Archiwum
11.03.2020

Leszku Knaflewskim usłyszałem po raz pierwszy jesienią 2014 roku. To było na ustach wszystkich: Knaflewski umarł, Knaflewski nie żyje, nie ma już Knaflewskiego. Cień śmierci legł więc na moim doświadczeniu twórczości „Knafa” (o ile wypada mi podjąć to poufałe skrócenie). Tym mocniej wybrzmiewa dla mnie tytuł wystawy, która właśnie skończyła się w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie – „Knaf’s not dead”.

Tytułowe hasło, ukute prawdopodobnie przez artystkę i wdowę po Knaflewskim, Aleksandrę Ska, przynależy do stwierdzeń skrycie dwoistych: takich, przez które zawsze przebija trochę ich przeciwieństwo, budząc podejrzenie, kusząc wątpliwością – zawarte w nich słowo „nie” co prawda stwarza własną rzeczywistość, ale jest to jednak zaprzeczenie, a więc pasożyt na ciele innej rzeczywistości, o którą należy zapytać. Knaf’s not dead oznacza: Knaf jest żywy – to rozumie się samo przez się; ale dorozumiane, a przy tym najciekawsze jest to, dlaczego zamiast powiedzieć, że „Knaf jest żywy”, mówi się: „Knaf nie jest martwy”?

Jest to, rzecz jasna, trawestacja tytułu płyty wydanej w 1981 roku przez grupę The Exploited; słowa Punks Not Dead (w innym wariancie: Punk not dead) stały się programowym wręcz zawołaniem punkowej subkultury i jej swego rodzaju definicją. Przynajmniej dla mnie: na długie lata przed moim pierwszym zetknięciem z jakimkolwiek przedstawicielem tej grupy miałem wyryte w umyśle hasło, które okraszone wizerunkiem przekreślonej czaszki z irokezem widniało na ceglanym murze starej mleczarni nieopodal mojego rodzinnego domu na zielonogórskim blokowisku. Punk to więc wyznanie kontestacji – kontestacji skrajnej, bo sięgającej aż po zaprzeczenie własnej śmierci. Być może to właśnie buntownicza natura punku, zrodzonego ze sprzeciwu wobec „instytucjonalizacji życia społecznego”, ze snu o wolności i niezależności, o uwolnieniu z krępujących systemów i tak dalej – prawdopodobnie to ów klimat odwrócenia rzeczywistości sprawił, że niejednorodny nurt może się dziś podsumować i zjednoczyć pod autotematycznym i trochę tautologicznym stwierdzeniem, że nie jest martwy – dopóty jednak, dopóki mówi „nie”.

 

Oni śpią za nie, 2010 | fot. M. Sierpień

 

Raincarnation, 1999 | fot. M. Sierpień

 

Aspekt podważania i kontestacji wydaje się dla sztuki Knaflewskiego kluczowy. Bunt, dzikość, chęć wkłucia się między płyty pancerza, którym obudowane są rozmaite instytucje: artysty, Kościoła, narodu (a nawet bój z „instytucją” życia, który widać w jednej z najbardziej stężonych dramaturgicznie prac wideo, jakie znam, w „Trumnie elektrycznej”) – wszystko to pojawiło się w jego twórczości. Ów wojowniczy przekaz jest na tyle silny, że gdyby chodziło o artystę młodego, to oglądając „Knaf’s not dead”, powiedziałbym: oto kolejna persona zaangażowana, zbijająca kapitał na apokaliptycznych wątkach prawicowego wzmożenia w Europie, kościelnych skandali seksualnych i tak dalej. Knaflewski nie doczekał przecież czasu, gdy tępy i agresywny konserwatyzm stał się tak głośny, że aż powszechny; a bezradność i hipokryzja duchownej hierarchii nie tylko w oczy kolą, lecz wręcz wypalają wzrok — prace zaprezentowane na sopockiej wystawie wydawały się więc nie tyle zaangażowane, ile profetyczne. Knaflewski nie przypominał zatem figury lewicowego oszołoma, gotowego w poczuciu bezradności ośmieszać się na placach i przywiązywać do drzew; to raczej postać groźnego, starego mistrza, który nie marnując energii na zbędne ruchy, wymierza przeciwnikom jeden oszczędny, acz śmiertelny cios.

Taka gęba weterana jest bardzo korzystna dla żyjącego artysty. Od wytrawnego stratega nikt nie oczekuje pochopnych ruchów – ufając umiejętnościom, którymi dysponuje, pozostawia mu się przestrzeń i czas do działania; on zaś może dzięki temu nie przejmować się naciskami i „robić swoje”, z jednej strony utrwalając swój status, a z drugiej od czasu do czasu wykonując zaskakujący wszystkich manewr, przypominający o świeżości i sprawności. W takiej to sytuacji był chyba Knaflewski, świetny artysta, cieszący się równie świetną recepcją swojej twórczości. Problem jednak zaczyna się w chwili śmierci, gdy zbroja wojownika pozbawiona żywego ciała staje się nieruchoma i brązowieje, zamieniając się w posąg. Rodzi się wówczas najtrudniejsze pytanie: czy kontestatorowi przystoi pomnik, czy też może należało go w zbroi bohatera pochować, a jego testamentem są zaprzeczenie, wątpliwość, trafne szyderstwo, veto?

Czy twórca wideo („Stoisz na moim miejscu”), w którym przy pomocy kija golfowego tłucze zapalone żarówki, a kolejne uderzenia przeplatane są tytułami jego wcześniejszych realizacji – zbijane żarówki lśnią jakby światłem jego „chwały” – powinien stać na piedestale?

