Nr 18/2025 Na teraz

Zawsze w ruchu

Katarzyna Niedurny
Teatr

Po spektaklu „Trzask Prask” w warszawskim TR długo zastanawiałam się, czy nie powinnam napisać o nim dwóch osobnych tekstów. Uzasadniałyby to względy formalne: dziewiąta realizacja z cyklu Debiut TR-u oparta została na książce Mateusza Górniaka „Dwie powieści ruchu” i – podobnie jak jej literacki pierwowzór – składa się z dwóch odrębnych opowieści. Obie części spektaklu łączy temat wędrówki, rozumianej zarówno jako przemieszczanie się w przestrzeni, jak i jako podróż przez życie. Podobne są także styl i energia narracji, wykorzystującej rytm codziennego języka, pozbawionej spektakularnych zwrotów akcji (z jednym wyjątkiem) oraz wzbogacanej odrobiną (czasem rozrastającej się) dziwności i transowego rozedrgania. Mimo tego efekty reżyserskich decyzji – to z kolei uzasadnienie interpretacyjne dla pomnożenia tekstów – w obu częściach są inne: w pierwszej nie do końca działają, po to by w drugiej w pełni rozkwitnąć.

Gdybym swoją recenzję spektaklu Krzysztofa Zyguckiego ograniczyła tylko do jego pierwszej części, musiałabym ujawnić szereg wątpliwości. Dostrzegłabym ciekawe momenty, doceniła dobre aktorstwo, lekkość i naturalność w prowadzeniu dialogów (dramaturgia: Wera Markowskx) oraz reżyserską umiejętność budowania sytuacji i rytmicznego planowania poszczególnych scen. Nie mogłabym jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jedynie niespełnione obietnice: pączki pomysłów, które jeszcze nie zdążyły w pełni rozkwitnąć. Doceniając twórczą intuicję zespołu pracującego w TR, zaznaczałabym, że miejscami jeszcze gubi się ona pod ciężarem dramaturgicznych forteli, a wiele rozwiązań prowadzi donikąd, pozostawiając mnie z poczuciem, że spektakl jest przegadany i chaotyczny.

Finał wieńczący pierwszą część spektaklu wprowadza wyrazisty zwrot akcji, mający zaskoczyć widza. Niestety – zamiast wstrząsu doświadczyłam déjà vu. Tego rodzaju zakończenie, w którym przeżywane przez bohatera przygody okazują się jedynie efektem jego fantazji czy też snu, widzieliśmy już przecież niejeden raz, zarówno w filmie, teatrze; znamy je także z literatury. Gdybym zatem recenzowała spektakl Zyguckiego pozbawiony drugiej części, mój tekst pewnie kończyłaby konkluzja, że twórczyniom i twórcom nie wszystko tym razem wyszło, ale udało się im rozbudzić moją ciekawość. Z zainteresowaniem czekałabym na ich kolejne realizacje, zastanawiając się, co w przyszłości wyrośnie z tych obiecujących „pączków”.

Gdybym jednak miała skupić się na drugiej części spektaklu, moja recenzja wyglądałaby zupełnie inaczej – pisałabym o osiągniętej satysfakcji i wzruszeniu. Wyrażałabym radość z tego, że inscenizacyjne pomysły rozkwitły i celnie wybrzmiały, a konsekwencja osób realizujących spektakl pozwoliła na klarowne i przemyślane przedstawienie artystycznej wizji. Druga opowieść jest urocza i poruszająca. To historia dziewczyny, która boi się zatrzymać w jednym miejscu – mówi o lęku przed byciem zbyt długo „gdzieś” i z kimś, a już najbardziej ze sobą. Jej ciągły ruch, prowokowanie zmian oraz nieustanne inicjowanie nowych początków wiąże się z pragnieniem wolności, choć jej wrażenie może być złudne. Niezdarne, często niezręczne relacje, choć wynikają z przypadków i pomyłek, z czasem okazują się bardziej prawdziwe i ważniejsze niż te starannie zaplanowane. Wszystko to pozwalałoby mi docenić spektakl, który opisałabym jako czuły i subtelny; z wyraźną nutą humoru, ale i ukrytej rozpaczy.

