Archiwum
20.12.2013

Nowy Jork – american dream spełniający się w chwili, gdy oszołomiony przyjezdny nieświadomie podnosi głowę, by dostrzec gdzieś daleko nad sobą zwieńczenie jednego z tysięcy drapaczy chmur. Po co ludzie mieszkają w Nowym Jorku? – pytał Jean Baudrillard i natychmiast odpowiadał: „Nie łączą ich żadne związki, lecz rodzaj wewnętrznej elektryczności mającej swe źródło w absolutnym bezładzie”. Nowy Jork – czysta ekstaza bezładnego mieszania się i nieludzkiej architektury, która przekracza człowieka i tworzy się sama, za nic mając potrzeby mieszkańców metropolii.

W swojej „Ameryce” Baudrillard podkreślał przede wszystkim przerażające odpersonalizowanie, które generuje tak samo tworząca się architektura bezładu. Tymczasem Rem Koolhaas w retroaktywnym manifeście „Deliryczny Nowy Jork” z 1978 roku włącza do tego bezładu jeszcze jeden, kluczowy czynnik: matematyczną precyzję architektów nowoczesnego miasta. Efekt tego połączenia okazuje się zaskakujący: oto manifest głosi powstanie miasta, które zrywa z dotychczasowymi formami; miasta, którego naczelnym imperatywem staje się nowoczesność, ucieleśniana w swoim najdoskonalszym tworze – Manhattanie. Koolhaas interpretuje więc Manhattan tak, by w jego pozornej sprzeczności odnaleźć spójność i logikę poprzez ukazanie go jako produktu „manhattanizmu”, czyli nigdy niesformułowanej teorii, której programowym założeniem jest życie „w świecie od początku do końca stworzonym przez człowieka, a więc wewnątrz fantazji”.

Jeśli mowa o american dream, to ekranem, na który rzutowana jest ta uniwersalna fantazja, jest Coney Island – przestrzeń lunaparków, rozrywek, opartych na technologii fantastyczności i… kartonów. Rzeczywistość magicznego miasta uciech została bowiem skonstruowana z kartonów i gipsu. Luna, czyli drugi po Steeplechase park rozrywki na Coney Island, zaprojektowany przez Frederica Thompsona, w ciągu dnia wygląda żałośnie, niczym okablowany, industrialny pejzaż, ujawniający całe swoje zaplecze techniczne i wszystkie jego słabości. Dlatego by podtrzymać iluzję miejsca marzeń i fantazji, potrzebna jest noc, która rearanżuje rzeczywistość tego miejsca. Jednak noc nie jest w stanie zmienić jednego: równania, które Koolhaas uznaje za klątwę, właściwą całej architektonicznej działalności Nowego Jorku: technika + karton = rzeczywistość.

Ze snu Manhattanu najwcześniej budzą się teoretycy Wieżowca – Hugh Ferriss i Harvey Wiley Corbett, którzy szybko orientują się, że problemy z nowojorskim zagęszczeniem nie mogą zostać rozwiązane, bo Manhattan istnieje tylko dzięki nim. Tę szczególną strategię okiełznywania racjonalności poprzez fundamentalnie nieracjonalne metody najlepiej oddaje ideologia Wieżowca. Te „Miasta w Mieście” to puste przestrzenie, które mają być wypełniane różnorodnością każdej kondygnacji. Wieżowiec powiela swoją parcelę kolejnymi kondygnacjami, na których mieści się wszystko to, co potrzebne jest podtrzymywaniu iluzji o podboju niezasiedlonych obszarów i kreowaniu całego porządku rzeczywistości od podstaw. Z pojęciem pustki Koolhaas wiąże bezmyślność, którą projektuje na powstanie Empire State Building, będącego czymś w rodzaju „architektury automatycznej” (nawiązującej do pisania automatycznego europejskiej awangardy), której jedynym zadaniem jest ukonkretnienie abstrakcji, a wszystkimi etapami budowy rządzi zasada automatyzmu. Użycie efektownej metafory écriture automatique możliwe jest tylko w retroaktywnym manifeście, który – podobnie jak planowanie nowojorskich architektów – ma strukturę metaforyczną, to jest sięga do słownika poetyckich formuł, by otworzyć przestrzenie irracjonalnego wielkiej nowojorskiej nieświadomości.

Szczególnie pomocny okazuje się tu również słownik Salvadora Dalego, w którym znalazła się „metoda paranoiczno-krytyczna”, dążąca do zawładnięcia irracjonalnym. Pomysł Dalego to interpretacja urojeniowa, w której paranoik wykorzystuje racjonalne skojarzenia tak, by nadać rzeczywistości jedyny pożądany kierunek, czyli ten, w którym sam podąża. Dzięki temu pozostaje on na usługach patologicznego umysłu. „Działalność paranoiczno-krytyczna polega na fabrykowaniu dowodów potwierdzających niedające się udowodnić teorie, po czym wypuszcza się te dowody w świat, tak by fałszywy fakt mógł zająć miejsce wśród faktów prawdziwych”. Tak funkcjonował Manhattan, czyli poligon doświadczalny, na który przeszczepiano teorie, projekty i wizje – obce tkanki, które wchłaniał lub odrzucał, jak odrzucił na przykład pomysł kartezjańskich wieżowców Le Corbusiera, którego idée fixe była zamiana niedojrzałych i nienowoczesnych „zabawek” Manhattanu w produkt nowoczesnego rozumu – anty-Manhattan. „Manhattanizm zakrztusił się Francuzem, ale w końcu go strawił”. Jak strawi wszystko, co zechce stawić opór jego paranoicznej strategii.

„Deliryczny Nowy Jork”, historia Manhattanu, która konstruuje go retroaktywnie, ujawnia to wszystko, co wypierane przez architektów nowoczesności. To manifest, w którym Rem Koolhaas kreuje obsceniczną podszewkę powstawania ikon amerykańskiej metropolii w toku aktywności rozumu paranoicznego, multiplikującego rzeczywistość tak, by stała się sprawnie zarządzaną iluzją. Jednak metropolii przydarzają się momenty deliryczne, w których wieżowce miękną niczym zegary na obrazach Dalego. Tyle że wówczas nie rozpływają się, ale układają w antropomorficzne kształty tych wszystkich, których paranoiczne wizje dały im fundamenty.

Rem Koolhaas, „Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2013

Fot. obraz Madelona Vriesendorpa z okładki anglojęzycznego wydania książki Rema Koolhaasa

alt