 

Full Screen, 2011 i wideo This is the Soundtrack, 2011 | fot. M. Sierpień

 

Gott mit uns, 2004 | fot. M. Sierpień

 

Catholic-Cola, 2001 | fot. M. Sierpień

 

Główny rdzeń pokazanej w PGS wystawy był ścisły tematycznie: prace, które chyba najłatwiej sobie skontekstualizować poprzez aktualną rzeczywistość pozaartystyczną: fotografie, wideo i obiekty odniesione do nadużywanej władzy Kościoła (m.in. „Spirit”, „Catholic-Cola”, „Killing me softly”) czy prawicowego ekstremizmu (doskonałe „White power” oraz „Gott mit uns” – metalowa swastyka z kondomami na końcach). W ów główny rdzeń, zajmujący większość głównej sali, wcinała się bardziej enigmatyczna praca „Full Screen” (kolczata klatka z projekcją przedstawiającą wijący się dziko mikrofon bijący kablem jak batem) – realizacja, którą byłbym skłonny odczytywać raczej jako traktującą o samym medium, ewentualnie „egzystencjalnie”: wypowiedź o sytuacji wyizolowania, kipienia w agonii. Ostatecznie jednak „Full Screen” swoją metalowo-szpikulcową estetyką wpisywał się w polityczny ciężar głównej części ekspozycji, budząc równie dobrze skojarzenia z ostrymi zasiekami czy tresurą.

Oprócz zajmującej większość przestrzeni części centralnej „Knaf’s not dead” zawierała też elementy nadające całości charakter bardziej przekrojowy. Zaprezentowano zatem trochę rysunków, kącik obiektów plemnikowo-korzonkowych oraz wydzielono salkę wideo. Tym samym całość nabrała rysu klasycznej retrospektywy, próby przekrojowego ujęcia twórczości – wracamy więc do problemu „zbrązowienia” Knaflewskiego. Wyjaśniając: „Knaf’s not dead” to uderzająco dobra wystawa, jak na standardy sopockiego PGS-u może wręcz wybitna. Problemem okazał się jednak brak krytycznej postawy wobec samej idei wystawy i postaci twórcy. W przypadku artysty żyjącego nie oczekiwałbym oczywiście podważania jego statusu i dokonań przez goszczącą go instytucję lub kuratora – z oczywistych względów – albo ktoś jest twórcą samokrytycznym, albo nie. Ale w przypadku osób zmarłych można i należy to robić. Tu, zgodnie z tytułem, potraktowano artystę jak osobę żywą, pozostawiając go jego własnemu krytycyzmowi. Działa to jednak przeciwko samemu Knaflewskiemu. „Jest” on w swojej autoironii bezbronny, bo spetryfikowany – nie może opowiedzieć nam o sobie samym w 2020 roku, bo w 2020 roku jest biologicznie nieobecny. I, paradoksalnie, na jego niekorzyść, im dłużej „Knaf” będzie niekonfrontowany, niepodważany, niekontestowany – tym bardziej będzie martwy, zamknięty w skończonym zbiorze własnych dzieł i wypowiedzi oraz cudzych laurek.

 

Trumna elektryczna, 1999, klatka z filmu, 2003 | fot. M. Sierpień

 

Widok na prace: Killing me softly, 2005, Trumna elektryczna, 1999, Raincarnation, 1999, Art Magazine, 2001 | fot. M. Sierpień

 

Punki od lat powtarzają: Punks not dead. Jednak zaprzeczać śmierci można wyłącznie w obliczu śmierci, gdy śmierć jest lub staje się faktem albo bodaj zaledwie hipotezą: „nie jestem martwa” powtarza sobie tylko ta osoba, która otarła się o śmierć, właśnie umiera lub o śmierci myśli. I faktycznie, czyż obwieszeni agrafkami, ufryzowani, kolorowi ludzie nie mają trochę rysu rekonstruktorów historycznych? Czyż nie są w sposobie swojej kontestacji straszliwie konserwatywni? Bardziej buntowniczy od punków są działacze LGBT, aktywiści klimatyczni, uczestniczki Manify… Barwny, ćwiekowany punk ma w sobie coś retrotopijnego – dziś punk jest inny, wyewoluował, buntuje się inaczej. Ale to dzięki zerwaniu łączności z punkiem dawnym, możliwej między innymi dzięki wymianie pokoleń. Ktoś, kto tę łączność bezwzględnie zachowuje – przebiera się w koturny, przebija kolczykami, obszywa pacyfkami i „A w kółeczku” – zdaje mi się dziś raczej uciekającym od rzeczywistości w wyimaginowany świat lat 80. marzycielem niż aktywnym bojownikiem o lepszy świat.

Leszek Knaflewski był postacią krytyczną, a więc dobrze zdającą sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. I choć hasło Knaf’s not dead ma emocjonalną siłę, jest mocną deklaracją aktualności jego dziedzictwa, to jednak pasożytuje na fakcie, że Knaflewski leży w grobie. Może więc, aby ostrze jego twórczości nie stępiało, pokrywając się brązem (a mocnym rdzeniem tego dziedzictwa jest w moim odczytaniu silny i trafny krytycyzm), należy tę zacząć przepracowywać i powiedzieć sobie: Knaf is dead. Dodając: i co teraz?

 

 

Leszek Knaflewski, „Knaf’s Not Dead”
kurator: Cezary Pieczyński
współpraca: Galeria Piekary
Sopot, Państwowa Galeria Sztuki
31.01–8.03.2020

Banery zapraszające na wystawę, projekt graficzny Ryszard Bienert | fot. M. Sierpień