Archiwum
14.07.2011

It’s a Man’s Man’s Man’s World

Anna Granatowska
Film

Od niedawna na ekranach polskich kin gości nowy film Susanne Bier, autorki, którą polska widownia najlepiej zapamiętała dzięki „Tuż po weselu” – zaangażowanemu społecznie utworowi z melodramatycznym wątkiem. Zakotwiczenie w problemach współczesności jest cechą, która łączy wcześniejsze dokonania reżyserki z jej najnowszym filmem – „W lepszym świecie” – jednakże w żadnym stopniu nie chroni go przed grzechem banału i przedstawiania zbyt pochopnych wniosków.

W filmie snute są równolegle dwie opowieści. Pierwsza toczy się „gdzieś w Afryce”, w nienazwanym kraju na Czarnym Lądzie, gdzie Anton, szwedzki lekarz, w miarę swoich skromnych możliwości usiłuje nieść pomoc tubylczej ludności. W okolicach wsi, w której znajduje się placówka medyczna, grasuje brutalny morderca, rozpruwający brzuchy ciężarnych kobiet w celu sprawdzenia płci płodu. Anton w końcu styka się oko w oko z napastnikiem, gdy ten jest całkowicie bezbronny – zostaje przywieziony do lekarza z raną grożącą amputacją nogi. Wywołuje to u mężczyzny dwuznaczną moralnie chęć wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę.

Druga historia rozgrywa się na duńskiej prowincji. Tutaj żyje żona Antona, Marianne wraz z ich kilkunastoletnim synem Eliasem. Miasteczko staje się także nowym miejscem zamieszkania Clausa i jego syna Christiana, którzy borykają się z bólem po śmierci, odpowiednio – żony i matki. Chłopcy szybko się zaprzyjaźniają ze sobą. Christian skutecznie pomaga Eliasowi także w walce o poczucie godności – terroryzuje nożem szkolnego dręczyciela swojego nowego kolegi i konstruuje bombę, którą następnie wspólnie podkładają pod samochód mężczyzny, który publicznie poniżył ojca Eliasa.

Świat, w który na obu płaszczyznach wprowadza widza film Bier, jest zdecydowanie „męski”. Kobiety zostały w nim zepchnięte na margines i prawie w ogóle się nie pojawiają na ekranie. Główną regułą, która rządzi w relacjach międzyludzkich, jest prawo pięści – władza należy do tego, kto ma fizyczną przewagę i nie waha się użyć przemocy, a jedynym sposobem walki o godność i sprawiedliwość staje się zemsta. Zasada ta porządkuje rzeczywistość zarówno afrykańskiej wioski (chociażby wtedy, gdy Anton zostaje skonfrontowany ze sprawcą cierpienia swoich pacjentów), jak i duńskiej szkoły (nauczyciele, milcząco aprobując agresywne zachowania uczniów, dają przyzwolenie na załatwianie problemów na własną rękę).

Wobec zbrutalizowania życia społecznego bohaterowie Bier przyjmują dwa warianty postaw, które reprezentują Anton i Christian. Anton – mężczyzna w średnim wieku, na co dzień obserwujący skutki stosowania przemocy – zdecydowanie opiera się podporządkowaniu regułom narzucanym mu przez otoczenie. Ma poczucie, że pogarda wobec wszechobecnego bestialstwa zapewnia mu przewagę nawet wtedy, gdy jest wulgarnie lżony w obecności swojego syna. Do sprawy zupełnie inaczej podchodzi Christian. Jego przekonania kiełkują na buncie wobec obserwowanego świata dorosłych. Chłopiec zarówno w Antonie, jak i we własnym ojcu, którego oskarża o to, że nie zapobiegł śmierci matki, dostrzega bezsilność i brak odwagi – cechy, które z miejsca kwalifikują ich jako przegranych. Obie postaci w kontekście stricte patriarchalnego ładu stają się przykładami skompromitowanych figur ojcowskich – niezdolnych do zapewnienia bezpieczeństwa rodzinie, słabych, poniżonych i śmiesznych w wyznawanych przez siebie wartościach, co czyni z nich bohaterów iście kafkowskich.

Opisany konflikt dwóch generacji bohaterów mógłby stanowić ciekawy zaczątek kameralnego dramatu, jednak ten potencjał został w filmie Bier prawie zupełnie zatracony. W efekcie powstał dość nijaki, rażący swoją sztucznością film z tezą. Na jego nieszczęście jest to teza dość przewidywalna, dająca się sprowadzić do kilku komunałów w rodzaju: „przemoc rodzi przemoc” czy „zemsta nie jest sposobem rozwiązywania konfliktów”, które nie skłaniają jednak do głębszej refleksji nad przedstawionym problemem. Dzieje się tak z kilku co najmniej powodów.

