Archiwum
06.05.2011

Historie wspólne i osobne

Stanisław Wryk
Podskórny Poznań

Przywołać, przypomnieć i odsłonić świat przefiltrowany przez ludzką pamięć. Anka Grupińska i Joanna Wawrzyniak w książce „Buntownicy. Polskie lata 70. i 80.” łamią schemat opowiadania o przeszłości, w której jest miejsce tylko na czerń i biel, a świat przedstawiony jest kompletny jak doskonałe zdjęcie z przeszłości. Obraz wywołany przez autorki i jej bohaterów jest inny.

Historie wspólne i osobne
„Czuliśmy, że ktoś nas tutaj zamknął” – opowiada Lech Dymarski. Buntownicy to pokolenie, które ukształtowały dwa wydarzenia: grudzień 1970 roku na Wybrzeżu i śmierć Staszka Pyjasa. Te wydarzenia miały dla nich „tożsamościowe znaczenie”. Andrzej Maszewski: „Rozumiem los partyzanta, który jest z guerrilli południowoamerykańskiej i go rozwalają. Ale żeby strzelać do robotników, którzy o szóstej rano idą do roboty, tego im, kurwa, nie wybaczę. […] Rodzi się wspólne poczucie krzywdy i wtedy chcesz coś zrobić”. I robią, zwłaszcza po 1977 roku, zakładając SKS-y.

Dla Lecha Raczaka urodzonego kilka lat wcześniej od większości bohaterów takim probierzem jest marzec 1968 roku. „Okazało się, że w kraju wszystko jest polityczne, że nie da się przed nią [polityką] uciec”. Ale to właśnie wtedy rozpoczyna on swoje poszukiwanie PRAWDY. Większość „Buntowników” odwołuje się w swoich opowieściach właśnie do twórczości Teatru Ósmego Dnia. W latach 70. ubiegłego wieku Ósemki wykuwały wielu przestrzeń wolności.

To pokolenie, które, według autorek, jest cały czas mało znane: „całkiem odmienne, ale najbliższe herosom Marca, wydaje się ciągle niezapisane w zbiorowej świadomości”. Dlatego chcą poprzez opowieść przywołać ich świat. To, jak go rozumieli, interpretowali i co z nim zrobili.

27 bohaterów, 27 opowieści. Historie są wspólne i osobne, nie tylko dlatego, że są inaczej opowiadane. Z różnych domów pochodzą bohaterowie, w różny sposób będą dochodzili do swojej prawdy i odmiennie będą ją realizować. Różnią się już na starcie. Roman Kurkiewicz opowiada, że interesował się polityką na własną rękę: „Mój dom nie był rozpolitykowany w ogóle. Więc ja uważałem, że zawsze muszę się sprzeciwić wszystkim autorytetom”. Grzegorz Gauden tak wspomina swój dom: „Mój ojciec kazał mi na krzyż przysięgać, że nie wstąpię do partii komunistycznej”. Historie bohaterów są pozszywane, mieszają się, stykają się w pewnych punktach i rozchodzą. Nie mają ambicji być spójną wizytówką historii pokolenia. Jak piszą autorki we wstępie: „To nie są wyczyszczone na niedzielę buty, raczej poszarpane sandały sprzed lat”.

Na pewno miejsce łączy większość historii. Środowisko poznańskie jest tutaj najbardziej widoczne. „Nie żadne to kumoterstwo, tylko zwyczajna chęć jednej z autorek przywołania jej dawnego świata”. Anka Grupińska próbuje odtworzyć poprzez opowieści swoich bohaterów obraz ludzi, którzy odnajdywali siebie w Poznaniu pod koniec lat 70. i wspólnie szukali sposobów na ówczesną rzeczywistość. To poznańskie środowisko może być przybliżonym obrazem mikrokosmosów opozycji w innych miastach.

Kiedy rodzi się bunt. Konstrukcja książki.
„A ja myślałem, że zaczniemy od sierpnia!!” To reakcja Ryszarda Czapary na pytanie o jego dzieciństwo. Opozycjonistów w książce Grupińskiej i Wawrzyniak poznajemy, a raczej oni dają nam się poznać, zaczynając od świata, który był im dany, po świat, który budowali i wypełniali treścią. Najpierw dzieciństwo, potem dorastanie, w którym dużą rolę odgrywa muzyka jazz, rock, wreszcie studia, „Solidarność” i stan wojenny. Zaskakujące, że okres „Solidarności” jest najmniej zaakcentowany, jak gdyby bohaterowie chcieli od razu przejść w swoich opowieściach do stanu wojennego. Być może wszystko tłumaczą słowa Czapary, który mówi o „normalnej, ciężkiej pracy, a nie karnawale «Solidarności»”. O pracy, zwłaszcza tej u podstaw, chyba najtrudniej opowiadać. Książkę kończy epilog, z którego dowiadujemy się, co dzieje się z bohaterami po 1989 roku. „Buntowników” uzupełnia 6 esejów o epoce PRL.

Czytając książkę, szukam momentu, w którym u bohaterów rodzi się sprzeciw wobec rzeczywistości. Wydarzenia z Wybrzeża, śmierć Pyjasa są tutaj decydujące, ale dlaczego zareagowali oni, gdy większość milczała? „Byliśmy przygotowani, że jest prawda i jest to, co mówi się publicznie” – twierdzi Andrzej Krawczyk. Buntownicy mają świadomość dysonansu poznawczego. Co innego mówi się w szkole o Katyniu, inne informacje znajdują w domu, książkach czy rozmowach z przyjaciółmi. Ten dysonans, wydaje się, u większości rodzi postawę pragmatyczną, konformistyczną czy – jak ujmuje to Andrzej Krawczyk – „cyniczną”. U Buntowników jest inaczej. Odrzucają popularne powiedzenie „pokorne ciele dwie matki ssie”, bo są „zdenerwowani na świat”, mają ogromną „potrzebę bycia wolnym. Cały czas czułem, że ten świat mnie krępował” – wspomina Bolesław Kuźniak. Szukają swoich enklaw wolności. Znajdują je w muzyce, teatrze, książkach, w wyprawie do Indii, sposobie ubierania, w spotkaniach towarzyskich. Grupińska wspomina, że w ten sposób bardzo szybko odnajdywali siebie. „Myśmy łowili się dosyć szybko, bo byliśmy inni od tych, którzy stanowili większość”.

Czy bali się? Czy wypada się do tego przyznać ludziom, których nazwano „Buntownikami”? Niezwykła jest tutaj opowieść Macieja Frankiewicza, który opowiada o przełamywania swoich obaw, gdy szedł na czele manifestacji, a z naprzeciwka biegli na niego zomowcy. „To był strach przed bólem, przed uderzeniem czy pobiciem. Strach był również innego rodzaju. […] Zdobywając sprzęt poligraficzny […] włamując się w nocy do pomieszczeń, w którym stały powielacze, potrzeba było dużo zaangażowania i siły woli, żeby nie znaleźć sobie pretekstu, że to może nie dzisiaj, że może za tydzień albo może wcale… Bo to najczęściej tak się właśnie odbywało: ludzie nie mówili «nie», tylko akurat teraz im nie pasowało, teraz nie było możliwości, teraz coś-tam-jeszcze”. Grupińska: „Uważam, że ludzi dzieli się na tych, którzy się bali, i tych, którzy byli niefrasobliwi – nie przejmowali się konsekwencjami”.

Nie mieli poczucia złamania przez system tak jak ich rodzice. Oni się w nim już urodzili, ale świat, który dostali, już im nie wystarczał. Gdy nadarzyła się okazja, próbowali go zmienić.

Historia mówiona
Tym, co wyróżnia książkę jest język, a raczej języki, bo jest ich tyle, ilu bohaterów opowieści. Chropowaty, często chaotyczny, po minimalnej ingerencji redaktorek, z oryginalną składnią, pozwalającą wyczuć rytm zdania wypowiadanego przez bohaterów. Taki język to wynik metody poznawania przeszłości, który przyjęły autorki „Buntowników”. Ich książka, nie waham się użyć tego słowa, to hołd złożony historii mówionej.

Znawca tej metody, Paul Thompson, pisał: „Nauka nie jest już skazana tylko i wyłącznie na pracę z tomami starych katalogów. Kroniki królewskie wzięły pod uwagę historie zwykłych ludzi”. Historia mówiona stawia ludzkie doświadczenie przed pożółkłym dokumentem z archiwum. Jest bardziej demokratyczna, nieakademicka i niepodręcznikowa. To głos przeszłości pełen emocji, a nie suche fakty podane przez historyków. Głos, który został zarejestrowany. Przez cztery lata autorki „Buntowników” w ramach projektu „Pamiętanie Peerelu. Opowieści o wspólnych i indywidualnych sposobach na system 1956–1989” zgromadziły zbiór ponad 150 wywiadów z osobami pozostającymi w opozycji do systemu. Spośród nagranych relacji wybrały 27, które znalazły się w książce.

Głównym zarzutem stawianym historii mówionej jest to, że jako metoda badawcza jest zawodna. Opowieść o przeszłości świadków historii jest filtrowana przez ich pamięć, która bywa ułomna. Jedyną kategorią prawdy przy analizie opowieści jest szczerość rozmówców. Autorki nie spierają się z tym, są świadome tych słabości, ale pozostają jej zwolenniczkami. „Mamy przekonanie, że nie ma lepszego sposobu poznawania przeszłości niż wysłuchiwanie cudzych opowieści”.

Ten sposób zapisu przeszłości pozwala spojrzeć na historię przez pryzmat jednostkowego doświadczenia. Historia to ludzie, a nie fakty i daty. „Ludzie byli wtedy ważni” – opowiada Anka Grupińska. W stanie wojennym „Każda sprawa zamieniała się w sytuację towarzyską. Właściwie nie wiadomo, co było ważniejsze”. Dlatego „Buntownicy” to także opowieść o miłości i przyjaźni.

Zawierzenie tej metodzie pozwala odkryć autorkom emocje, kolory i zapachy, które, wydaje się, oddalają nas od suchego podręcznikowego opisu przeszłości. Tutaj mamy bohatera, jego historię, pamięć i jego indywidualny sposób opowiadania. Iwona Burszta-Kubiak: „Jak Gomułka ogłosił podwyżki, to pamiętam, że jako czternastolatka siedziałam na krześle i ryczałam, bo miałam pełną świadomość, że umrzemy z głodu”.

Wiara w siłę opowiadania i wsłuchiwania się w opowieść przynosi przede wszystkim detale, szczegóły, które pozwalają głębiej pomyśleć o cudzym doświadczeniu. Lech Raczak wspomina 13 grudnia 1981 roku: „Następnego ranka któryś z kolegów wpadł do mnie: – Słuchaj: wojna. Ja uznałem, że na wojnę należy pójść dobrze przygotowanym, więc spokojnie: kąpiel i śniadanie”. Gauden opowiada, że w liceum został wyznaczony do urządzenia szkolnego gabinetu historycznego. Był listopad 1970 roku. Po całym mieście szukał portretów towarzysza Wiesława. Miesiąc później zdobyte obrazy musiały zniknąć z gabinetu.

Odsłonić świat
Polityka. Nie można jej uniknąć i nie uciekają przed nią bohaterowie, ale schodzi ona na dalszy plan. Bohaterowie i autorki „Buntowników” nie rozliczają innych z ich postaw, bierności czy aktywności w latach 70. i 80. Charakterystyczne, że większość z nich w epilogu nie emocjonuje się teczkami IPN-u. Autorki wierząc w siłę opowieści, wymykają się polityce historycznej i odsłaniają świat, w którym od polityki ważniejsza była przyjaźń i zaufanie do ludzi.

Anka Grupińska, Joanna Wawrzyniak, „Buntownicy. Polskie lata 70. i 80.”
Świat Książki
2011