O przekładzie, literaturze i ich związkach z Kają Gucio rozmawia Aleksandra Majak
Kaja Gucio: Od kilku lat mogę sobie pozwolić na większą selekcję i wybierać rzeczy, które sama chętnie bym przeczytała. Przychodzi mi na myśl zaledwie kilka osób w tej branży, które mają możliwość skupić się na tłumaczeniu jednej, wybitnej książki rocznie. Jeśli chcę zajmować się wyłącznie przekładem to – w tej rzeczywistości ekonomicznej – nie jest możliwe, żebym identyfikowała się z każdym tekstem, który tłumaczę. Zawsze jednak pamiętam, że z tym tekstem będę przez kilka miesięcy bardzo blisko obcować, więc wolałabym być do niego przekonana. Jestem, wydaje mi się, sprofilowana przez wydawców i zdaję sobie sprawę, że jest to przywilej, bo trafiają do mnie wartościowe propozycje. Przed chwilą ukazał się mój przekład nowej Joyce Carol Oates, z czego bardzo się cieszę. Na studiach nie przyszło mi nawet do głowy, że ktoś zaproponuje mi kiedyś tłumaczenie Oates.
Debatowaliśmy o tym ostatnio z redaktorem z Marginesów, który podsyła mi same ciekawe propozycje. Mówił, oczywiście żartobliwie, że jeśli chcesz wiedzieć, co wygra jedną z najważniejszych nagród w świecie anglojęzycznym, zapytaj, co akurat tłumaczy Gucio. Faktycznie trafiają do mnie wartościowe tytuły, ale absolutnie nie jest tak, że tłumaczę same Bookery czy Pulitzery. Zaczynałam od zupełnie innych tekstów, w tym czysto użytkowych. Przez wiele lat pracowałam też z tekstami naukowymi, przede wszystkim historycznymi. Z perspektywy czasu widzę, że była to niezła szkoła pokory i uważnej interpretacji.
Oczywiście jak każdy, kto nigdy nie dostał żadnej nagrody literackiej, mogłabym twierdzić, że one nie mają znaczenia – ale jasne, że mają. Z pewnością bywają werdykty co najmniej dyskusyjne, jednak nawet kiedy wyróżniony tytuł zupełnie nie trafia w moje gusta, decyzja jury mówi coś ciekawego o współczesności, aktualnych lękach i potrzebach. Abstrahując już od słuszności wyborów czy w ogóle zasadności tego typu nagród, mamy ostatnio ogromną liczbę wartościowych pozycji, mówi się wręcz o nadprodukcji na rynku książki, więc wydaje mi się, że jeśli chcemy być na bieżąco, potrzeba nam jakiegoś drogowskazu.
Ten podstawowy, przyznawany za dzieło anglojęzycznie, niekoniecznie. Julian Barnes określił nagrodę mianem „posh bingo” i trochę się z nim zgadzam, bo faktycznie czasem mam wrażenie, że to zabawa dla elit. Tyle że żyję anglojęzyczną literaturą, więc zazwyczaj znam już większość nominowanych książek w chwili ogłoszenia longlisty, a wtedy nieco inaczej się czeka na wyniki. Inaczej wygląda to u mnie w przypadku międzynarodowego Bookera. Czasem mam wrażenie, że to coś w rodzaju literackiej Eurowizji. Zawsze staram się zerknąć do nominowanych książek, a przynajmniej do shortlisty, bo dzięki temu łatwiej mi zmobilizować się do wyjścia poza anglocentryczną bańkę.
Owszem. Znam tylko kilka z nominowanych trzynastu tytułów, a nie tłumaczę (jeszcze) ani jednego. Cieszy mnie spora różnorodność: tematyczna, gatunkowa, a przede wszystkim kulturowa, bo reprezentacji tylu narodowości w gronie nominowanych autorek i autorów raczej sobie nie przypominam. Czekam zatem na ogłoszenie, kto trafi na „krótką listę”, może bez przesadnej niecierpliwości, ale z autentycznym zaciekawieniem.