Największym minusem filmu jest jego uciekanie się do stereotypów w ukazywaniu sposobu przeżywania świata przez głównych bohaterów. Ta drażniąca tendencja najbardziej daje się we znaki w scenach o podwyższonej emocjonalnej temperaturze. Tam, gdzie należałoby oczekiwać wnikliwej obserwacji i zrozumienia ludzkich emocji, otrzymujemy cały zestaw wyobrażeniowych klisz na temat sytuacji takich jak szkolna przemoc, kryzys małżeński, rozpacz matki po ciężkim wypadku syna czy osamotnienie i poczucie bezsilności mężczyzny w średnim wieku wobec okrucieństwa świata. Taki sposób obrazowania, dodatkowo jeszcze obciążony sztucznym aktorstwem odtwórców ról dorosłych bohaterów, powoduje, że żaden z przedstawionych problemów nie ukazuje swojej złożoności czy indywidualnego ukształtowania, tylko zaczyna się jawić jako prosta perypetia, która nie ma znaczącego wpływu na niezmiennych w gruncie rzeczy w toku całej opowiedzianej historii bohaterów.

Zbanalizowania w najnowszym filmie Susanne Bier nie uniknął także wątek afrykański. Autorka w sposobie, w jaki ukazuje Czarny Kontynent, nawet nie próbuje uciec od stereotypu w myśleniu Europejczyków o tym miejscu. W istocie wyobrażenie o sytuacji Antona w Afryce i jego stosunku do tego, co się tam dzieje, tworzy kilka scen, które swoją zawartością nie odbiegają w większym stopniu od budowy najbardziej tendencyjnego newsa na temat głodu w Afryce w serwisie informacyjnym. Obserwujemy więc całą grupę małych dzieci, w zafascynowaniu biegnących za samochodem wiozącym do prowizorycznego szpitala członków służby medycznej, czy też tłum, który z nieskrywanym entuzjazmem bierze udział w linczu na osłabionym chorobą mordercy. Schematyczność w przedstawieniu Afryki służy reżyserce do zbudowania paraleli pomiędzy wydarzeniami rozgrywającymi się na obu płaszczyznach snutej historii. W istocie jednak nie powstrzymuje wrażenia, że zależność jest w istocie dość powierzchowna i pomaga jedynie w potwierdzeniu z góry przyjętych założeń, które nie znajdują potwierdzenia przy uwzględnieniu specyfiki sytuacji obu wątków – afrykańskiego i duńskiego.

Tym, co należałoby zaliczyć do plusów filmu „W lepszym świecie”, jest aktorstwo odtwórców ról dziecięcych. Ich spontaniczność, wolny od powielania stereotypów sposób ekspresji wywierają zdecydowanie ożywczy wpływ na dość pretensjonalną jednak całość. Wątek doświadczeń młodych bohaterów wypadł ostatecznie najbardziej przekonująco w filmie Bier. Szkoda, że perspektywa dziecka odgrywa w nim tylko poboczną rolę, gdyż snucie opowieści z tego właśnie punktu widzenia często – co do pewnego stopnia ma miejsce również w „W lepszym świecie” – pozwala uciec od banału, pokazać problem w mniej oczywisty sposób (przykładem filmu, w którym zastosowanie tego zabiegu przyniosło ciekawy i zaskakujący efekt, jest chociażby „Die Beauty”, znakomity pełnometrażowy debiut Stiny Bergman). W każdym razie jest to zabieg z pewnością w mniejszym stopniu obciążony ryzykiem popadania w patos i powtarzania komunałów aniżeli tworzenie zbyt rozległego, łączącego skrajnie różne rzeczywistości obrazu, który rości sobie pretensje do wyrażania prawd ogólnoludzkich, z czym mamy do czynienia w filmie „W lepszym świecie”. Myślę, że taki zamiar z góry skazany jest na niepowodzenie, poza tym nie warto postępować wbrew własnej naturze – w końcu zimne kino z Północy zdecydowanie lepiej radzi sobie w zupełnie innego typu historiach.

„W lepszym świecie”
reż. Susanne Bier
dystrubucja: Vivarto
premiera polska: 8.07.2011



Od niedawna na ekranach polskich kin gości nowy film Susanne Bier, autorki, którą polska widownia najlepiej zapamiętała dzięki „Tuż po weselu” – zaangażowanemu społecznie utworowi z melodramatycznym wątkiem. Zakotwiczenie w problemach współczesności jest cechą, która łączy wcześniejsze dokonania reżyserki z jej najnowszym filmem – „W lepszym świecie” – jednakże w żadnym stopniu nie chroni go przed grzechem banału i przedstawiania zbyt pochopnych wniosków.