Na dwie części „Trzask Prask” wypada jednak patrzeć w całości – obie składają się na spektakl wyreżyserowany przez Zyguckiego. Dlatego piszę tylko jedną – tę – recenzję spektaklu.

W drodze i wewnątrz

Sceniczna opowieść o wędrówce, potrzebie zmiany i zerwaniu z dotychczasowym życiem maskuje próbę ucieczki przed problemami i odpowiedzialnością. Na nagraniach wideo aktorzy odpowiadają na pytania: czym jest wyjście z domu bez zamiaru powrotu?; jakie uczucia towarzyszą decyzji o tak radykalnej zmianie?; co oznacza pojęcie „bycie w drodze”? Wątki podróżnicze podkreśla scenografia Julii Furdyny i Zofii Tomalskiej. Na scenie rozrzucone są części auta. W oczy rzucają się samochodowe fotele, które w trakcie spektaklu pełnią wiele różnych funkcji, raz imitując będący w ruchu samochód, innym razem – zwykłe meble.

Pierwszą część spektaklu otwiera nagranie, na którym aktorzy dzielą między siebie role, które będą odgrywać. Postać Jana Dravnela, który zostaje obsadzony jako Mężczyzna z Kamerą, funkcjonuje na kilku poziomach: jest nie tylko uczestnikiem scenicznych wydarzeń, ale także ich narratorem. Monika Frajczyk wciela się w Piratkę, a Inga Chmurzyńska w jej dziewczynę, Małą. Damian Sosnowski to grający na gitarze Fura. Filip Zaręba zostaje wybrany na głównego bohatera: to człowiek, który pewnego dnia postanowił opuścić dom i już nigdy do niego nie wrócić. O jego motywacjach wiemy niewiele – zdradza jedynie, że chce zbudować chatę w lesie, ale odmawia komentarzy odnoszących się do innych spraw.

Grana przez Zarębę postać konstruowana jest w oparciu o archetypy – wydaje się żywcem wyjęta z kina drogi albo innych narracji o samotnym wędrowcu. Nietrudno dostrzec tu echa podróży bohatera, która opisana została przez Josepha Campbella – amerykańskiego religioznawcę zajmującego się konstrukcją mitów. Protagonista to outsider, który porzuca swój świat, by wyruszyć w nieznane. To postać zamknięta w sobie, milcząca, enigmatyczna. Jej wizerunek tworzony jest w głównej mierze przez Mężczyznę z Kamerą. Prowadzona przez niego narracja podrzuca tropy interpretacyjne, sugeruje znaczenia, wypełnia pojawiające się luki. Sam bohater wybiera milczenie, które jest także warunkiem, stawianym innym: w jego samochodzie znajdzie się miejsce dla innych postaci (autostopowiczek Piratki i Małej) tylko pod warunkiem, że nie będą mu zadawały żadnych pytań.

Spektakl balansuje pomiędzy stylistyką zbliżoną do codzienności a transowym rozedrganiem teatralnych obrazów; pomiędzy realizmem a celową dziwnością. W pierwszej części dominuje odrealnienie – świat przedstawiony zdaje się rządzić własną, wewnętrzną logiką. Szczególnie wyraźnie widać to w postaci Piratki, która przerywa swoje wypowiedzi dziwnymi dźwiękami, nagle zmienia ton i posługuje się przerysowaną gestykulacją, jakby testowała granice ekspresji. Styl gry Frajczyk, przejmowany przez inne osoby aktorskie, jest technicznie znakomity, precyzyjny i początkowo fascynujący w odbiorze. Jednak z czasem pojawia się pytanie, czemu właściwie te środki mają służyć. Jaką funkcję pełnią w opowieści? Jaki świat pomagają zbudować na scenie?

