Archiwum
14.11.2013

Zimno, zimniej… ciepło

Natalia Golik
Literatura

Rosyjski Booker dla „Czasu kobiet” przyznany został Jelenie Czyżowej w 2009 roku, ale to dziś mamy okazję dowiedzieć się, dzięki polskiemu tłumaczeniu Agnieszki Sowińskiej, jaki chłód owiewa rosyjskie społeczeństwo. I jak blisko mu do nas samych.

Język Czyżowej jest prosty (czasem aż nazbyt), drażni i jednocześnie pozwala odpocząć oczom. Zdania są jak rozdarte na strzępki myśli, łączone w pośpiechu. Zdania-myśli tworzą narrację zagubioną, ale zwartą zarazem. Z takich jednoczesności, przenikania myśli i światów Czyżowa buduje lekturę przejmującą i dziwną.

Powieściowa rodzina to pięć kobiet – Antonina Matka, Babcie: Glikierija, Jewdokija, Ariadna oraz Córka Sofija. I wystarczy, by przeżyć. Kobiety tworzą stadninę klaczy czystej krwi, dumnych, ale zupełnie zwyczajnych, odpowiedzialnych niemal za całe społeczeństwo rosyjskie, samotnych w męskim świecie, który męski zdaje się być tylko z nazwy. Bo „nasze chłopy jak się z wieczora popiją, to do obiadu cuchną”. Bo giną na wojnie albo stają się nieudacznikami. Płodzą, a potem znikają. Piją, a potem zasypiają.

Mało jest prawdziwych mężczyzn w rosyjskim świecie. Męskim, a na wskroś przez kobiety przejętym. Mężczyzna jest jedynie tłem. Tak naprawdę babcie, czułe i kochające, stanowią fundament rodziny, którego spoiwem staje się wnuczka. Ma się wrażenie, że sytuacje takie mają miejsce nie tylko w Rosji. Polskie warunki życia nie odbiegają znacznie od rosyjskich. I ja znam takie babcie, które po trochu są zlepkiem trzech babć Suzianoczki. Ugotują obiad, naprawią telewizor, narąbią drzewa do pieca, rozpalą w angielce, psy nakarmią, skarpety wydziergają, w lekcjach pomogą, nie powiedzą, że kręgosłup boli i żyć się odechciewa czasami. I takie matki, które żyły wypruwają, by dzieci wychować, by na nie zarobić, choć nie ma w kim oparcia znaleźć i barków silnych, spracowanych, by usnąć na nich i obudzić się zdrowszymi. W babińcu żyje niejedna bądź niejeden z nas i powieść Czyżowej przyjmie niczym własne, zamazane nieco, lustrzane odbicie.

„Czas kobiet” wprowadza w stan melancholii, który utrzymuje się jeszcze długo po lekturze. Chłód narracji, jak i symbolikę zimna odczuwa się na własnej skórze. Kobiety nie mają wyjścia – muszą trwać, a ich egzystencja przypomina czasem wicie się w niezdecydowaniu. Ogrom myśli i słów sprzecznych, zwątpienia i refleksji nad swoim położeniem, uzupełnia poczucie względnego spokoju i pogodzenie się z beznadziejnością. By ten niewdzięczny czas zaczarować, autorka pozwala sobie na baśniową narrację, która doskonale współgra z twardą rzeczywistością. Wyobraźnia dziecka tworzy na własny użytek hybrydę z bajkowych postaci i wydarzeń, które ją otaczają, tworzy podwójny wymiar. Wkraczamy w świat dziecka i zamiast się w nim odnaleźć, jeszcze bardziej się gubimy i jeszcze mocniej odczuwamy, jak chłód i gromadzone pod stopami papierowe płatki śniegu przysypują kobiety. Jak daleko zabrnęliśmy wraz nimi i jak trudno będzie nam z tej zaspy smutku wyjść.

Czyżowa zmusza do umysłowych cierpień połączonych z subiektywnym poczuciem zimna. Wypowiedzi, wydarzenia, świat, jaki otacza kobiety, są wrogie i nieprzyjemne, ale i spokojne, zastane. Tak po prostu jest i być musi. Nie ma rady. Dostosuj się człowieku-kobieto, do tego, gdzie i jak żyjesz. Milcz publicznie, krzycz i płacz prywatnie, ale tylko przez moment, tylko przez chwilę, bo trzeba wyjść do pracy, ugotować ziemniaki, zrobić pranie, umyć brudne ciała kobiet, które, choć nie są prawdziwymi babciami twej pociechy, stały się nimi niemal z dnia na dzień, oferując pokój i opiekę nad dziewczynką.

Powinien pozostać spokój. Ale niepokój nie ustępuje po lekturze. Bliżej nieokreślone coś wciąż siedzi w głowie i chrobocze po ściankach czaszki. Coś, które ewidentnie pokazuje, że Antonina to nie jednostka wyjątkowa i jedyna – Antoniny, babcie Ariadny, Glikierije i Jewdokije są wśród nas. Mają inne problemy, troski, obywatelstwa. Są i nie są. Istnieją jako kobiety, ale nimi już dawno być przestały. Próbując dostosować się do panujących warunków, mutują i stają się czymś na kształt wielofunkcyjnego urządzenia bez płci, imienia, pozycji  społecznej, poglądów jawnych, przeszłości i przyszłości. Tkwią w wiecznej teraźniejszości i są, na rosyjską modłę, takim Dziadkiem Mrozem – magiczną postacią pełną niezwykłej, męskiej siły oraz żywotności.

I przez to powinniśmy te osobliwe, dzisiejsze hybrydy szanować jeszcze bardziej, co uzmysławia nam kobieta Czyżowa, kobieta Antonina, kobiety matki, babcie oraz córki. Lektura „Czasu kobiet” powinna być zatem powolna i dokładna. Zdania-myśli, wewnętrzne monologi i proste rozmowy mogą bowiem umknąć naszym oczom niepostrzeżenie, a to właśnie one stanowią rdzeń powieści. Pokazują prostotę uczuć, tworząc namiastkę szczęścia w okrutnym świecie.

Jelena Czyżowa, „Czas kobiet”
Czarne
Wołowiec 2013

alt