Archiwum
26.02.2016

Gromada niech się tu zbierze! Oto obchodzimy Dziady!

Tomasz Kowalski
Teatr

„Dziady” Michała Zadary pozwalają na nowo odkryć sensy zawarte w patchworkowym tekście Mickiewicza. Jakość inscenizacji i wykonania, powracająca ironia – prowokująca polemikę wobec tradycji lektury – i zaskakująca muzyczność całości to tylko niektóre z argumentów dowodzących znaczenia tego spektaklu. Jego twórcy dokonali pozornie niemożliwego, przez 14 godzin podtrzymując skupienie i uwagę widzów. Sukces!

W dziejach polskiego teatru zapisało się trwale co najmniej kilka realizacji Mickiewiczowskich „Dziadów”. Mówiąc o tych najistotniejszych, jednym tchem wymienia się zazwyczaj pierwsze wystawienie tekstu w adaptacji Stanisława Wyspiańskiego, spektakle Leona Schillera, Jerzego Grotowskiego, Kazimierza Dejmka, Konrada Swinarskiego czy Jerzego Grzegorzewskiego. Dwudziestego lutego ta lista uległa poszerzeniu – trafiła na nią wrocławska inscenizacja w reżyserii Michała Zadary, pierwsze w historii wystawienie całości dzieła Mickiewicza.

Monumentalność tego przedsięwzięcia i świadomość udziału w historycznym wydarzeniu nie są oczywiście jedynymi przyczynami poruszenia, jakie wśród publiczności wywołał wrocławski spektakl, trudno jednak je pominąć. Trwające czternaście godzin przedstawienie wieńczy pracę rozłożoną na trzy etapy. W 2014 roku premierę miały części I, II i IV „Dziadów” oraz wiersz „Upiór”, w 2015 – „Dziadów część III”. Można by więc pomyśleć, że większa część spektaklu, znana już przynajmniej niektórym widzom, nie jest w stanie niczym zaskoczyć. A jednak pokazywane wcześniej fragmenty, połączone teraz ze składającym się z sześciu poematów „Ustępem” oraz „Objaśnieniami” i wystawione w nowej kolejności (Zadara wziął pod uwagę numerację, a nie czas powstania poszczególnych części), w kontekście całości wybrzmiały pełniej, ujawniając nierzadko nowe sensy.

Przedstawienie spięła na przykład klamra, podkreślająca jeszcze wyraźniej teatralność sytuacji – wersalka, z której Dziewica w części I wygłasza swój monolog, na sam koniec spektaklu pojawia się na scenie dosłownie na mgnienie „świecy niedobrej”, której „właśnie pora była zgasnąć”. Nieco inaczej akcenty porozkładały się w rolach granych przez Mariusza Kiljana. Jego Guślarz jest trochę oszczędniejszy w gestach, nawet jeśli nie traci odrobiny szarlatanerii, w jaką go wyposażono. Zarazem jednak, choć z pewnym dystansem, podchodzi do prowadzonego obrzędu, chwilami zdaje się autentycznie przerażony rzeczywistością, z którą obcuje. Równie zniuansowana w wykonaniu Kiljana jest postać Księdza Piotra, wygłaszającego wprawdzie proroctwo o zbawcy narodu z butelką w ręku, ale okazującego niezwykłą duchową siłę w scenie egzorcyzmów, jednej z najlepszych w całym przedstawieniu. Z nową siłą wybrzmiała też opowieść o Cichowskim, która w wykonaniu Cezarego Łukaszewicza (w III części grającego Adolfa) stała się niezwykle przejmującą historią o człowieku zniszczonym przez opresyjny system władzy, niekoniecznie zresztą carskiej, choć to o niej mowa w tekście.

Jedną z największych wartości wrocławskich „Dziadów”, objawiającą się w najdojrzalszym kształcie właśnie w części III, która posługuje się historycznym kostiumem i stylizowaną na XIX-wieczną scenografią (ogromnymi prospektami, na których namalowane są wnętrza), jest ich współczesność. Wynika ona jednak nie z nachalnego poszukiwania dzisiejszych odpowiedników sytuacji, o których mowa w dramacie (choć część krytyków zżymała się choćby na sposób przedstawienia wiersza „Upiór”, wpisanego w ramy policyjnych oględzin miejsca zbrodni i spisywania zeznań świadka), ale z chęci podjęcia dialogu z dziełem, odszukania w nim tego, co z różną siłą oddziałuje na wrażliwość widzów, skrywając w sobie potencjał ponadczasowości.

Zabiegający chorobliwie o względy cara, skorumpowany Nowosilcow (znakomicie zagrany przez Wiesława Cichego) i otaczająca go zgraja pochlebców, którzy starają się jak najwięcej ugrać dla siebie, to przecież postaci dobrze nam znane, pojawiające się codziennie w różnych konfiguracjach na ekranach telewizorów. Wywoływanie duchów, rozpamiętywanie przeszłości, megalomańskie narracje na temat Polski i jej zbawczej roli w dziejach Europy – wszystko to znamy. Nasze doświadczenia nieustannie odbijają się w „Dziadach”, z nich bowiem pochodzi przecież część wyobrażeń, jakie mamy na swój temat. Wszystko te skojarzenia – na szczęście – pozostają jednak po stronie widza, na scenie nie ma udosłownień ani bieżących odniesień (poza drobnym, francuskojęzycznym komentarzem w Salonie Warszawskim, zwracającym uwagę na obojętność elit rządzących wobec premiery narodowego skądinąd dzieła).

