Z Martą Grzywacz o książce „Radość soboty. Archiwum życia i śmierci” rozmawia Antonina Tosiek
Marta Grzywacz: Opowiadając historię Oneg Szabat tym, którzy jej nie znali, mówiłam, że była to tajna organizacja tworząca Archiwum Getta Warszawskiego. Że jej członkowie spotykali się potajemnie w soboty, aby omawiać kolejne etapy prac, stąd nazwa Oneg Szabat – Radość Soboty. Że kiedy zdali sobie sprawę z tego, iż getto zginie wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami, zdecydowali się zakopać zebrane materiały. I że z mniej więcej sześćdziesięcioosobowej grupy archiwistów wojnę przeżyły zaledwie trzy osoby i tylko jedna z nich wiedziała, gdzie zdecydowano się ukryć zbiory, które odnaleziono w dwóch częściach w roku 1946 i 1950. Niezmiennie słyszałam, że to bardzo ciekawa historia. A jednocześnie myślałam: „to prawda, tylko jak w interesujący sposób opisać zbieranie dokumentów? I jak pokazać ludzi, którzy tworzyli grupę Oneg Szabat, a którzy prawie w ogóle nie pisali o sobie samych?”. A przecież na tym bardzo mi zależało.
Tomy opracowane przez ŻIH to efekt gigantycznej, wieloletniej pracy licznych badaczy i tłumaczy, bez której dla większości z nas treści zawarte w Archiwum Getta Warszawskiego byłyby niezrozumiałe – zarówno ze względu na brak wiedzy historycznej, jak i nieznajomość języków, bo materiały w Archiwum pisane są w dużej części w jidysz i po hebrajsku. Każdy z tych tomów liczy od 300 do nawet 1000 stron. Są to więc źródła naukowe, które trafiają raczej do historyków i innych badaczy zajmujących się tą tematyką. Jeśli chodzi o wybór tekstów z Archiwum, opracowań dokonało nie tylko Ossolineum, lecz także Ośrodek Karta. Powstała też monografia o Oneg Szabat „Kto napisze naszą historię” autorstwa Samuela Kassowa. Szczegółowe, dokładne, ułożone tematycznie, świetnie napisane dzieło naukowe. Mnie jednak zależało na czymś innym – chciałam stworzyć opowieść o grupie niesamowicie odważnych i pełnych pasji ludzi, o warunkach, w jakich pracowali, i o tym, co po sobie zostawili, tak żeby dotrzeć do osób, które interesują się historią, ale niekoniecznie są historykami. Opowieść, która – mówiąc kolokwialnie – trafi „pod strzechy”.
Nigdy nie uczyłam się „warsztatu naukowego”. Pisząc, opieram się wyłącznie na faktach. Jeśli się czegoś tylko domyślam, ale nie mam dowodów, zaznaczam, że to moja interpretacja. Jednak, jak to bywa w reportażu, staram się poprzez język i konstrukcję opowieści przybliżyć czytelnikowi i te fakty, i bohaterów, którzy je tworzą. Stąd na przykład nieliczne dialogi, które są zabiegiem literackim, ale powstają w oparciu o źródła historyczne – dzienniki, wspomnienia, relacje. Bardzo lubię przypisy, ale staram się używać ich oszczędnie, bo wiem, że nie wszyscy podzielają mój entuzjazm. Głównie odnoszę się w nich do cytatów i cyfr.
Tu należałoby się zastanowić, na co może pozwolić sobie reportaż, który w moim przekonaniu jest literackim opisem faktów. Wańkowicz mówił, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby z pięciu osób zrobić jednego bohatera. Dla mnie to już jednak granica, za którą zaczyna się fikcja. Reporter ma opowiadać prawdę, ale chciałabym tak umieć pisać non-fiction, żeby czytało się ją jak powieść. Jednak przy takim założeniu trzeba bezustannie uważać, żeby za bardzo nie popłynąć w narracji, żeby język nie wyprowadził nas na manowce. Jeśli piszę, że po bombardowaniu na chodnikach odradza się purpurowa szałwia, to dlatego, że przeczytałam o niej w jakimś świadectwie. Nie wymyśliłam jej. Fakty są dla mnie najważniejsze. Ale czy mówienie czytelnikowi o szałwii, gdy giną ludzie, ma znaczenie dla historii? To kolejne pytanie. Tym razem o szczegół. Jestem zdania, że szczegóły są ważne dla całości obrazu. Uprawdopodabniają zdarzenia, skupiają uwagę na moment w innych miejscach, pozwalają na chwilę oddechu, bywa, że zadziwiają, są tym, co czytelnik zapamiętuje.
