Archiwum
18.12.2012

Dobrze wykorzystane fundusze europejskie

Anna Rogulska
Teatr

W Krakowie wydarzył się cud – do Teatru Starego uderzają tłumy, widownię wypełnia wybuchająca co chwila śmiechem rozentuzjazmowana publiczność, a po spektaklu aktorzy bisują. Ludzie za wszelką cenę próbują zdobyć bilet, wejściówkę, miejsce na schodach, niestety Nowa Scena nie pomieści wszystkich chętnych. Ten powszechny zryw nie byłby może tak wyjątkowy, gdyby nie fakt, że przyczyną zamieszania jest adaptacja młodej polskiej prozy, znanej głównie z tego, że czytać się jej na co dzień właściwie nie da, a zachwycają się nią co najwyżej krytycy i hipsterzy.

„Paw królowej” to tekst świetny literacko, ale w odbiorze przez przeciętnego czytelnika mało przystępny. Tymczasem wśród publiczności wychodzącej z teatru słychać było przede wszystkim solenne deklaracje: „Muszę przeczytać!”. Pozostaje mieć nadzieję, że z konfrontacji z tekstem Masłowskiej wyjdą równie zwycięsko co twórcy spektaklu.

„Paw…” ma w warstwie językowej sceniczny potencjał, ale jego nielinearność przysparza problemów, w związku z czym adaptacja ta jest nieustanną walką z materią tekstu. Czworo wysportowanych aktorów w tenisowych strojach znajduje się na scenie przypominającej salę do gry w squasha, a zarazem studio nagraniowe. Nie ma tam klamek ani nawet kątów prostych, obok sceny stoi rząd niewzruszonych plastikowych manekinów, zaczyna się mecz z jedną tylko krótką pauzą na łyk wody po pierwszej połowie. Znikąd pomocy – Paulina Puślednik, Małgorzata Zawadzka, Wiktor Loga-Skarczewski i Szymon Czacki pozostawieni są na scenie bez żadnych wspomagaczy, zdani jedynie na swój imponujący aktorski warsztat. W mgnieniu oka przeistaczają się w kolejne postaci – rozpaczliwie brzydką Patrycję Pitz, piosenkarza-nieudacznika Stanisława Retro, wykreowaną przez media poetkę-neolingwistkę Annę Przesik, plastikową telewizyjną prezenterkę Małgorzatę Mosznal, żerującego na pseudoartystach menedżera Szymona Rybaczkę. Dbają też o oprawę muzyczną, parodiując beatbox, rapując, nucąc popularne radiowe przeboje i całym ciałem wystukując rytm.

Głosowa interpretacja „Pawia…” wydobywa z tekstu jeden z jego głównych atutów – melodyjną hip-hopową frazę, która porywa czytelnika/widza i napędza akcję. Tę powieść naprawdę da się zaśpiewać, a realizacja Pawła Świątka jest tego najlepszym dowodem. Wielka tu także zasługa dramaturga Michała Pakuły, który wybrał z książki wszystko, co pozwoliło zbudować jak najpłynniejszą i naturalną sceniczną narrację. Tekst Masłowskiej broni się sam i, poza groteskowymi kreacjami aktorskimi, to on przede wszystkim bawi widzów.

Gdy przenieść na chwilę uwagę ze sceny na widownię, a entuzjastyczne reakcje publiczności sprzyjają takim manewrom, nasuwają się refleksje dotyczące odbioru. „Paw królowej” jest niepokorny, nie poddaje się krytyce ani interpretacji, skomplikowana struktura barokowo-hip-hopowej frazy zniechęca do lektury. Natomiast sceniczna adaptacja wymaga mniej wysiłku interpretacyjnego – trafia już także do odbiorcy, który miłośnikiem Masłowskiej nigdy nie był. Czytelnik zachęcony tylko i wyłącznie obietnicą lektury pełnej wulgaryzmów raczej szybko się podda i nie przebrnie przez literacką konstrukcję „Pawia…”, za to teatralny widz skuszony plotkami o mnogości erotycznych podtekstów nie tylko obejrzy go do końca, ale też będzie się świetnie bawił.

Najwyraźniej w obawie przed spłyceniem spektaklu Paweł Świątek zdecydował się go nieco uwspółcześnić i upolitycznić, wzbogacając o aluzje na przykład do ruchu Anonymous. To jednak zabieg zupełnie niepotrzebny, bo w teatrze jeszcze bardziej niż w książce wychodzi na jaw, jak bardzo dużo w „Pawiu królowej” zemsty i uświadamiamy sobie, że powstał on nie dla ludu, ale o ludzie, a w obronie własnej gotów jest ten lud upodmiotowić i wyśmiać.

Poddany populistycznej recepcji tekst się mści (patrzymy teraz na zanoszącą się śmiechem i klaszczącą w rytm piosenki publiczność): „Ta dosadność i wulgarność ma na celu osób do lektury zachęcenie, które nigdy by po tę lekturę inaczej nie sięgnęły, osób nieinteligentnych, jak również nieletnich, wycieczek szkolnych a także osób niepiśmiennych. Ma je to rozweselić, ma to być bardzo śmieszne. Każdy w tej piosence znajdzie coś dla siebie […]. Ta piosenka powstała z funduszy Unii Europejskiej. Zawiera liczne niepoprawności gramatyczne i logiczne błędy. Ma na celu przysporzyć czytelników głupich i nieinteligentnych o zadowolenie […]. W poprzednim fragmencie użyliśmy słów «bekać» i «pierdzieć». Jest to tak zwany komiczny efekt, jest to zabawne i śmieszne. Ten uniwersalny dowcip został ufundowany […] w celu uczynienia piosenki bardziej jeszcze zabawną i przystępną dla większej liczby społeczeństwa”. Aż wstyd się śmiać.

Krakowski „Paw…” jest w tym momencie naprawdę wyjątkowym artystycznym wydarzeniem – porywa tłumy, a jednak ucieka przed schematem. Wprowadza szerokie grono nowych osób w hermetyczny świat współczesnej polskiej prozy i dramatu, jednocześnie broniąc go przed zbanalizowaniem. Jak dobrze skrojony unijny projekt edukacyjny.

PS. Spektakl ten także powstał z funduszy Unii Europejskiej!

„Paw królowej” wg powieści Doroty Masłowskiej
reż. Paweł Świątek
Teatr Stary w Krakowie
premiera: 27.10.2012

fot. Ryszard Kornecki

alt