Archiwum
20.05.2014

Kochanka Dyckiego

Maja Staśko
Literatura

Kilka lat temu rozmawiałam z Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim. Mogłabym opisać to tak:

„spotkanie z poetą Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim stało się tak osobistym przeżyciem, że opisane zostało w moim prywatnym notatniku. Wybaczcie, że się nie dzielę wrażeniami. Musicie uwierzyć, bądź nie, że Poeta ten zostaje w sercu na zawsze”.

Lub inaczej. Gdy kilka lat temu rozmawiałam z Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim, opowiadał mi o deportacjach swojej matki, o których wówczas w tomikach znaleźć można było tylko wzmianki, najpewniej możliwe do odczytania dopiero dziś, (niemal) w Dzień Matki, wraz z premierą „Kochanki Norwida”. Dycki opowiadał mi o deportacjach matki, w pewnym momencie – wymawiając się funkcją fatyczną – zapytał: „Rozumie pani?” Nie rozumiałam.

I nie rozumiem nadal. Nie mogę zrozumieć podwójnej deportacji matki i bydlęcych wagonów; nie mogę zrozumieć ran po samookaleczeniach, które napełniają dom brudnymi od ropy szmatami; nie mogę zrozumieć schizofrenii i schizofazji; nie mogę zrozumieć każdego przybranego ciała (Konrad Bełski, Lucjusz Polański, Marcin Krowicki, Dycki), każdego przebrania sygnowanego imionami i znamionami; nie mogę zrozumieć matki i jej izolatki, matki i jej romansu z Norwidem, matki i ojca niegodziwca – wściekłego psa; nie mogę zrozumieć niewypowiedzianej zdrady: zdradzenia tego, czego się nie zdradza, nie wyjawia; nie mogę zrozumieć Bezpalucha małego i drobnego do chuja niepodobnego; nie mogę zrozumieć owłosionej brodawki Lipskiego i piękna jego trzech podbródków; nie mogę zrozumieć inicjacji poetyckiej, która wzięła się od majaku: obłędnego romansu matki z Norwidem; nie mogę zrozumieć najlepszego zakończenia dla pedalskiej bajki; nie mogę zrozumieć babci klozetowej, która wali pięścią we drzwi i krzyczy coś o nieuchronnej dezintegracji; nie mogę zrozumieć piosenki o gawronie, która nie jest wierszem ciotowskim; nie mogę zrozumieć grzechu na haju w siedmiu czynnych kabinach piekieł; nie mogę zrozumieć ciemności domu dzielonego z matką, która poruszała się już tylko po omacku; nie mogę zrozumieć powolnego starzenia się stygmatyzowanego ciała; nie mogę zrozumieć odwiedzin u matki w szpitalach psychiatrycznych i jej krzyków w języku ukraińskim; nie mogę zrozumieć złorzeczeń i splunięć; nie mogę zrozumieć chachłackiego; nie mogę zrozumieć wiersza wysupływanego z bebechów. Nigdy ich nie zrozumiem, nigdy nie obejmę – rozumem. Nigdy ich nie zrozumiem, ale przecież nie po myśli naukowo udowodnionej poezji (semantycznie) hermetycznej czy niezrozumiałej:

„powiedziano wszak i dowiedziono

że poezja musi się opierać

przede wszystkim zaś musi się wymykać

zrozumieniu i pochwyceniu”

Nie mogę ich zrozumieć jak nie rozumie się bólu czy rozkoszy. Ale mogę ich doznać. Niezrozumienie Dyckiego to prze-życie, niedowiedzione wydarzenie, w którym uczestniczę, do którego wchodzę jak do domu (w Wólce Krowickiej), ale którego nie rozumiem. Prze-życie, które nie stwarza nieprzekraczalnej bariery, które jest zrozumiałe, ale nie do zrozumienia, nie do objęcia i pochwycenia – jako zdarzenie, ciało, pulsujące i opierające się zawłaszczeniu. Nie rozumiem, bo jestem wrzucona w sam środek doświadczenia, które silnie odczuwam, ale które – mimo to, dlatego właśnie – pozostaje obce, nieoswojone. Nie rozumiem, bo nie jestem w stanie wyjść z siebie, z ciebie, bo nie mogę obejrzeć nas z zewnątrz i racjonalnie powiedzieć „oto ja, oto ty, oto my”, by przeanalizować tę r(el)ację – bo jestem w wierszu, jestem wierszem, składam się z drobin i części („poezję / robi się z małych rzeczy / z rzeczy najmniejszych”). „Rozumienie to zbyt ogólne pojęcie”, a tu działa idiom, chwila, moment zakochania.

Wiersz to stworzonko – biseksualne i aseksualne – którego odgłosy są mi z gruntu obce, choć jestem jednym z nich („Leszek chwali się tym co mu / wystaje ze spodni i to robi wrażenie / na zmarłych jestem jednym z nich” [z tomu „Młodzieniec o wzorowych obyczajach”]) – odgłosem, zwierzątkiem, istotką zamarłą z przerażenia. Niczym więcej. Ale właśnie w owym niczym istota: „pisać o niczym jest najtrudniej”.

