Moje „zadanie” może się w pierwszej chwili wydać dziwne. Są powstania, które się celebruje; które mimo iż kończą się śmiercią i unicestwieniem ciał tych, którzy powstali, nadal istnieją, nieustannie i na nowo się wydarzają, inspirują i „odskarlają” świat na wiele sposobów. Ale co powiedzieć o powstaniu Ziemi, zjawisku przez specjalistów w dziedzinie nauki o Ziemi określanym zwodniczo górnolotnym mianem „epoki geologicznej antropocenu”, podczas gdy inni wolą nazywać je „wtargnięciem Gai”, kapitałocenem lub – prościej i bardziej brutalnie – globalną zapaścią ekologiczną, a może końcem świata?
Kiedy Benjamin [Seroussi, dyrektor Casa do Povo w São Paulo – przyp. red.][1] zasugerował, żebym opowiedziała o „powstaniu planety”, byłam zachwycona. W końcu pocieszające jest myślenie o tym, co przeżywamy, jako o wielkim powstaniu Ziemi. To tak, jakby każda dotkliwa susza, każdy pożar lasu, każda gwałtowna burza czy ulewa albo samo przegrzanie planety, jakby każde z tych coraz bardziej ekstremalnych zdarzeń miało ostatecznie większy sens niż ten, jaki przypisujemy swoim małym żywotom czy nawet ludzkości, rodzajowi ludzkiemu jako takiemu. „Ponosimy konsekwencje tego, cośmy zasiali, ale powstanie z tego coś lepszego, może nie dla ludzi, ale, przy odrobinie szczęścia, dla innych gatunków. Ziemia, życie pojawi się na nowo”. Ale wtedy przypominamy sobie, że wiele innych gatunków właśnie wymiera; że rodzaj ludzki ma ponad dwieście tysięcy lat, a kapitalizm przemysłowy mniej niż dwa wieki; że antropocen zaczął się po wojnie, a zatem nie stoimy wobec nieuniknionego przeznaczenia. Przypominamy sobie, że większość przedstawicieli naszego gatunku, czyli ci, którzy jako pierwsi ponoszą najcięższe konsekwencje trwającej zapaści, a zarazem są na nie najmniej odporni – najmniej się do niej przyczynili, są najmniej winni. Jeśli więc mamy do czynienia z powstaniem planety, Ziemi czy nawet Gai przeciw rodzajowi ludzkiemu, to, jak się zdaje, nie ma tu czego celebrować.
Ale oczywiście to nie nasza planeta powstaje, ponieważ ona utrzyma swój trwający już miliardy lat kurs – nie na zawsze, ale na jeszcze bardzo długo; czy tu będziemy, czy nie. Jeśli chcemy wierzyć w powstanie przeciw przemocy i zniszczeniu – bo to powstania, małe i duże, napełniają nas wiarą – musimy najpierw zadać sobie pytanie: kto powstaje? A przede wszystkim: po której stronie jesteśmy my jako zbiorowości i jednostki? Po której stronie stawaliśmy i stajemy, po której stronie staniemy, gdy przyjdzie czas bronić społeczności stawiających opór temu ludowi (jakiejś Ludzkości), który chce mieć wyłączność na podtrzymywanie i ciągłe rozprzestrzenianie swojego sposobu życia i przywilejów?
No więc ten czas już nadszedł. Choć chcą, byśmy zwątpili, wiele ziem, wiele światów nigdy nie przestało powstawać. Każdą ziemię zamieszkuje jakiś lud i każdy lud, nawet wędrowny, potrzebuje ziemi, co jest bardzo różne od pragnienia posiadania ziemi, grodzenia jej i bycia jej jedynym właścicielem. Zresztą samą ziemię, glebę, tworzy wiele „ludów”: owadów, grzybów, bakterii, wirusów, roślin, ptaków, ssaków, także ludzi. Wszędzie są jakieś dusze i dlatego mówimy o powstaniach w liczbie mnogiej. Czarna ziemia Indian sama w sobie jest powstaniem albo wieloma powstaniami. Nasiona starych odmian są powstaniami. Niskie technologie są powstaniami. Dziś, dokładnie w tym momencie, stare i nowe ludy powstają w wielu miejscach i powodowane różnymi koniecznościami.