Tu bym była ostrożna. Czasem zajmujemy się tekstami, które niekoniecznie nas zachwycają, szczególnie że w grę wchodzą też względy ekonomiczne. Jakość przekładu to osoba kwestia, natomiast nie zawsze idzie ona w parze z czyimś gustem literackim czy wysokim poziomem oryginału. Wolałabym nie obciążać kolegów i koleżanek po fachu odpowiedzialnością za wartość tłumaczonych przez nich książek, w dodatku bardzo przecież subiektywną. Za to odpowiadają osoby, które te dzieła stworzyły. Rozliczanie nas z wyborów zawodowych jest moim zdaniem mocno problematyczne. Co do inspiracji czytelniczych nie jestem już w stanie nawet nadążyć z zapisywaniem tego, co chciałabym przeczytać, o samej lekturze nie wspominając. Już się poddałam. Gdybym usiłowała utrzymać takie tempo, odbierałabym sobie możliwość czytania książek, które ukazały się na przykład pół roku temu, a przeszły bez echa.
Wiem, to jest przerażające i rodzi presję wśród krytyków i krytyczek, że z książką musisz się zapoznać już zaraz, natychmiast. Niedawno jeszcze mówiło się o trzech miesiącach. Jednego dnia wydaje się, że wszyscy o czymś gorąco dyskutują, a nazajutrz przechodzą do kolejnej nowości. Oczywiście upraszczam, ale taka „natychmiastowość” czy „doraźność” komentarzy sprowadza się do odhaczania tytułów. Dałam sobie przyzwolenie, żeby nie być na bieżąco. Istnieje przecież niesamowicie bogate repozytorium tekstów z ubiegłych lat, do którego naprawdę warto wracać, mnóstwo autorów i autorek, o których warto przypominać, nawet jeśli nie wydali niczego głośnego w ostatnim miesiącu. Myślę, że fantastyczną pracę wykonują na tym polu księgarnie niezależne oraz biblioteki, które organizują świetne spotkania, a co najważniejsze, działają często z dala od wielkomiejskiej, warszawocentrycznej orbity. Odkąd pamiętam, takie miejsca to dla mnie magiczne przestrzenie; zresztą jedyny tatuaż, jaki mam, zrobiłam sobie właśnie na pamiątkę pierwszej biblioteki, do której chodziłam – Jaskółczyn w rodzinnym Piotrkowie.
Mam nadzieję, że się wyrasta. Nie uważam, by akademicki paradygmat sam w sobie był czymś złym. Dla niektórych stanowi on cały świat, dla innych etap, który warto przejść i później ewentualnie do niego wracać. Nawet jeśli nie do końca świadomie, warsztatowe podstawy, które przyswaja się na kursach przekładoznawstwa czy teorii literatury, zostają w pamięci. Czasem wydaje mi się, że robię coś instynktownie, ale kiedy przyjrzę się temu bliżej, widzę, że to rezultat mechanizmów wypracowanych jeszcze w trakcie studiów. Oczywiście na pierwszym roku komparatystyki za punkt honoru zwykle bierze się ostrą krytykę przekładu; niczego nie chwalić, wszystko surowo oceniać. Dopiero konieczność samodzielnego tłumaczenia sprowadza nas na ziemię, bo tekst przestaje wtedy istnieć wyłącznie w warstwie czysto abstrakcyjnej.
Właśnie, czasem traktuje się przekład jak tekst wypreparowany, oglądany pod szkiełkiem. Myśli się o poszczególnych elementach, które – choć oczywiście składają się na całość – nie malują jeszcze szerszego obrazu. Jednak teoretyczne ujęcia nieraz okazywały się dla mnie pomocne. Na przykład, kiedy zastanawiałam się nad strategiami przekładowymi wobec twórczości Toni Morrison. Tłumaczyłam trzy jej książki, z których dwie – „Umiłowana” oraz „Najbardziej niebieskie oko” – zostały już wcześniej wydane po polsku. Miałam świadomość, że od ich publikacji minęło już trochę czasu („Umiłowana” w przekładzie Renaty Gorczyńskiej wyszła w latach 90., a „Najbardziej niebieskie oko” Sławomira Studniarza w 2014 roku). Jednak pracowałam nad nimi dziś, ze świadomością współczesnego kontekstu i z wiedzą o sile oddziaływania języka.
To zależy. Zdarzają się słowa czy frazy, które kiedyś nie budziły emocji, a dziś są już nie od przyjęcia. Zwiększa się świadomość tego, jak język kształtuje rzeczywistość i jak może wiązać się z wykluczeniem – rasowym, mniejszościowym, genderowym. Moje zadanie jako tłumaczki to stawianie na pierwszym miejscu tekstu i tego, co starał się komunikować w oryginale, nawet, a raczej zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy to kwestii trudnych. Dobrze jest nie ufać sobie bezgranicznie, ale stale doczytywać i sprawdzać, czy moje intuicje nie są wynikiem uproszczeń czy utrwalonych przekonań.