To wiersze młodzieńczo zbuntowane, zbuntowane przeciw wszelkim unieruchomieniom i istotom rzeczy, zbuntowane przeciw starzeniu się i starości – również tej poetyckiej, zatwierdzonej niepodważalną, utrwalającą (w pomniku: exegi monumentum) notką w podręczniku. Wiersze kontestacyjne, napędzane kurwicą, rozkładające nasze rozumienie rozumienia, czytania, literackiej komunikacji – wiersze czarujące („poezja musi się podobać”), podrywające, czasem i do czynu, do działania (ciałem). Wiersze zaangażowane, zaangażowane kiedy niekiedy w polskość, a zawsze w polszczyznę. Poezja przeklęta, poezja-rozróba:

„poezja

po to właśnie jest by ni stąd

 

ni zowąd najlepiej w niedzielę

narobić wielkiego huku”

Poetycki podział na cykle, wyznaczany tytułami, stał się klarowny jak nigdy. Każdy wiersz to osobna opowieść, każdy cykl to osobna sekwencja, cały tom dramaturgicznie układa się w – bodaj najbardziej wciągającą z dotychczasowych tomów – historię. Historię, od której nie można się oderwać, ale i do której nie można się w pełni dorwać czy dobrać – która wpuszcza i wypuszcza. Historię najsilniej cielesną i najsilniej fantazmatyczną, miłosną i traumatyzującą, bajkową i bełkotliwą. Jak kochanka Norwida, realne ciało matki w uścisku z ciałem poezji, z ciałem poety niezrozumiałego (ale znów – nie w myśl naukowo opracowanej i deklaratywno-manifestacyjnej semantycznej niezrozumiałości, a niezrozumiałości w przebiegach zdarzeń, wydarzeń, niezrozumiałości cielesnej i niemożliwej do przemożenia – niezrozumiałości determinującej). Z ich zderzenia w 1962 roku zrodził się Dycki – (nie)realny i fantazmatyczny, przeżywany i niezrozumiały:

„To moje pisanie to jest takie pójście za Norwidem, za słowem, za tym, co jest jakoś bądź to ulotne, bądź to niepochwytne, bądź to nieobecne, bo właściwie opowiadamy sobie o czymś diablo nieobecnym, bo chyba poezja nie jest nikomu potrzebna”.

Norwidowski stygmat uruchamia mechanizm widzenia filtrowanego przez kulturowe zapożyczenia. Scena wywlekania z izby opierającej się krzykiem matki w jednym chodaku, z unoszącymi się kłębami pierza z porwanej poduszki przypomina przedstawienia filmowe bądź wiersz Zuzanny Ginczanki, do którego zwraca się Tkaczyszyn-Dycki w poszukiwaniu języka przemocy, grabieży, wojny. Sięga po lekturę na chybił trafił, pierwszą lepszą, pierwszą z brzegu: wznowienie Ginczanki w wyborze Tadeusza Dąbrowskiego wyszło bowiem w Biurze Literackim pod koniec zeszłego roku i z łatwością mogło trafić w ręce poety. Sieć takich przypadkowych zapożyczeń językowo-kulturowych z wierszy (także własnych – z najistotniejszym wierszem na czele, którym jest przypis w ostatnim tomiku), piosenek, wizji, obrazów, formuje wspólną (własną i obcą jednocześnie) płaszczyznę tej poezji – przestrzeń podwójnego widzenia, opisaną przez Tadeusza Sobolewskiego w „Człowieku Mironie”: widzenia tego, co jest, przez sieć intertekstów (i na odwrót – tekstów przez to, co jest) – jako rodzaj życiopisania i życioczytania. Wydziedziczone ze źródła konteksty ulegają kolejnym przemieszczeniom, delegacjom, przeprowadzkom, rozpoczynają (prze)życie od nowa. To tomik złożony z deportacji – tematyzowanych (deportacja matki z ojczyzny na Ukrainę i z normalności do szpitali psychiatrycznych, deportacje autora-bohatera) i dokonywanych, do-konanych, zrodzonych z krzyku.

Nie oznacza to jednak, że Dycki to poeta wydziedziczony, oddelegowany, że nie ma swojego miejsca. Jego miejsce jest bez wątpienia w polszczyźnie; i „w transporcie czyli po stronie / matki w bydlęcym wagonie”. Jego ziemia to zmiana, zamiana, przypadkowość, ruch, chybotliwy uzus i idiom językowy. Jego miejsce to trans-, transport. Uruchamiane niezrozumienie nie prowadzi jednak ku wydziedziczeniu, jak chciałaby część krytyków i z czym bezwzględnie polemizuje Dycki:

„nieprawdą jest to że już

nie należę ani do siebie

ani do ciebie”

Uruchamiane niezrozumienie to właśnie uruchomienie – prze-życia, współ-życia, w którym należę i do siebie, i do ciebie, w którym należysz i do siebie, i do mnie („zamienię siebie na ciebie / i ciebie na siebie niczego wszak / nie obiecując i nie osiągając”). Objęcie nie rozumem, lecz ramieniem, a najlepiej ustami („usta / służą do wykradania ust i nie tylko // już przy pierwszym pocałunku”). To chyba pierwszy tak miłosny, tak romansowy tom poety. Bolesny i rozkoszny, humorzasty i z humorem, młodzieńczo zbuntowany i młodzieńczo (często postpamięcią – romansami swoich przodków, z tytułowym romansem matki na czele) zakochany. Poezja wyzwania i wyznania. Ale i pierwszy tom tak dojrzały, zderzający się z problemami, które stanowiły istotę choćby późniejszej poezji (całkiem) innego lingwisty, Mirona Białoszewskiego. Dojrzewanie i dojrzałość, młodość górna i durna oraz wiek męski.

Dycki poetycki jest w nas i wśród nas obecny, cieleśnie, dotkliwie odczuwany. Bliski, najbliższy. Obecny, ale i obcy; podtrzymujący szczenięce zakochanie, wysupłujący z ostatnich (u)strojów społecznych w nagość i bezradność. Kochanek, ale przecież (choć trochę) wyimaginowany, przedstawiony we śnie. Dlatego wciąż, coraz mocniej kochany, zakochiwany. Dlatego opisywany w prywatnym notatniku. Zostaje w sercu na zawsze – na prawdę.

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, „Kochanka Norwida”
Biuro Literackie
Wrocław 2014

alt