To był mój największy problem. Musiałam nieustannie dokonywać wyborów, co odrzucić, o czym na pewno trzeba napisać, a co jest istotne, ale musi ustąpić miejsca innym informacjom. Wyszłam z założenia, że przy tak dużym materiale źródłowym dobrze będzie, jeśli narracja zachowa chronologię wydarzeń, a ewentualne dygresje będą możliwie krótkie. Najpierw opracowałam kalendarium getta. Na kolejne wydarzenia nakładałam informacje z życia bohaterów odnoszące się do konkretnych dat, które zaczerpnęłam z ich zapisków, dzienników, wspomnień. Zaczęłam oczywiście od Ringelbluma, który od pierwszych dni wojny prowadził dziennik i był inicjatorem całego przedsięwzięcia. Potem włączałam w tok opowieści kolejne osoby – mniej więcej w takiej kolejności, w jakiej dołączały do pracy w Archiwum. Nie zawsze się to jednak udawało. Rachela Auerbach – jedna z głównych bohaterek – pojawia się w książce nieco wcześniej. Ringelblum najpierw poprosił ją o prowadzenie na terenie getta kuchni ludowej, a dopiero potem zaprosił do pracy z Oneg Szabat. Zapiski Racheli staną się kluczowe w dokumentowaniu codzienności getta. Rachela pisze językiem emocji i obrazami. To, co wychodzi spod jej pióra, to sceny niemal filmowe. I nie ma na świecie twardziela, który by nad tym filmem nie zapłakał.
Na pewno z Rachelą, która była ważnym świadkiem historii, tym bardziej że przeżyła wojnę i zagładę getta. Ale też z Nachumem Grzywaczem, któremu dedykuję książkę. Młody chłopak, zaledwie osiemnastoletni, razem z kolegą Dawidem Graberem i nauczycielem Izraelem Lichtensztajnem, tuż przed likwidacją getta ukrył Archiwum w piwnicy ich dawnej szkoły przy ulicy Nowolipki w Warszawie. I zanim zamknął wieko ostatniej skrzynki, wrzucił do środka kartkę, na której napisał: „Nie wiem czy uda mi się przeżyć, nie znam swojego losu. Pamiętajcie: nazywam się Nachum Grzywacz”. To wezwanie do pamięci o tym, kim byli, jakie nosili imiona twórcy Archiwum i jak wielkiego dzieła dokonali jest symboliczne i zawsze mnie wzrusza.
Lewin jest wyjątkowy, bo jego dziennik to właściwie jedyny w archiwum tak konsekwentny zapis codzienności w getcie. Ringelblum wszystko odnotowuje, ale inaczej – mniej emocjonalnie, z dystansem kronikarza i często bardzo skrótowo, bo miał nadzieję, że będzie czas rozwinąć to wszystko po wojnie. Lewin pisze z rozpaczą człowieka, który obserwuje koniec swojego świata. Traci żonę, Lubę, która zostaje wysłana do Treblinki, kolejnych przyjaciół, grunt pod nogami. To nie są notatki badacza, to krzyk. Jednocześnie Lewin nie przestaje obserwować i notować faktów. Podwójność jego zapisków – z jednej strony rozpacz, z drugiej dyscyplina opisu – jest czymś, do czego podchodzi się z najwyższą pokorą. Wyobrażam sobie, że Lewinowi nie przyświecał tylko kronikarski obowiązek. Pisanie było terapią w obliczu najwyższego zagrożenia. I także prośbą do potomnych o pamięć Zagłady.
Grupa Oneg Szabat, pracując nad projektem naukowym „Dwa i pół roku wojny”, mającym opisywać różne aspekty życia w getcie, wyznaczyła wiele tematów, które zamierzała opracować, uporządkować i wydać po wojnie. Na przykład: sytuacja dzieci żydowskich, ekonomia getta, handel, a także kobiety i ich rola w życiu gettowej społeczności. Słapakowa wzięła na siebie tę część zadania. Przeprowadziła rozmowy z siedemnastoma kobietami z różnych środowisk – były wśród nich inteligentki, kobiety z nizin społecznych, szmuglerki, handlarki, żony, młode dziewczyny, prostytutki. Dzięki tym rozmowom pokazała, jak żyły i jak walczyły kobiety w getcie o przetrwanie swoje i swoich rodzin. Udowodniła, że były bohaterkami codziennego gettowego życia. Że pozorny „upadek” – gdy któraś z nich sprzedawała swoje ciało, szmuglowała czy pracowała za grosze poniżej swoich kwalifikacji intelektualnych, żeby wyżywić rodzinę albo ratować niezdolnego do działania męża – był w istocie wielkim zwycięstwem, dowodem siły i zaradności życiowej. To, co zrobiła Cecylia, opisując historie tych kobiet ze zrozumieniem, bez pogardy i oceny, było ważne i piękne. Uderzył mnie kontrast pomiędzy jej zapiskami a tym, w jaki sposób o kobietach w getcie pisali niektórzy mężczyźni. Cecylia nadała kobietom podmiotowość, godność. A na przykład Szymon Huberband…
Tak, Huberband potępiał kobiety za „złe prowadzenie się”. Można go oczywiście usprawiedliwiać tym, że takie myślenie było wtedy pewnego rodzaju normą, ale nadal przykro się to czyta. Natomiast Ringelblum nie uczestniczył w dyskusji o „upadku żydowskiej kobiety”. Pisał o kobietach z podziwem i szacunkiem. Te odmienne opinie stanowią zresztą dobry przykład tego, jak różnorodne są źródła zachowane w Archiwum. Na tym właśnie zależało Ringelblumowi – żeby znalazły się w relacjach archiwistów różne opinie i stanowiska. I żeby Żydzi, którzy będą o sobie pisać, pisali prawdę.
Podążałam za Ringelblumem i archiwistami Oneg Szabat. Jak wspomniałam, oni chcieli pisać prawdę o sobie, niezależnie od tego, jaka była. Jak to ujął sekretarz Oneg Szabat, Hersz Wasser: „Zbyt wiele było w naszym życiu brylantowych serc i charakterów, byśmy się mieli wstydzić cieni”. Ringelblum zawsze namawiał swoich współpracowników, żeby nie ukrywali słabości, nie zatajali tego, jaka była społeczność żydowska czasów okupacji. Chodziło mu o to, żeby pokazać własne środowisko ze wszystkimi wadami i zaletami, bez cenzury. Dlatego w Archiwum znajdujemy relacje, w których autorzy nawzajem się krytykują. Lichtensztajn na przykład zarzucał kolegom, że nie podejmują walki, że nie idą na barykady, że wobec wszechobecnego mordu i śmierci zachowują się biernie. Menachem Mendel Kohn, skarbnik Oneg Szabat, pisał z kolei, że po wojnie należałoby ukarać wszystkich nieustannie siedzących przy biurkach za „zbrodnię obradowania”. Uważał, że należy działać, a nie w kółko dyskutować. Jest też opis przejmującej sceny: podczas „Wielkiej Akcji” eksterminacyjnej w getcie Kohn schodzi do kryjówki, w której są już jego przyjaciele. Nie jest tam jednak witany z radością, mimo że wcześniej wielu z tych ludzi mogło liczyć na jego wsparcie. Dobroczyńca całego getta nie znajduje ratunku wśród swoich najbliższych i czuje się zdradzony. Schronienie dadzą mu Grzywacz, Graber i Lichtensztajn, ale fakt, że Kohn musiał go szukać, jest bardzo bolesny. Ten epizod na długo ze mną został. Huberband wspominał o żydowskich donosicielach, których kiedyś „topiono w mykwach. A dzisiaj – pisał – nie wystarczyłoby mykw dla nich wszystkich”. Piszący oceniali więc swoje środowisko bardzo surowo i bez znieczulenia.
Tego właśnie chciał Ringelblum: pisać prawdę, nie koloryzować. Dlatego zgromadził wokół siebie tak różnorodną grupę – od nauczycieli, przez ekonomistów, literatów, po socjologów, społeczników, historyków, przedsiębiorców. Zależało mu na każdym doświadczeniu, na opisaniu każdego wycinka rzeczywistości. A przede wszystkim na tym, żeby relacjonować wydarzenia w czasie rzeczywistym. Tu i teraz. Bo potem przyjdą kolejne dni, a wraz z nimi nowe doświadczenia, być może jeszcze straszniejsze, które wyprą te starsze, a przecież równie ważne.
