Archiwum
30.06.2015

Debiutanci, debiutantki

Adam Kruk
Film

W sobotę zakończył się Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film – wydarzenie w polskim krajobrazie filmowym zasłużone szczególnie dla promocji nowych talentów. To miejsce, gdzie młodzi twórcy, często studenci szkół filmowych z Łodzi, Katowic czy Gdyni, mają okazję spotkać się z sobą oraz skonfrontować z publicznością w niezobowiązującej aurze miasteczka Pomorza Zachodniego. Pośród licznych wydarzeń towarzyszących w tym roku można było przypomnieć sobie dzieła Grzegorza Królikiewicza, obejrzeć najciekawsze debiuty zagraniczne ostatniego sezonu czy wziąć udział w premierowym pokazie (zadziwiająco dobrej!) „Anatomii zła” Jacka Bromskiego. Najważniejszy, rzecz jasna, jest tu jednak Konkurs Pełnometrażowych Debiutów Fabularnych, któremu wagi dodają nazwiska laureatów: Kieślowski, Zanussi, Bajon.

W Koszalinie triumfowały też między innymi Holland, Sass, Rosłaniec czy Klimkiewicz, dowodząc, że talent nie ma płci. Tym bardziej żal, że w tegorocznym konkursie tylko jeden tytuł, „Piąte: nie odchodź!”, podpisany został przez kobietę. W dodatku film Katarzyny Jungowskiej, będący tanim połączeniem New Age’u z estetyką telewizyjnych konkursów tanecznych i seriali dla nastolatków, do niczyich faworytów nie należał i słusznie został w werdykcie jury pominięty. O wyrównywaniu szans w dostępie do zawodów filmowych dyskutowano na festiwalu podczas panelu dyskusyjnego „Reżyserka w Polsce – coś więcej niż pomieszczenie?”. Zaproszona na niego Agnieszka Wiśniewska zauważyła, że wśród tegorocznych debiutantów więcej było nawet samych Grzegorzów niż kobiet. Jeden z nich – Jankowski – wyjechał z Koszalina z Wielkim Jantarem, inny – Jarzyna – otrzymał nagrodę za najlepszą reżyserię.

„Piąte: nie odchodź”, „Polskie gówno” i „Między nami dobrze jest” były już pokazywane w polskich kinach, co budziło pewien trud w porównywaniu ich z tytułami premierowymi. Siłą rzeczy te ostatnie budziły większe zainteresowanie. Najważniejszym wydarzeniem festiwalu okazała się premiera „Nocy Walpurgii” Marcina Bortkiewicza – pełnometrażowy debiut autora „Portretu z pamięci”. Slapstickowa początkowo opowieść o spotkaniu młodego dziennikarza z diwą operową, stopniowo przeradzająca się w psychodramę, wyróżniona została za scenariusz oraz rolę Małgorzaty Zajączkowskiej, otrzymując także Nagrodę Dziennikarzy, Publiczności i Jury Młodzieżowego. Utkana z cytatów i kpiąca z decorum  historia była na pewno najoryginalniejszym dziełem konkursu, momentami sprawiającym jednak wrażenie bardziej popisu w zdobywaniu filmowych sprawności niż spójnej wypowiedzi. Odkrywała jednocześnie autora, dla którego próba wykucia własnego, oryginalnego stylu jest rzeczą najważniejszą – dlatego ogromnie ciekaw jestem kolejnych poczynań Bortkiewicza, nawet jeśli „Noc Walpurgii” została przeszarżowana.

Bardziej przemówiło do mnie wyciszone „Wołanie” Marcina Dudziaka – opowiedziana niemal bez słów ballada o wyprawie ojca i syna w dzicz. Tam dzieją się rzeczy pozornie zwyczajnie, które dla dziesięcioletniego chłopca jednak mogą się okazać doświadczeniem formacyjnym. Niesamowicie prosta i precyzyjna narracja odsłania nowy talent. Drugim zasługującym na uwagę, a niedocenionym przez jury pod przewodnictwem triumfującego tu niegdyś „Rezerwatem” (a w zeszłym roku w Gdyni „Bogami”) Łukasza Palkowskiego filmem był „Mur” Dariusza Glazera. Reżyser skupia się na społecznym dojrzewaniu granego przez Tomasza Schuchardta polskiego self-made-mana, który próbuje rozbić szklany sufit czy tytułowy mur klasowości i stworzyć się nowo. Reżyser uwolnił bohatera od konieczności tkwienia w jednym świecie, inteligentnie pokazując Warszawę „kilku prędkości”, gdzie jedni zmuszeni są wciąż liczyć pieniądze, ale nawet one – co wiemy jeszcze z Prusa – w oczach drugich nie są w stanie zapewnić pełnego dostępu do ich świata. Zobaczyłem „Mur” jako interesujące studium młodego Wokulskiego.

W zestawieniu z filmem Glazera (a także i bez niego) kuriozalnie wypadł „Ojciec” Artura Urbańskiego – aż trudno uwierzyć, że to autor świetnej „Bellissimy” sprzed trzynastu lat. Tu Warszawa jest nie tyle miastem, ile dekoracją, uszytą pod realizację zawodową i emocjonalną narcystycznego bohatera, dla którego największym zagrożeniem jest pełznący od pierwszych scen rozpad osobowości (a następnie związku). Trudno się przejąć, gdy jego partnerka wykrzykuje rozpaczliwie: „Jak długo to trwa?!”, dowiadując się o jego potajemnym pstrykaniu portretów zwłok w kostnicy. Takich mniejszych i większych „końców świata” jest tu więcej – czasem towarzyszy im muzyka Klausa Nomiego, innym razem dźwięk karabinowego wystrzału, bo w „Ojcu” na bohaterów czyhają śmiertelne zagrożenia ze strony tych mniej sytych, będących dla nich jedynie dostarczycielami narkotyków, i kobiet. By dopełnić kabotyństwa filmu, główną rolę gra w nim sam Urbański, prezentujący imponującą kolekcję mody męskiej i jedną zafrapowaną minę.

„Ojciec” i „Piąte: Nie odchodź” zdecydowanie odstawały od poziomu konkursu, dowodzącego jednak bogatej oferty, jaką ma dziś dla widza młode polskie kino. Z jednej strony, czerpie ono ożywcze soki ze świata teatru (Jarzyna, Bortkiewicz), z drugiej – odrabia lekcję slow cinema („Wołanie” czy „Arizona w mojej głowie” Matthiasa Husera). Potrafi też błysnąć humorem, który u większości starszych twórców już się wytracił. Gdy próbuje być intertekstualne, wydaje się to cokolwiek wymuszone („Disco Polo”), lepiej, kiedy opiera się na czystym absurdzie, jak u (znów) Grzegorza Jaroszuka w „Kebabie i Horoskopie” albo ogrywa swojską przaśność, ciesząc się plastycznością i wulgarnością polszczyzny („Polskie gówno” ).

Zabawnie bywało także na pokazach krótkich form. Proporcje między komizmem a tragizmem po aptekarsku wyważył w „Dniu babci” Miłosz Sakowski – laureat Jantara oraz Nagrody Dziennikarzy za najlepszą krótkometrażową fabułę. Sekcja ta okazała się bardziej „progresywna” w podejmowanej tematyce – znalazło się tu miejsce dla nastoletnich aborcji („Czułość”), wątków lesbijskich („Cokolwiek się zdarzy, kocham cię”) czy poliamorycznych („Poli”). W konkursie krótkich form zdecydowanie bardziej równościowa okazała się też proporcja kobiet-reżyserek, których wyobraźnia, na szczęście, wydawała się mniej skażona telewizją śniadaniową niż autorki „Piąte: nie odchodź!”. Marta Prus, Paulina Skibińska, Jagoda Szelc, Emilia Zielonka – to nazwiska, które pozwalają wierzyć, że za kilka lat polskie kino nie będzie już, zgodnie ze słynną maksymą Andrzeja Wajdy, domeną „żołnierzy i poetów”, ale i utalentowanych reżyserek. Koszaliński festiwal pozwala nadchodzące zmiany dostrzec z wyprzedzeniem.

34. Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film
Koszalin, 22–27.06.2015

 

alt
Fot. „Noce Walpurgii” Marcin Bortkiewicz