Archiwum
15.02.2013

„Balladyna” Marcina Cecko w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego to spektakl wystawiający publiczność na próbę, z której nie każdy wyjdzie zwycięsko. Kierujący się logiką, znający konwencję odbiorca jest drażniony, zwodzony i dezorientowany. Choć niełatwo zrozumieć intencje młodych twórców, warto dać im szansę.

Twórcy tacy, jak: Michał Zadara, Jan Klata czy Monika Strzępka sprawili, że dziś znowu warto zadawać pytanie, jak obchodzić się z polską literaturą romantyczną. W wymiarze praktycznym sprowadza się ono do tego, co ta literatura – współtworząca naszą tożsamość narodową, czy tego chcemy, czy nie – może dać polskiemu teatrowi. Skrajnie upraszczając, dyskusja sprowadza się do dwóch opcji. Odwrót od myślenia historycznego uprzywilejowuje dekonstruktorów mitów. Skłonni do dyskusji i polemik na temat znaczenia „narodowej tradycji”, wcale nie zawsze traktują ją oni jako negatywny punkt odniesienia. Michał Zadara („Ksiądz Marek”, Stary Teatr) Paweł Wodziński („Dziady. Performance”, Teatr Polski w Bydgoszczy), czy Paweł Passini („Kordian”, Teatr Polski w Warszawie) sprawili, że święte dramaty polskiego romantyzmu znowu inspirują do mówienia o współczesności. Niewielu artystów zamierza dzisiaj bronić Okopów Świętej Trójcy: Łysak proponuje performance, Zadara rewizję, a Demirski – parafrazy klasyki. Natomiast Krzysztof Garbaczewski, który na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu po raz pierwszy w swojej gwałtownie rozwijającej się, zainicjowanej przed pięcioma laty karierze, zmierzył się z polskim dramatem romantycznym, robi to wszystko równocześnie i jeszcze więcej: przeprowadza rewizję stereotypu i proponuje performance, a nawet koncert hip-hopowy. Parafrazę Balladyny pozostawił Marcinowi Cecko, który z oryginału ocalił niewiele. Razem ruszają oni w stronę totalnej dekonstrukcji. „Nie idźcie tą drogą!” – jest niebezpieczna i wąska, wiedzie nad samym skrajem przepaści. Wiem, że część zdezorientowanej, nabitej w butelkę widowni nie zgodzi się ze mną w tym miejscu, ale uważam, że autorzy spektaklu – choć byli o krok od porażki – ocalili skóry. Ich dzieło niełatwo interpretować, a pewne jest tylko jedno wrażenie, które pozostawia – niepokój.

„Balladyna” duetu Garbaczewski/Cecko z tragedii Słowackiego pozostawia motyw zbrodni popełnionej w dążeniu do władzy. Silne, destrukcyjne ego Balladyny zestawione zostaje z naiwnością Aliny, idealizmem Grabca i romantyzmem Filona. Ale już w odniesieniu do sfery psychologii protagonistki pojawia się uzupełniająca dramat sugestia, że powodem jej aspołecznych zachowań było dorastanie bez ojca, którego odnajduje w Kostrynie. Ten sprzedajny, zbrodniczy Niemiec na scenie Garbaczewskiego pojawia się jako piłkarz polskiej reprezentacji. Musztruje odnalezioną córkę jak młodego poborowego, ale stać go także na czułość i chwilę poetyckiej refleksji. W postaci tej znaleźć można jednak ostateczne potwierdzenie, że żaden rodzaj relacji międzyludzkiej nie daje trwałego oparcia. Rzeczowy chłód ujawniającego ukryte talenty Michała Kalety doskonale pasuje do tej roli.

Akcja pierwszej części spektaklu toczy się w laboratorium, gdzie bada się genetycznie modyfikowane rośliny. Wszystko, co dzieje się w jego wnętrzach, publiczność widzi jako projekcję na wielkim ekranie. Białe fartuchy i mikroskop, a także dialogi bohaterów przypominają serialowy hit TVP sprzed lat, „W labiryncie”. Więcej tu jednak językowej groteski i humoru prezentowanych sytuacji. Szefowa zespołu nazywana jest Matką (sroga, ale także troskliwa Teresa Kwiatkowska). „Spójrzcie” – zwraca się do swoich pracowników, prosząc każdego o przyjrzenie się czemuś przez okular mikroskopu – „Biohazard! Musimy być ostrożni. Wszędzie widzicie litery bi, ejdż, pi – nie bez powodu!”. Grabiec, Alina i Filon kolejno zerkają w okular i aż syczą z przerażenia wobec tajemniczej siły, którą starają się okiełznać w laboratorium. Tylko Balladyna ulega rodzącej się fascynacji. Wraca nocą, by samotnie przyjrzeć się preparatowi raz jeszcze, a wtedy, jak na podrzędnym horrorze, zło przejmuje nad nią kontrolę. Dziewczyna w drgawkach pada na podłogę, a kiedy powstanie, uosabiać będzie niszczycielską siłę jako cichy zabójca.

Groteskowych momentów jest w tej części spektaklu więcej. W pamięć szczególnie zapada genetyczna hybryda człowieka i rośliny, którą stworzył i w której zakochał się – niczym Pigmalion – Filon. Milcząca, antropomorficzna postać w wannie nie przypomina co prawda ideału piękna, a stworzenie z sennego koszmaru albo teledysku grupy Tool. To ona stanie się pierwszą ofiarą Balladyny, która odtąd będzie zabijać, prowokowana także przez pojawienie się Kirkora – zamożnego inwestora skłonnego finansować dalsze badania. Zapośredniczony obraz laboratorium przeciwstawiony jest baśniowej krainie ukrytej pod lodem jeziora Gopło. Oczarowany ludowymi opowieściami Grabiec pragnie się tam znaleźć za wszelką cenę. Reżyser trzyma widzów na granicy fascynacji i znużenia, do którego prowadzi dominacja filmowej projekcji nad żywym planem. Niespójność fabularna pogłębia dezorientację widzów, a pojawienie się na scenie dwóch postaci, opisanych w programie jako Pustelnik, najzwyczajniej irytuje. A jednak, kiedy po ponad 90 minutach narracji, prowadzonej głównie za pośrednictwem kamery, publiczność zaczyna się już poważnie niecierpliwić, czeka na nią druga część spektaklu, która zadziwia diametralną zmianą stylistyki.

Garbaczewski potwierdza, przypisywaną mu od pewnego czasu, rolę dekonstruktora klasyki, który – niejako przy okazji – burzy konwencjonalny teatr. Jego „Balladyny” nie można polecić nauczycielom poszukującym scenicznej ilustracji lekturowego tekstu szkolnego. Natomiast wszyscy ci, którzy w teatrze szukają nowych form oddziaływania artystycznego, sztuki, która drażni i niecierpliwi, nie oferując nadziei ocalenia, mogą znaleźć tu coś dla siebie. Już przydługa, filmowa część przedstawienia odchodzi od pierwowzoru, a część druga idzie jeszcze dalej. Opierając się na mocnej, autotematycznej grze na granicy teatru i performance artu, wprowadza czas rzeczywisty, mówiąc o architekturze i historii budynku Teatru Polskiego. A także umieszcza na scenie wystylizowany jak z bramy obozu Auschwitz napis: „Naród sobie”. Czyżby łatwość, z jaką Balladyna dokonuje kolejnych morderstw, nie miała wynikać z naszego doświadczenia gier komputerowych, a raczej sugerować, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los”? Justyna Wasilewska w tytułowej roli wspaniale i odważnie przekracza granice wszelkiej konwencji i dobrego smaku, kiedy jako osamotniona protagonistka zwraca się bezpośrednio do publiczności i próbuje wywoływać jej reakcje. Wspomaga ją w tym duet transgresyjnych raperek nazwany cipedRAPskuad.

Autorzy spektaklu wywracają tradycję odczytań tekstu Słowackiego, eksponując ważne dyskursy współczesności z feminizmem, posthumanizmem i biotechnologią włącznie. Nie tworzą przy tym historii, która daje się opowiedzieć w linearny sposób, a inicjują i urywają wątki, zwodząc widza i mieszając tropy. Obalają tak wiele naszych przyzwyczajeń teatralnych, próbując przekonywać, że sztuka sceniczna nadal może być żywym, intensywnym doświadczeniem wymagającym dokonywania wyborów. Nie wiem, czy przekona to przeciwników estetyki Garbaczewskiego, ale wiem z całą pewnością, że ci, którzy będą mieli trudności z odbiorem pierwszej części jego spektaklu, powinni dać mu szansę i zobaczyć część drugą.

Marcin Cecko, „Balladyna”
Reżyseria:  Krzysztof Garbaczewski
Scenografia:  Krzysztof Garbaczewski, Robert Mleczko
Kostiumy:  Svenja Gassen
Muzyka:  Joanna Duda
Teatr Polski w Poznaniu
Prapremiera: 25.01.2013

Fot. Magda Hueckel, Teatr Polski w Poznaniu