Takie fiksacje są chyba częste i dotyczą właściwie każdego zjawiska czy motywu. Mnie denerwuje konieczność ciągłej walki o feminatywy. To coś, co powinno być oczywiste, a jednak wciąż budzi kontrowersje. Jestem przekonana, że gdyby pojawił się artykuł o jakimś przełomowym odkryciu polskiej chirurżki, 90% komentarzy dotyczyłoby nie samego odkrycia, ale użycia słowa „chirurżka”. Wciąż w pewnych kręgach pokutuje pogląd, że istnieje jeden słuszny model przekładu, coś w rodzaju matrycy, rzecz jasna zbieżny z wizją świata osoby wyznającej to przekonanie. Wszelkie odstępstwa traktuje się właśnie jako próbę narzucania takiej czy innej „ideologii”.
Nie da się ani uprawiać przekładu, ani o nim rozmawiać w oderwaniu od rzeczywistości około językowej. Strategia domestykacji obowiązywała przez dziesiątki lat – w dużej mierze dlatego, że czytelnicy nie mieli dostępu do informacji, które dziś możemy po prostu wygooglować. Czasem ingerencje tłumaczy szły zdecydowanie za daleko, jak choćby w niesławnych tłumaczeniach powieści Fiodora Dostojewskiego, w których tekst był wycinany, modyfikowany, dostosowywany do oczekiwań kultury przyjmującej. Cały czas mówię tu o mocno europocentrycznym kontekście, ale przykłady refrakcji literatury mniej znanej na lingua franca i przesunięć, które kreślą mapę polityki translatologicznej, można mnożyć. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na drugą strategię – forenizację, czyli celowe zachowanie obcości oryginału. Problem w tym, że dzieła, szczególnie te z odleglejszych względem centrum kultur, bywają nadmiernie egzotyzowane.
Od razu wyznam, że mam ogromną słabość do tego rodzaju pisarstwa, czyli retellingu. Moim zdaniem to znakomity sposób na ożywienie dyskusji wokół utrwalonych schematów myślowych, na podjęcie dialogu z tym, co uważa się za aksjomat, a co wcale takim pewnikiem nie jest. Świeższa perspektywa pozwala też dostrzec na nowo to, co w klasyce wartościowe. Wbrew zarzutom, które czasem się pojawiają, tu wcale nie chodzi o potępianie przeszłości. Książki takie jak „Demon Copperhead” Barbary Kingsolver czy wspomniany przez Ciebie „James” zrodziły się przede wszystkim z miłości do literackich pierwowzorów – zarówno Kingsolver, jak i Everett sami to podkreślają. Niemniej są to dzieła całkowicie autonomiczne. Znajomość klasycznych powieści wzbogaca ich odbiór, ale nie jest warunkiem niezbędnym.
Zdecydowanie tak. Ciekawe, że właśnie słowa „duszna” użyłaś, bo sama od początku tak o tej książce myślę, a w recenzjach i rozmowach o niej bardzo często przewija się określenie „bezdech”. Nie jest to łatwa proza, pod żadnym względem. Abstrahując od tematyki, sporo trudności przysporzył mi jej specyficzny rytm. Bardzo często zaczynam pracę od nagrania audio. Dzięki temu mogę na gorąco utrwalić impresje, pierwsze pomysły i skojarzenia. W tym przypadku podświadomie zaczęłam chodzić po pokoju tam i z powrotem – i dopiero lekka zadyszka, wrażenie, że zaraz zabraknie mi tchu, pozwoliło mi odnaleźć klucz stylistyczny. Emocjonalnie też mocno mnie ten tekst przeczołgał, a z docierających do mnie sygnałów wnioskuję, że nie jestem w tym odbiorze odosobniona. Lynch nie stworzył futurystycznej dystopii, choć tak mogłoby się wydawać, ale potwornie aktualną opowieść, która dla sporej części ludzkości rozgrywa się tu i teraz. Aktualność tej książki chyba najbardziej mnie w niej porusza.
Na pewno jednym z najważniejszych doświadczeń przekładowych jest dla mnie „Umiłowana” Morrison. To proza niesamowicie gęsta, upakowana wielopiętrowymi znaczeniami, złożona stylistycznie do tego stopnia, że czułam się, jakbym miała do czynienia z kunsztownym haiku, tyle że rozpisanym nie na siedemnaście sylab, a na tysiące słów. Naprawdę do dziś jeszcze nie do końca wierzę, że mogłam pracować z tym tekstem. A przy tym jestem z efektów tej pracy naprawdę dumna.
