wielu powodów wybrakowany, niepełny. Jego rodzice szybko się rozwiedli. Ojciec założył nową rodzinę, matka próbowała szczęścia z różnymi lowelasami i coraz bardziej pogrążała się w nałogu. Wychowali go dziadkowie. Żadne nie zrobiło nawet matury, a jednak to dzięki ich dopingowi (oraz tyradom składającym się z bluzgów) bohater wyrwał się z zaklętego kręgu biedy, patologii i „wyszedł na ludzi”. Najpierw wstąpił do marines, służył w Iraku, potem jako pierwszy w rodzinie zdobył wyższe wykształcenie i zamiast typowym „bidokiem” został wysoko cenionym prawnikiem. W międzyczasie spisał wszystko, co pamiętał z domu – stworzył coś w rodzaj pamiętnika, w którym spowiadał się z zawodów, smutków, traum i sukcesów. „Nie napisałem tej książki dlatego, że osiągnąłem coś nadzwyczajnego. Napisałem ją dlatego, że osiągnąłem coś zupełnie zwyczajnego, co jednak bardzo rzadko zdarza się dzieciakom, które dorastają w warunkach takich jak ja” – przyzna po latach J.D. Tak naprawdę nazywa się James David Vance. Książka nosi tytuł „Elegia dla bidoków”, sprzedała się w nakładzie kilku milionów egzemplarzy.

Powieść Vance’a uznaje się dziś za podręcznikowy opis realiów życia w tak zwanym pasie rdzy – terenie położonym na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych, między Wielkimi Jeziorami a Appalachami. Vance snuje w niej wielowarstwową opowieść o ludziach uwikłanych w historię tamtejszego regionu. Doskonale zna problemy lokalnej społeczności, jest świetnym obserwatorem i interpretatorem rzeczywistości, potrafi przy tym nacisnąć palcem w miejsce obolałe i sformułować śmiałą, dobrze uzasadnioną tezę. „Elegia dla bidoków” to w końcu nie tylko osobiste wspomnienia autora – faktem jest, że osią napędową historii jest bilans życia jego i jego najbliższej rodziny, ale zarazem w tę ściśle pamiętnikarską narrację wplótł on rozmaite statystyki, wskaźniki, prace badawcze, opinie politologów. Z książki Vance’a dowiemy się choćby o tym, z czego – najprawdopodobniej – wynika kultura bezradności i braku perspektyw panująca wśród jego pobratymców. O tym, dlaczego w ciągu życia niespełna jednego pokolenia rejon Appalachów z twierdzy demokratów stał się matecznikiem republikanów. Jak słusznie zauważył Larry Summers, sekretarz skarbu w gabinecie Billa Clintona i profesor ekonomii Harvardu, tę książkę powinien przeczytać każdy, kto chce zrozumieć fenomen Donalda Trumpa. To w końcu głosy wyborców z pasa rdzy przesądziły o tym, że nowojorski miliarder zasiadł kilka lat temu w fotelu prezydenta.

Ani trochę zatem nie dziwię się Netflixowi, że postanowił wyłożyć wielkie pieniądze na ekranizację tej książki. Ta historia to wymarzony przypadek – autobiograficzna, niewypolerowana, pełna szczegółów opowieść o klasycznej drodze od pucybuta do milionera, a przy tym jeden z kluczy do zrozumienia dziejów najnowszych USA. „Elegia dla bidoków” wydaje się dziś książką ważną – a przy tym wpisuje się w szerszą linię autobiografii klasowych (niektórzy kreślą linię styczną między „Elegią…” a inną ważną książką ostatnich lat, „Powrotem do Reims” Eribona). Jest to być może najgorętsza amerykańska powieść ostatnich lat, istotne było więc wyjście z adaptacją do masowej publiczności. To zadanie zostało powierzone Ronowi Howardowi. Złośliwi mówią, że to taki wyrobnik na telefon i do wynajęcia, traktowany w kategoriach czysto rzemieślniczych; że gdy trzeba celować w rzeczy wielkie, nośne i dotknąć serc publiczności, to wykręca się numer właśnie do niego. Kto by pomyślał, że portret tych, których Amerykanie zwykli nazywać redneckami, bidokami, whitetrashami, przerośnie możliwości tego reżysera.