Jedną z nich jest ekobójstwo, konieczność być może najbardziej ekstremalna. Nie przypadkiem może stać się wkrótce zbrodnią międzynarodową ściśle powiązaną ze zbrodnią ludobójstwa. Ich bliskość stała się jasna w naszym kraju, gdy ujawniono niedawno ludobójstwo / ekobójstwo dokonywane na ludzie Yanomami, wspierane przez poprzedni rząd. Jednak nie pierwszy raz coś takiego dzieje się na ziemiach i w stosunku do ludu Yanomami i nie jest to obecnie odizolowany przypadek. Dlatego właśnie powstania różnych rdzennych ludów Brazylii stanowiły bodaj najważniejszy polityczny fakt oporu wobec polityki faszystowskiego rządu, której szkodliwy wpływ do dziś w brutalny sposób odczuwamy. Swoją drogą, dziewiętnasta edycja Obozu Wolnej Ziemi (Acampamento Terra Livre), największego zgromadzenia brazylijskich ludów i organizacji rdzennych, odbędzie się w przyszłym tygodniu[2] w Brasilii. Jest jednak wiele innych powstań. Okupacje Ruchu Robotników Rolnych Bez Ziemi (Movimento dos Trabalhadores Rurais Sem Terra – MST) i Ruchu Bezdomnych Pracowników (Movimento dos Trabalhadores Sem-Teto – MTST); ruch rolników-eksperymentatorów na rzecz współistnienia z warunkami półpustynnymi; kobiety przewodzące społecznościom w procesie transformacji agroekologicznej; społeczności quilombolas[3]; młodzi dla klimatu; kolektywy zbieraczek i zbieraczy śmieci, które zmieniają odpady produkcyjne w materiał produkcyjny; strajki zuberyzowanych dostawców; Strefy do Ochrony (Zonas a Defender – ZAD) i powstały niedawno we Francji ruch les Soulèvements de la Terre (Powstania Ziemi); zapatyści – którzy zresztą pod koniec roku będą obchodzić trzydziestą rocznicę własnego czynu powstańczego.
No i oczywiście intifada Palestyńczyków, którzy, tak jak Indianie i kobiety, nieustannie i każdego dnia powstają.
Dlaczego wspominamy i upamiętniamy powstanie takie, jak to w getcie warszawskim? Aby trwało i inspirowało innych – inne ludy, ale i nas samych, w innych miejscach i sytuacjach, do obrony innych ludów i zbiorowości, do stawiania wymagań, do zwalczania innych wrogów, innych sposobów zabijania i umierania. Zbiorowość, mniejszość powstaje, znalazłszy się w sytuacji ekstremalnej i nie do zniesienia lub gdy wyraźnie widzi przed sobą ogromne, skrajne zagrożenie: eksterminację, upadek nieba, ogień i błoto antropocenu. Katastrofę, Holokaust, Nakbę. Jakże często słyszymy ostatnio te słowa. Ekobójstwo, ludobójstwo. Przeciwko nim wszystkim wypowiadamy słowa: powstanie, mered, intifada.
Kto wie, w jakim świecie będziemy żyli za dwadzieścia lat, obchodząc setną rocznicę powstania w getcie warszawskim? Kim, jakim ludem będziemy? Po której stronie muru będziemy? Jakiej ziemi będziemy bronić? Myśląc o tych pytaniach, musimy powtarzać dzisiaj: „nigdy więcej!”.
Tekst został wygłoszony z okazji wydarzenia 80 anos de Levantes (80 lat powstań) w Casa do Povo w São Paulo 19 kwietnia 2023. Opublikowano go wówczas w n-1 edições. Publikujemy go w „CzasKultury.pl” dwa lata później, gdyż konteksty poruszane przez Danowski nie przestały być aktualne. Déborah Danowski dziękujemy za propozycję publikacji i zgodę na przedruk, a Ewie Domańskiej za pomoc w organizacji przedruku.
Autorka dziękuje Benjaminowi Seroussi, dyrektorowi Casa do Povo w São Paulo, za zaproszenie na wydarzenie 80 anos de Levantes.
Tłum. Dorota Kwinta, z okazji rezydencji Luizy Proença w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski.