Archiwum
13.03.2013

Ciasne „Wnętrza”

Anna Rogulska
Teatr

 

„Wnętrza” Pawła Miśkiewicza z „Wnętrzami” Woody’ego Allena łączy tylko scenariusz – takie było skrupulatnie zrealizowane reżyserskie zamierzenie. Trudno się jednak wystrzec porównywania adaptacji teatralnej z filmową, bo Allen to przecież klasyk kina, a wspomniany film jest dość nietypowym dziełem w jego dorobku. Allenowskie „Wnętrza” wydają się idealne do realizacji teatralnej nie tylko ze względu na treść – to dramat psychologiczny z ograniczoną dynamiką akcji – ale przede wszystkim z uwagi na formę – surową, plastyczną, minimalistyczną. W interpretacji Miśkiewicza ze scenariusza wyłonił się jednak przestrzenny i dynamiczny chaos.

„Wnętrza” w Teatrze Nowym przeciążone są nadmiarem płaszczyzn o różnych fakturach, a poprzecinana czarnymi pasami kontrastującymi z jasnym parkietem scena nie tylko dzielona jest nieustannie na nowe przestrzenie ruchomym parawanem, ale też hałaśliwie przechyla się w pionie, przez co aktorom grunt dosłownie usuwa się spod stóp. Osobowość postaci definiują ich stroje (trudno byłoby tu obronić tezę, że spektakl w ogóle nie inspiruje się filmem) – przybrana sznurem pereł elegancka czarna suknia dominującej matki, Eve (Daniela Popławska), przytłacza pozbawione wyrazu proste stroje jej trzech zagubionych w życiu córek i ich partnerów oraz szary garnitur ojca, Arthura (Mariusz Puchalski). Arthur po latach podtrzymywania rodzinnej iluzji decyduje się na opuszczenie Eve, próbując sobie ułożyć jesień życia z barwną i nieokiełznaną Pearl (Maria Rybarczyk). Sytuację komplikuje dodatkowo choroba psychiczna Eve, która swoimi próbami samobójczymi przyprawia córki o coraz większe wyrzuty sumienia i coraz poważniejsze załamania nerwowe.

Eve jest projektantką wnętrz, całe życie poświęciła estetyce, zatracając swoje człowieczeństwo w pogoni za pięknem. Więź łącząca ją z mężem jest już tylko iluzoryczna, a z dziećmi – toksyczna. Eve zaszczepiła w córkach przekonanie, że jedyną wartością w życiu jest sztuka, w związku z czym każda z nich miota się rozpaczliwie, próbując wyrazić siebie poprzez aktorstwo, pisarstwo lub fotografię, żadna jednak nie ma tak naprawdę nic do powiedzenia, bo nie zaznały nigdy prawdziwego życia ani uczuć. Podporządkowanie się potrzebie tworzenia jest zgubne nie tylko dla kobiet, ale też ich partnerów – Arthur wyraźnie znudził się życiem u boku zimnej żony, Renata wiąże się ze sfrustrowanym niespełnionym pisarzem i powiela błędy matki, traktując macierzyństwo jako pretekst dla sztuki, Joey z kolei nie chce urodzić dziecka, póki nie poczuje się dostatecznie spełniona twórczo. Zupełnym przeciwieństwem tego świata jest Pearl entuzjastycznie czerpiąca radość z każdego promienia słońca, każdego ciastka i każdej kropli sosu. Na tle tego ponurego towarzystwa sprawia wrażenie wulgarnej i nieokrzesanej, a w rzeczywistości uosabia po prostu to, czego całej reszcie brakuje – szczere uczucia.

Ten rodzinny dramat został zainspirowany życiem Ingmara Bergmana, ale Miśkiewiczowi było za mało Bergmana w Allenie. Aby przypomnieć jeszcze o Bergmanowskim zwątpieniu w Boga, opatrzył spektakl filmowym komentarzem w postaci adaptacji opowiadania Allena pod tytułem „Pan B.” Przedstawienie zostaje przerwane, by wyświetlić kryminał o studentce, która wynajęła prywatnego detektywa (na teatralnym ekranie jest to, nie wiedzieć czemu, Chandlerowski Phillip Marlowe) w celu odnalezienia Stwórcy. W trakcie seansu aktorzy raz po raz wybuchają sitcomowym śmiechem. Zabieg to niepotrzebny i nachalny – we „Wnętrzach” Allena Bóg po prostu nie istnieje, nie pojawia się najdrobniejsza refleksja co do istnienia siły wyższej, nawet kiedy bohaterki opowiadają o strachu przed śmiercią. U Miśkiewicza natomiast Boga nie ma, bo zginął – widzów raczy się hukiem wystrzału i widokiem trupa, jak gdyby trzeba było zapewnić ich, że w swej bolesnej samotności bohaterowie nie mogą się spodziewać żadnego duchowego wsparcia.

Wykorzystane w spektaklu multimedia są zresztą dodatkowym obciążeniem i tak już przeładowanej sceny – aktorzy nie mogą znaleźć sobie miejsca, wciąż energicznie przestawiają meble, przestrzenią manipulują też liczni statyści, do tego jeszcze tchórzliwy Arthur obwieszcza Eve swoje decyzje z ekranu komputera. Ten przesyt jest, z jednej strony, zabiegiem eksponującym nadmiar nieuporządkowanych emocji bohaterów, z drugiej jednak –chwilami przypomina zwykły bałagan, zwłaszcza gdy kolejne wydarzenia rysują się coraz bardziej schematycznie i widz niezaznajomiony ze scenariuszem może się pogubić w tej nieskomplikowanej przecież fabule. Niepokojące jest też wrażenie, że ów chaos na scenie ma być pewną rekompensatą za nierozbudowane postaci bohaterów – w krótkich poszarpanych epizodach raczej sygnalizuje się, niż odgrywa emocje, a portrety psychologiczne zastąpiła schizofreniczna przestrzeń.

Reklamowanie spektaklu nazwiskiem Woody’ego Allena jest z pewnością chwytem, który przyciągnie do teatru grono miłośników reżysera – ci jednak będą rozczarowani. Paweł Miśkiewicz bowiem pozbywa się w teatrze nie tylko Boga, ale też i klasyków kina, wysuwając na pierwszy plan własną interpretację. Może to z powodu tych patronujących spektaklowi wielkich nazwisk, a raczej ich widm lub trupów, we „Wnętrzach” panuje zaduch i ciasnota.

 

Woody Allen, „Wnętrza”
przekład Zuzanna Naczyńska
reż. Paweł Miśkiewicz
Teatr Nowy w Poznaniu
premiera: 2.03.2013

fot. Bartłomiej Sowa

alt