Ostatnio natomiast urzekła mnie krótka, językowo doskonała, zachwycająca precyzją opisów pozycja sprzed kilku lat, czyli „Whale Fall” autorstwa Elizabeth O’Connor. Akcja tej niewielkiej powieści rozgrywa się w 1938 roku na maleńkiej wysepce u wybrzeży Walii. Sam tytuł nawiązuje do dość szczególnego zjawiska, w którym ciało martwego wieloryba opada na dno morza, stając się miejscem powstania pewnego mikrokosmosu – schronieniem dla ryb i innych morskich stworzeń. Równolegle do biologicznego procesu rozkładu widzimy w tej powieści rozpad lokalnej wspólnoty wyspiarskiej w przededniu drugiej wojny światowej.
Dobrą ilustrację takiego użycia wątku metaprzekładowego w literaturze popularnej znajdziemy choćby w powieści „Babel” Rebekki Kuang, o której zresztą pisałaś. Tam, poza wątkiem przekładu, na pierwszym planie znajduje się krytyka postkolonialna, a dokładniej refleksja dotycząca hierarchiczności języka. Tymczasem Croft, sama będąc uznaną tłumaczką, proponuje satyryczną opowieść: poznajemy grupę tłumaczek i tłumaczy, którzy zaszywają się w polskiej Białowieży, żeby tam, z dala od presji rynku wydawniczego i ryzyka przecieków, tłumaczyć nowe opus magnum Słynnej Pisarki. Postać Ireny zbudowana jest ze stereotypów na temat osób tworzących literaturę, w czym zresztą przejawia się jeden z poziomów humoru tej powieści.
Uważam, że grzyby same w sobie są tworem głęboko komicznym. A tak poważnie, humor Croft faktycznie najbardziej trafi do osób, które lubią rozpoznawać niuanse związane z przekładem, funkcjonowaniem pomiędzy językami czy, jak mówisz, rynkami wydawniczymi. Ale można podejść też do tej książki na luzie, nie skupiając się przesadnie na wątku tłumaczenia, i czytać ją jak wciągający kryminał. W końcu intryga dotyczy tajemniczego zniknięcia autorki i następującej po niej serii niefortunnych zdarzeń, które przydarzają się tłumaczom i tłumaczkom, gościom z czterech stron świata zagubionym w polskiej puszczy.
Mnie również. Z końcem września będę miała przyjemność ponownie odwiedzić Dublin i porozmawiać o „Pieśni Proroczej” z jej autorem, Paulem Lynchem, z czego bardzo się cieszę. W ubiegłym roku spotkałam się tam z Anne Wright i jej tłumaczami i tłumaczkami na inne języki. Wiem, że mój zawód nie wydaje się tak ekscytujący jak praca strażaka czy przytulacza pand, ale na tego typu spotkaniach widać, że przekład literacki naprawdę ludzi fascynuje. Zawsze twierdziłam, że udało mi się znaleźć zajęcie, które najlepiej współgra z moją samotniczą, wręcz jaskiniową naturą, tymczasem okazuje się, że warto czasem z tej jaskini wypełznąć na światło dzienne. I dobrze jest usłyszeć krytyczny feedback.
Owszem, wciąż zdarzają się osoby, którym trudno zrozumieć, że jako tłumacze nie odpowiadamy za autorską inwencję, że naszym zadaniem jest te treści jak najlepiej oddać i tylko z tego możemy być rozliczani. Miałam zatem wątpliwą przyjemność czytać anonimowe, ocierające się o groźby wiadomości od takich właśnie zapalczywych tropicieli domniemanych rusofilnych wątków w tej bardzo przeciętnej zresztą książce – na mnie też nie wywarła najlepszego wrażenia. Niemniej podjęłam się jej przekładu i dołożyłam wszelkich starań, żeby w polskiej wersji wybrzmiał jak najbliżej oryginału. Jasne, miło jest, jeśli „moja” książka spotyka się z przychylnym przyjęciem. Ale zdarza się też, że recepcja jest krytyczna. Jestem otwarta na krytykę, ale przyjmuję ją, gdy dotyczy ona mojego tłumaczenia, idiomu, rejestru, stylu, a nie tego, że oryginał uwzględnia takie a nie inne treści. Jestem od tego, żeby te treści przełożyć, a nie je cenzurować.