Michałowi Zadarze i wspierającemu go od początku w roli dramaturga Danielowi Przastkowi, którego wkład w ostateczny kształt spektaklu również należy podkreślić, udała się sztuka arcytrudna – szacunek dla litery tekstu połączyli oni z wyjątkowym wyczuleniem na jego ducha i otwarciem na różne konwencje, jakie pojawiają się w tym fragmentarycznym, niedokończonym, nie dającym się w pełni złożyć dramacie (a właściwie kilku tekstach spiętych jednym tytułem). Słuchając uważnie tego, co napisał Mickiewicz, reżyser nie zapomniał o dystansie, jaki dzieli nas od czasów, w których poeta tworzył swoje dzieło. Zadara wydobył też z niego jakości, o których zazwyczaj się zapomina – między innymi humor i potencjał muzyczny (kto pamiętał, że w III części „Dziadów” jest scena śpiewana?). Salwy śmiechu na widowni budzi więc niezmiennie Sylwia Boroń w roli Zosi z części II, unosząca się nad sceną jako dziewczyna, która za życia „nie dotknęła ziemi ni razu”, popalająca ze złością papierosa i uganiająca się za barankiem i motylkiem. Jeszcze lepiej niż rok temu wypada Bartosz Porczyk, zarówno jako Konrad w III części, jak i Gustaw w części IV, doskonale radzący sobie aktorsko i wokalnie, część tych ról jest też bowiem śpiewana.

Najbardziej umuzyczniona jest jednak najnowsza część spektaklu, czyli „Ustęp”, który – wraz z następującymi po nim „Objaśnieniami” i wierszem „Do przyjaciół Moskali” – sam w sobie wystarczyłby za potwierdzenie inscenizacyjnego mistrzostwa Zadary. Teksty z pozoru całkowicie nienadające się do wystawienia, sześć długich poematów stanowiących swego rodzaju poetycki reportaż z podróży do Rosji, na wrocławskiej scenie nabierają życia i intensywności. Ogromna w tym zasługa aktorów, którym poprzeczkę postawiono bardzo wysoko. Nie dość bowiem, że muszą sobie poradzić z ogromnymi partiami tekstu, to jeszcze wszystko – pod kierownictwem grającej na jednym z fortepianów Justyny Skoczek – odbywa się z towarzyszeniem skomponowanej przez Jacka „Budynia” Szymkiewicza muzyki, wykonywanej oczywiście przez aktorów. Jakby tego było mało, przez większą część „Ustępu” na tylnej ścianie sceny dzięki kamerom umieszczonym nad stolikami aktorów możemy oglądać różnego rodzaju wizualizacje odnoszące się do treści tekstu. Wszyscy aktorzy biorący udział w tej części prezentują się znakomicie, ale szczególne pochwały należą się (jedenastoletniej!) Julii Leszkiewicz, która całkowicie skupia na sobie uwagę, recytując „Drogę do Rosji”, a później dzielnie ustawia zastępy żołnierzyków w coraz to nowe szyki, kiedy Monika Bolly fantastycznie interpretuje „Przegląd wojsk” – arcydługi, nużący jak pokaz musztry, a jednocześnie przejmująco przedstawiający bezwzględność władzy.

Równy podziw dla sprawności aktorów budzą „Objaśnienia”, będące ni mniej, ni więcej niż przypisami Mickiewicza do tekstu. A że przypisy zaczynają się od zacytowania poszczególnych fragmentów „Dziadów”, to i aktorzy cytują urywki scen, po których Anna Ilczuk przywołuje stosowne eksplikacje. Wszystko to odbywa się w niewiarygodnym tempie, zmiany opanowane są do perfekcji, a pamiętać trzeba (i to naprawdę nie jest bez znaczenia), że część ta zaczyna się o godzinie 23, a więc jedenaście godzin po rozpoczęciu całości.

Jeśli więc śmiech publiczności budzi pod koniec spektaklu właściwie każda wzmianka o czasie padająca ze sceny (a tych w części IV nie brakuje – „jeszcze, jeszcze dwie godziny” Gustawa nabiera w tych warunkach zupełnie innego znaczenia), tym bardziej należy docenić ogromny wysiłek całego zespołu teatralnego włożony w realizację tego przedsięwzięcia (polecam przeczytać spis wszystkich osób grających w tym spektaklu, zbyt wiele jest ich, by je tutaj wymienić). Wspomnieć trzeba też wszystkich, którzy na scenie się nie pojawiają – od obsługi widowni poprzez technicznych, aż po inspicjentkę i realizatorów. Ich wkład w końcowy efekt również jest nie do przecenienia. Piszę o tym, bo wrocławskim „Dziadom” udało się zbudować wspólnotę, którą wyraźnie czuło się nie tylko na scenie, lecz także poza nią – na widowni i w całym teatrze. To również istotne doświadczenie, ostatecznie przecież Dziady obchodzić trzeba gromadnie. Oby jak najczęściej – podejrzewam zresztą, że publiczność nie pozwoli, by skończyło się na paru zaledwie pokazach całości.

Adam Mickiewicz, „Dziady”
reżyseria: Michał Zadara
druga reżyserka: Marta Streker
dramaturgia: Daniel Przastek
scenografia: Rober Rumas
kostiumy: Julia Kornacka i Arek Ślesiński
Teatr Polski we Wrocławiu
premiera całości tekstu: 20.02.2016

 

fot. Natalia Kabanow