Początkowo intrygująca i efektowna forma z czasem zaczyna męczyć. Podobne wrażenie prowokują dialogi, snujące się w rytmie przypadkowych rozważań, myśli i wspomnień. Przypominają rozmowy prowadzone o świcie, po długiej imprezowej nocy, które ważne wydają się tylko dla ich uczestników, ale obserwowane z zewnątrz wydają się banalne i pozbawione celu. Osłabia to dramaturgiczne napięcie. Sceniczna opowieść zatraca fabularność, stając się jedynie zapisem obecności. Być może to celowy zabieg, ale jego efekt nie zawsze jest interesujący – zanika ostrość prezentacji, a refleksja gubi się w dygresjach.

Choć bohater od samego początku odmawia wyjaśnień – nie mówi, co skłoniło go do wyjścia z domu ani dlaczego nie zamierza do niego wrócić – wiemy, co się święci. Intuicja teatralnej widzki podpowiada, że uporczywe milczenie postaci zwykle zwiastuje przełomowy monolog. I rzeczywiście, kulminacyjna scena prezentuje rozmowę bohatera z jego wewnętrznym potworem: może to depresja, może głęboki smutek, może uosobienie lęku przed światem i sobą samym. Pozorowany dialog ujawnia, że bohater nigdzie nie wyruszył. Od tygodni przebywa głównie w łóżku, a jeśli wychodzi, to tylko do najbliższej Żabki – po hot dogi. Leżąc, jakby w zawieszeniu własnego życia, ogląda filmy drogi, tworzące mitologię wędrówki, wolności, przekraczania granic. Jego podróż odbywa się w świecie wyobrażonym: we śnie, w marzeniu, w fantazji.

W kulminacyjnym momencie bohater decyduje się zabić zamieszkującego go potwora i – czego także łatwo się domyślić – popełnia samobójstwo. Również w tej scenie, najważniejszej z perspektywy konstrukcji całego spektaklu, coś nie działa. To najmniej przekonujący moment przedstawienia. Intencja jest jasna, temat poważny, emocje wysokie, ale forma prezentacji nie unosi ich ciężaru. Czegoś zabrakło. Zamiast wstrząsu i poruszenia zostaje niedosyt.

fot. Adrian Lach

Non stop

Zamknięcie jednej historii otwiera drugą, łączącą się z nią tematem, ale nie fabułą – aktorzy przechodzą płynnie w nowe role, a świat sceniczny ulega przekształceniu. Rolę głównej bohaterki przejmuje Inga Chmurzyńska, grająca młodą dziewczynę, która cały czas jest w ruchu. Nie potrafi się zatrzymać: chodzi po mieście, odwiedza znajomych, załatwia sprawy, wpada na imprezy, ale nie wraca do domu. I tym razem na początku nie wiemy, jakie są jej motywacje. Właściwie nie wiemy nawet, że z jej aktywnością coś jest nie tak; widz może jedynie się tego domyślać. Sceny spotkań, rozmów i mikroprzygód składają się w obraz pozornie zwykłego dnia. Bohaterka odwiedza chorą koleżankę (Monika Frajczyk), potem spotyka znajomego, a może potencjalnego partnera (Damian Sosnowski), z którym je ciastka i idzie na basen. Pożycza od kogoś głośnik, który podobno jest jej bardzo potrzebny, choć nie wiadomo dokładnie do czego. Trafia na byłego chłopaka (Filip Zaręba), a potem jeszcze impreza i znowu: koleżanka, kolejne rozmowy, kolejne miejsca.

Na osi „dziwność–normalność” ta część spektaklu zdecydowanie przesuwa się w stronę znanego nam świata. Niby nic się nie dzieje – ot, zwykły dzień wypełniony przypadkowymi zdarzeniami. A jednak w tej zwyczajności udaje się uchwycić szczególny rodzaj niepewności, napięcia, determinacji. Ruch dziewczyny nie wynika z tego, co ma do zrobienia. To forma ucieczki przed czymś, co mogłoby ją dosięgnąć, gdyby trafiła do domu, zatrzymała się, odczuła samotność. To, co na pierwszy rzut oka wygląda jak pełna życia spontaniczność, z czasem okazuje się próbą zagłuszenia czegoś. Jednak w tej opowieści nie brakuje także momentów pozytywnych – pojawia się śmiech, wzruszenie, bliskość. W przypadkowym spotkaniu z byłym chłopakiem pojawia się nagły przypływ czułości. Takich scen – krótkich, niespektakularnych, ale poruszających i niezwykle treściwych – jest tu więcej.