Często podkreślamy, że przekład to działanie twórcze. Zgoda, ale nadal chodzi o wyłapanie i zrozumienie intencji w tekście. Jeżeli częścią fabuły jest postać, która mówi językiem rasistowskim czy wykluczającym, też muszę to oddać w tłumaczeniu. Oczywiście, jeśli uznam, że tekst jest szkodliwy albo po prostu nie czuję się z nim komfortowo, to mogę nie przyjąć zlecenia. Natomiast jeśli podejmuję się pracy i uważam, że materiał jest wart mojej uwagi, to chcę być lojalna wobec tekstu.
Od kilku lat ta świadomość istnienia tłumaczy i tłumaczek oraz tego, czym tłumaczenie w ogóle jest, rzeczywiście się ugruntowała. Odchodzimy od myślenia o przekładzie w kategoriach dobry czy zły, wierny czy niewierny. Nazwiska tłumaczek i tłumaczy na okładkach książek stały się już czymś powszechnym, choć nie jest to całkowicie nowe zjawisko. Myślę tu choćby o powieściach wydawanych w latach 80. nakładem Wydawnictwa Literackiego, o minimalistycznych okładkach, na których widniały tylko tytuł oraz nazwiska autora i tłumacza. To nie tak, że oto nagle pojawiła się wybitna generacja. Cały czas korzystamy z dorobku poprzednich pokoleń, ale zwiększyła się czytelnicza świadomość tego, czym jest przekład.
Jasne, że to nie to samo. To, co dzieje się w Polsce w sprawie przekładu, to raczej ewenement niż norma. Już się do tego przyzwyczaiłam i patrzę na to inaczej, ale przy pierwszych zaproszeniach na spotkania przemykało mi przez myśl, że może powinnam się upewnić, czy organizatorzy na pewno wiedzą, że ja „tylko” tłumaczę tę książkę, a nie jestem jej autorką. Takie wydarzenia to zawsze świetna okazja, by porozmawiać o literaturze, o tym, jak tekst wyłania się w tłumaczeniu. Ożywienie dyskusji o przekładzie widzimy również przy okazji nowych wydań klasyki. Mam tu na myśli choćby debatę wokół „Ani z Zielonego Wzgórza” czy raczej „Anne z Zielonych Szczytów” i Ani Bańkowskiej, która dzielnie tłumaczyła się (sic!) z decyzji przekładowych.
Nie wiem czy najdziwniejsze, ale na pewno mam typ pytań, które wprawiają mnie w konsternację. Na przykład o to, jak tłumaczy się Ernesta Hemingwaya, będąc kobietą. No nie wiem… Rękami? Głową? To pytanie zupełnie nietrafione, bo bazuje na uproszczeniu, że moja płeć czy osobiste doświadczenia mają jakiś szczególny wpływ na to, czy „rozpoznaję się” w tekście. Kryje się w tym niezbyt sympatyczna sugestia, że o jakości efektów mojej pracy miałoby decydować to, kim się urodziłam, a nie to, co potrafię. Dodam przy okazji, że nie przekonuje mnie pomysł tak zwanego „tłumaczoznawstwa”. O ile biografizm w literaturoznawstwie może być wartościowy – jako narzędzie do lepszego zrozumienia kontekstu społecznego czy historycznego – o tyle nie widzę sensu grzebania w biografii żyjących tłumaczy i tłumaczek z gotową agendą badawczą. To, że od lat jestem wegetarianką, nie znaczy, że usuwam w przekładzie wszystkie mięsne fragmenty. Jestem kociarą, ale nie przerabiam wszystkich zwierząt na koty.
Wiesz co, takie drugie pytanie, które nieodmiennie mnie dziwi, dotyczy konkurencji AI i sugestii, że lada moment mój zawód całkiem przejdzie do lamusa, przynajmniej w wydaniu ludzkim. Mówię wtedy z reguły, że nie mogę się doczekać, bo wreszcie może trochę odpocznę. Na razie jednak trudno mi się wykopać spod deadline’ów. Na tym etapie zdążyłam się wyzbyć całej masy mniej lub bardziej naiwnych przekonań, ale wciąż mocno wierzę w to, że literatura, ta tworzona przez człowieka, żywa i pięknie niedoskonała, przetrwa wszystko. Ludzie będą pisać książki, będą je dalej czytać. I ktoś to wszystko będzie musiał przetłumaczyć.