Ta książka, jak i wcześniejsze, to była terapia przez traumę. Latami unikałam tematyki Zagłady, w liceum czytałam tylko to, co było absolutnie konieczne. Ale kiedy już zagłębiłam się w temat, kiedy miałam odwagę do niego podejść, musiałam po prostu skupić się na pracy. Jasne, że były trudne momenty. Do dziś, kiedy na spotkaniach autorskich opowiadam historie moich bohaterów, łamie mi się głos. Nie da się przez to przejść „suchą stopą”, ale koszmary senne miewam już rzadziej niż kiedyś.
Podczas pisania książek o Ravensbrück zachowałam większy dystans. Tego zresztą wymagał temat – szczególnie „Naszej pani…”, gdzie antybohaterką była nazistka, stosunkowo przyzwoita wobec polskich więźniarek. Ale kiedy po publikacji „Radości soboty” po raz pierwszy zwrócono mi uwagę, że tym razem podczas lektury daje się wyczuć znacznie mniejszy dystans do opisywanej historii, pomyślałam, że to może dobrze. Powtarzamy przecież za Marianem Turskim przykazanie: „nie bądź obojętny”. Pisząc „Radość soboty”, zwolniłam siebie nie tyle z obowiązku obojętności, bo tej nigdy we mnie nie było, co z emocjonalnego wycofania. Tak jak wspomniałam, nie ma mocnych, którzy by nad tą historią nie zapłakali.
Trudno mi wybrać jeden opis, bo takich „wstrząsów” doświadczyłam bardzo wiele. Ale jednym z najbardziej przejmujących fragmentów był opis szopy cmentarnej, do której Rachela poszła szukać ciała swojego podopiecznego z kuchni ludowej, Abrahama Braksjmajera. Także wypracowania szkolne dzieci, mówiące o śmierci rodziców, o tym, że budzą się rano przy ich martwych ciałach. Opisy głodu, śmierci na ulicy, która przestaje kogokolwiek poruszać, wreszcie depresji Ringelbluma, który bardzo długo dzielnie się trzymał, ale w końcu on także stracił siłę do walki.
Zanim zaczęłam pisać, zrobiłam mały sondaż, czym było Archiwum Getta Warszawskiego, zwane Archiwum Ringelbluma. Wiele osób, szczególnie młodych, nigdy nie słyszało tej nazwy. Dla nich opowieść o Oneg Szabat będzie nowością. Dla kogoś, kto nie miał styczności z bardziej pogłębioną wiedzą o getcie, właściwie wszystkie historie mogą okazać się zaskakujące. Bo jaka jest ta „powszechna” wiedza o getcie? Że Żydzi żyli tam w bardzo trudnych warunkach, że doświadczyli okrucieństwa, że byli mordowani, że w większości zostali wywiezieni do Treblinki. Może jeszcze, że funkcjonował szmugiel pomiędzy „aryjską” częścią miasta a gettem. I, oczywiście, że na jego terenie wybuchło powstanie, o którym w dużej mierze wiedzę utrwaliła właśnie Krall.
Ci, którzy wiedzą o historii getta nieco więcej, znają zapewne nazwiska: Ringelblum, Lewin, Lichtensztajn. Ale już o wspaniałej postaci Menachema Mendla Kohna czy o Eliahu Gutkowskim przeważnie pisze się tylko w opracowaniach naukowych. Rachela Auerbach została przybliżona szerszej publiczności dzięki filmowi Roberty Grossman, który powstał na bazie książki Samuela Kassowa „Kto napisze naszą historię”, ale rzadko wspomina się, że była także znakomitą pisarką. Myślę więc, że także dla bardziej „zaawansowanych” w temacie czytelników to może być poszerzająca wiedzę lektura.
Po wojnie podkreślano, że działalność Ringelbluma i grupy Oneg Szabat była formą „intelektualnego oporu” wobec okupanta. Fakt prześladowania Żydów przez nazistów dobrze też wpisywał się w narrację potępienia Niemiec Zachodnich przez socjalistyczny PRL. Od razu po odnalezieniu pierwszej części przetłumaczono też wspomnienia Ringelbluma, choć ocenzurowano nieco sposób, w jaki pisał o stosunkach polsko-żydowskich. Narracja o tym, że Polacy byli okrutni wobec swoich żydowskich sąsiadów, nigdy się dobrze nie sprzedawała. Z biegiem lat tłumacze i badacze poprawili nieścisłości w tłumaczeniach. Całą niemal odnalezioną dokumentację przejęła od razu Centralna Żydowska Komisja Historyczna, a potem ŻIH, któremu nadano imię Emanuela Ringelbluma. Z drobnym wyjątkiem. Hersz Wasser, który pracował przy katalogowaniu zbiorów, rzeczywiście wysłał część dokumentów do Stanów Zjednoczonych. Podczas jednego z ostatnich spotkań w getcie archiwiści podjęli decyzję, że tam właśnie powinno trafić Archiwum. Wasser prawdopodobnie próbował wypełnić ostatnią wolę swoich zamordowanych przyjaciół. ŻIH odzyskał te dokumenty w formie kopii.
Rachela próbowała natomiast wydobyć z Archiwum swoje teksty w sposób oficjalny. Ocalała, a to oznaczało konfrontację z zapiskami powstającymi w sytuacji granicznej – ze świadomością nadchodzącej śmierci, często bardzo osobistymi i intymnymi – które nagle miały wejść do publicznego obiegu. Części tych zapisków nie udało jej się jednak odzyskać – zostały w Archiwum. Wyobrażam sobie, że to mogło być dla niej bardzo trudne.
Kiedy patrzy się na te bańki i skrzynki – a można je obejrzeć w ŻIH na wystawie stałej (jestem tam przewodnikiem, chętnie oprowadzę) – przychodzi refleksja, że ktoś to przecież fizycznie pakował, ktoś znosił te dokumenty, decydował, co zmieści się do tej samej skrzynki, a co do drugiej. Hersz Wasser znosił materiały, Lichtensztajn i jego uczniowie pakowali do skrzynek i zakopywali. To są konkretne ręce, plecy, pot, strach, że ktoś ich przyłapie. Fizyczny wysiłek, żeby ratować papierową pamięć. Archiwum przetrwało nie tylko dlatego, że ktoś je zdigitalizował, ale dlatego, że blacha i ziemia dały mu wystarczająco dobre schronienie.
Pisząc, starałam się tego nie zgubić, chciałam, żeby czytelnik poczuł tę materialność: odręczny charakter pisma, kruchość papieru, fakt, że niektóre dokumenty są nieczytelne, bo woda przedostała się do skrzynek. To wszystko jest równorzędną częścią tej opowieści.
W czasie pierwszych wykopalisk najprawdopodobniej na miejscu nie było fotografa. Wezwano go później, przyszedł, zgromadzeni ustawili się do zdjęć z materiałami. I świetnie, że to zrobiono – dzięki temu mamy jakąkolwiek dokumentację tamtego odkrycia. Niektóre fotografie wyglądają przecież, jakby były robione „tu i teraz”, a były pozowane. Archiwistom, którzy przeżyli wojnę i walczyli o odnalezienie dokumentów, należało się takie upamiętnienie.
Tego nie wiemy. Historycy skłaniają się raczej ku twierdzeniu, że trzeciej części nie ma, choć pewne znaki wskazywały, że może być inaczej. Ringelblum pisał na przykład w liście do przyjaciół, że skrzynek było dwadzieścia, a odnaleziono dziesięć. Pomylił się czy nie wiedział, że druga część została zakopana w bańkach? A może te dziesięć skrzynek jeszcze gdzieś jest? W jego zapiskach pojawiają się przecież wzmianki o dokumentach powstających w ramach Archiwum, których nigdy nie odnaleziono. Hersz proponował, żeby po odkryciu pierwszej części pod szkołą przy ulicy Nowolipki drugiej szukać przy ulicy Świętojerskiej. Odnaleziono tam fragmenty dziennika Szmuela Wintera, który także współpracował z Oneg Szabat. Osobiście nie przywiązuję do tego wielkiej wagi w kontekście poszukiwań reszty dokumentów, ponieważ Winter mieszkał nieopodal i tam został rozstrzelany, więc zwyczajnie mógł zgubić te kilka kartek, ale to znaczy, że Hersz nie wiedział, gdzie zakopano drugą część. Podczas wykopalisk w okolicy Świętojerskiej niczego jednak nie znaleziono, a jak się okazało kilka lat później, druga część była zakopana tuż obok pierwszej. Kiedy zakopywano tę drugą część Archiwum, członkowie Oneg Szabat mieli utrudniony kontakt ze sobą. Pracowali w oddzielonych drutem kolczastym szopach, przepływ informacji był już mocno zaburzony. Nie wszyscy o wszystkim wiedzieli.
No właśnie! Nie wyobrażam sobie radości, jaką przyniosłoby odnalezienie dziesięciu kolejnych skrzynek. Ale skłaniam się ku temu, co sugerują badaczki Zagłady Aleksandra Bańkowska i Agnieszka Haska: że trzeciej części po prostu nie było.
Nie. Piszę już tak dużo, że na prowadzenie dziennika po prostu nie wystarczyłoby mi siły. Myślę też, że dziś takie zapiski tracą na popularności, między innymi dlatego, że jesteśmy otoczeni ogromną ilością informacji – wiadomościami, zdjęciami, postami w internecie. W efekcie chyba zatraciliśmy umiejętność regularnego, skupionego pisania o bieżących wydarzeniach, brakuje nam cierpliwości i czasu na zapisywanie refleksji.
Tak jak mawiał Ringelblum: istotne jest spojrzenie na rzeczywistość każdego z nas. To, co nas otacza, widzimy inaczej, inaczej akcentujemy szczegóły, bo co innego nas dotyka. Ale jak wspomniałam – brakuje nam dzisiaj czasu i cierpliwości. W Archiwum Ringelbluma także to widać: niektóre dzienniki są krótkie – obejmują dwa miesiące, czasem rok. Nawet Rachela z trudem siadała do zapisków, z poczuciem, że nie ma słów na nazwanie tego, czego doświadcza. Tym bardziej jestem im wdzięczna, że napisali cokolwiek – i że to „cokolwiek” udało się ocalić.
W kilku przypadkach udało mi się tego „żalu” w porę uniknąć. Tuż przed zakończeniem pracy nad książką rozmawialiśmy z profesorem Grabowskim dla „Newsweeka” z okazji osiemdziesiątej rocznicy śmierci Ringelbluma. Oboje ubolewaliśmy, że nie wiadomo, kto wydał Niemcom kryjówkę „Krysia” na ulicy Grójeckiej, w której ukrywało się kilkudziesięciu Żydów, w tym Ringelblum wraz z żoną i synem. I wtedy zdarzył się mały cud. Napisał do mnie pan Adrian Sandak, historyk amator. W trakcie kwerend w IPN znalazł meldunek jednego dowódcy AK dla drugiego, z którego wynika, że bunkier na ulicy Grójeckiej wydał niejaki Marian Nowicki. Schwytano kilkudziesięciu Żydów i kilku Polaków, wszyscy zginęli. To musiała być „Krysia”. Zdążyłam dodać tę informację do książki. Potem przesłałam dokument profesorowi Grabowskiemu, a bieg sprawie nadał profesor Dariusz Libionka. Marian Nowicki, Polak, prawdopodobnie pracownik budowlany, okazał się zdrajcą. To przez niego zginął Ringelblum, jego rodzina i wiele innych osób. Przyczyny były przypuszczalnie finansowe. Skąd znał adres kryjówki? Może sam ją budował, nie wiadomo.
Jeśli jednak czegoś żałuję, to tego, że nie udało mi się porozmawiać z Leą, córką Wasserów. Próbowałam ją odnaleźć w Tel Awiwie, choć nie wiem nawet, czy jeszcze żyje. Poprosiłam znajomą, żeby pojechała pod jedyny adres, jaki znałam. Pojechała, nikogo nie zastała. Chwilę później wybuchła wojna i poszukiwania stały się niemożliwe. Miałam nadzieję, że polecę do Izraela, usiądziemy i porozmawiamy, że opowie mi o rodzicach, o Herszu i Blumie, jacy byli. Żałuję, że ani Hersz, ani Bluma właściwie niczego po wojnie o pracy Oneg Szabat nie napisali.
Jest mi bardzo przykro, że tak się dzieje. Pamięć o historii, o tym, jak cierpieli Żydzi w czasie wojny i jak wielkich czynów dokonała grupa Oneg Szabat powinna być niezależna od teraźniejszości. Jednocześnie nie rozumiem tych, którzy utożsamiają krytykę polityki Benjamina Netanjahu z antysemityzmem. Fakt, że nie podoba mi się rzeź cywilnych mieszkańców Gazy, nie czyni ze mnie antysemitki. Czy jest tak, że o współczesnych Izraelczykach możemy mówić tylko dobrze i nie mamy prawa do krytyki, bo ich przodkowie tak wiele wycierpieli? Dzieci nie odpowiadają za winy ojców, ale też nie mają prawa do ich zasług. Każdy pracuje na własny rachunek i wizerunek.