Dynamika opowieści zostaje złagodzona, a oparcia dla prezentacji nie stanowi już wyszukana estetyka, tylko rozpoznanie pozornie zwykłych uczuć. W niewyróżniającej się niczym rozmowie bohaterka wyznaje, że nie wraca do domu, bo czeka tam na nią jej własny smutek. Nie jest to wielkie wyznanie, będące znakiem dramatycznego zwrotu akcji. Rzucone mimochodem kilka zdań wyjaśnia wiele, choć nie wszystko. To właśnie ten fragment pomaga nam lepiej zrozumieć bohaterkę – jej lęki, wewnętrzne rozdarcie i przyczynę ciągłego uciekania.

W międzyczasie pojawia się nawiązanie do tytułu spektaklu – bohaterka wspomina o trzaskach i pęknięciach, które słyszy w swojej głowie. Nie wyjaśnia, co one oznaczają, ale możemy domyślać się, że to nagłe, niepokojące myśli, które pojawiają się niespodziewanie i bez wyraźnego powodu, dezorientując ją i wprowadzając napięcie.

Fabuła czasem wikła się, a spektakl staje mniej przejrzysty, a nawet nużący. Gra aktorska jest jednak na bardzo wysokim poziomie, co pozwala na wygrywanie wielu niuansów. Nie mam na myśli jedynie pojedynczych ról, lecz coś znacznie bardziej wartościowego: cała grupa zaangażowanych aktorek i aktorów działa w sposób spójny i konsekwentny, w podobnym stylu. Mimo obecności dwojga studentów AST i aktora gościnnego obsada tworzy zgrany zespół, a równocześnie udaje się zachować wyraźne, indywidualne rysy każdej postaci.

Niedostatki i rozkwit

„Trzask Prask” to spektakl, który sam przypomina wędrówkę – jest jak szlak, złożony z odcinków o różnej atrakcyjności i jakości. W pierwszej części pomysły dopiero się rodzą i nie zawsze dojrzewają: efektowne środki, ciekawie wymyślone role czy formalne gry z widzem często intrygują tylko na chwilę, nie służąc budowaniu opowieści. Mam wrażenie, że twórcy szukali tu i testowali różne rozwiązania, ale nie znaleźli jeszcze tonacji, w której ich pomysły mogłyby wybrzmieć najpełniej.

Tym większe zaskoczenie przynosi część druga. Nagle te same elementy – rytm potocznych rozmów, uważność aktorów, lekkość, a zarazem delikatna melancholia wyczuwane w zachowaniu postaci – zaczynają działać. Wyraźniejszy staje się cel opowieści, a jej kolejne sceny nabierają emocjonalnego ciężaru, nie tracąc przy tym wdzięku codzienności. Znika teatralna maniera, pojawia się ciepło, subtelny humor i coś, co można nazwać prawdą postaci.

Dzięki pozostawieniu pierwszej części niewygładzoną, druga partia „Trzask Prask” wybrzmiewa mocniej, a z niepewnych gestów wyrasta coś spójnego i pięknego. To zestawienie niedostatków z pełnym rozkwitem staje się najmocniejszym argumentem na rzecz spektaklu zrealizowanego na scenie TR. Jego twórcy i twórczynie są w drodze, ale potrafią wskazać, dokąd ich ona prowadzi.

Mateusz Górniak
„Trzask Prask”

Reżyseria: Krzysztof Zygucki
Dramaturgia, adaptacja: Wera Makowskx

Scenografia, kostiumy, wideo, reżyseria światła: Julia Furdyna, Zofia Tomalska
Muzyka: Joanna Szczęsnowicz
Choreografia: Magdalena Kawecka
Asystentka reżysera: Alicja Zalewska

TR Warszawa
Premiera 27.06.2025