A to, że przerósł, nie ulega wątpliwości. „Elegia…” od przeszło tygodnia zbiera potężne cięgi w prasie, krytycy z lewa i prawa nie zostawiają suchej nitki na Howardzie, zarzucając mu, że zrobił film „płaski”, „bezcelowy”, „nieznośnie fasadowy”. Punkt wyjścia reżyser obrał niby słuszny; dotrzymał wierności literze książki, co znaczy, że nie namieszał za bardzo ani w głównej linii fabularnej, ani w życiorysach bohaterów. Życie poza wielkomiejskimi koleinami, ciągłe haje, przeprowadzki, dorywczy tatuśkowie, nagrzana, ale mimo wszystko dobra matula i kibicująca babcia – to wszystko w filmie Howarda jest. Zabrakło jednak wejścia w ten świat, próby zagłębienia się w ten szczególny kosmos. Howard, niestety, nie zrozumiał, kim są jego bohaterowie, uciekł więc w melodramat. Takie podejście nie mogło się udać.

Nie dziwi więc, że wszystko tu zostało podlane obficie dźwiękami patetycznej muzyki Hansa Zimmera (w rodzaju „im bardziej dramatycznie, tym lepiej”), że wszystko kręci się wokół dwóch aktorskich szarż typowanych do Oscarów. Pierwsza to Glenn Close, odtwarzająca surową babcię z potężnym mentolowym petem przyklejonym do wargi. Druga, Amy Adams, jako kobieta, która desperacko usiłuje być dobrą matką, próbuje odnaleźć szczęście w miłości, ale zawsze znajdzie wymówkę, żeby wrócić do narkotykowego ciągu. Ich gra jest trochę niezręcznie konstruowana i jednak przeszarżowana, wygląda na trudną do strawienia fantazję hollywoodzkiego establishmentu o ludziach, którym bieda zapukała do drzwi. Dużo wrzasku, dramatyzmu i gorączkowości, naddarte workowate spodnie, rozciągnięte bluzy i teatralnie potargane włosy – i gotowe. A co bidokom na dnie duszy gra? No skąd Howardowi to wiedzieć, skoro on takiego małego Vance’a w najlepszym razie z okien autokaru oglądał. Może i o nim czytał, ale nigdy go nie znał.

O znakomitości książki Vance’a przesądzało to, że na przykładzie domu rodzinnego drążył w społecznych złożonościach, nie oceniając swoich bliskich, lecz jedynie próbując zrozumieć, skąd wyrastają korzenie problemów, które jako dziecko dostrzegał wokół siebie. Autor książki niemal na każdej stronie podkreślał, że sprawa sięga znacznie głębiej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, że odpowiedzi trzeba szukać głęboko pod powierzchnią, że elegia jego społeczności dotyczy kwestii historii, kultury, wiary, psychologii i kodeksu obyczajowego. Howarda jednak takie niuanse i zawiłości w ogóle nie obchodzą, nie wgryza się nijak w specyfikę tożsamości swoich bohaterów, nie podejmuje się ani jednej refleksji czy interpretacji. Woli cały materiał źródłowy uprościć, rozwałkować, wyczyścić go z wszelkich uciążliwych naleciałości. W ten sposób opowiadana w „Elegii…” historia sprowadza się już tylko do postaci zarysowanych na najbardziej podstawowym poziomie, melodramatycznego obrazka, natrętnego cohelizmu: „nie ważne skąd pochodzisz, ważne dokąd zmierzasz”. Howard nie jest zainteresowany dogrzebaniem się do prawdy o prowincjonalnej Ameryce, preferuje egzaltowaną bajkę uczesaną pod masowe gusta.

 

„Elegia dla bidoków”
reż. Ron Howard
premiera: 24.11.2020 (Netflix)

kadr z filmu "Elegia dla bidoków" | © Netflix | źródło: imdb.com