W „Moby Dicku” mieszkają ludzie prowadzący dziwne życie. Niektórzy przed czymś uciekają, inni za czymś tęsknią. Opłakują przeszłość albo drżą przed przyszłością. Są outsiderami, wyrzutkami, opętanymi, uchodźcami, samotnikami, więźniami.
(opis z materiałów promujących spektakl, tłumaczenie autora)
Zobaczyć Roberta Wilsona na żywo, zanim umrze – taka myśl prześladowała mnie od pewnego czasu. Podświadomość szeptała: nie udało ci się z Peterem Brookiem, nie zawal tym razem. Dobrze, nie zawalę – odpowiadałem sobie z narastającym przeświadczeniem, że nie będę spełniony, jeśli nie zobaczę na żywo tego klasyka współczesnej awangardy światowego teatru. Kiedy się dowiedziałem, że osiemdziesięciotrzyletni Wilson wystawia w Düsseldorfie „Moby Dicka” według Hermana Melville’a, wiedziałem, że lepszej okazji może już nie być.
Falujące kształty imponującej architektury teatru Düsseldorfer Schauspielhaus potocznie zwanego D’haus wpływają na jego otoczenie. Biel elewacji budynku łagodzi napór szkła i aluminium sąsiadujących gmachów. Wielka, jasna postura gmachu może z powodzeniem stanowić alegorię gigantycznego kaszalota, za którym pościg toczy załoga statku wielorybniczego Pequod w powieści Melville’a. To właściwe miejsce dla wysublimowanej estetyki amerykańskiej legendy teatru – podpowiadał mi lekko podniecony głos, sprawca mojej obecności w D’haus – przyczółek elegancji i nienachalnej sterylności.
Spektakl jest dwujęzyczny: dialogi prowadzone są w nieznanej mi niemczyźnie, ale piosenki – napisane i skomponowane przez stałą współpracowniczkę Wilsona, Brytyjkę Annę Calvi – śpiewane w języku Szekspira. W dniu, w którym znalazłem się na widowni, dialogi nie były tłumaczone na angielski, choć zdarza się, że są wyświetlane podczas wyselekcjonowanych spektakli. Może to lepiej – pocieszał znany mi głos – zamiast rozpraszać się pomiędzy tym, co na scenie, a wyświetlanym tekstem, skupisz się na formie, świetle i estetycznych detalach, które z taką skrupulatnością dopracowuje podobno Wilson. Tyle wiem: reżyser, precyzyjnie kontrolując oświetlenie, buduje przestrzenie ze skrupulatnie zaprojektowanych, stonowanych gradientów oraz nasyconych kolorów.
Spektakl trwa około stu minut. Ten czas wystarczy Wilsonowi do zreinterpretowania obszernej, wielowątkowej, XIX-wiecznej powieści i stworzenia na jej podstawie teatralnego dramatu złożonego z dwudziestu scen.
W audytorium wita widzów kilkumetrowy wieloryb spoglądający z kurtyny. Nie jestem pewien, czy to powidok wielkiego Lewiatana, którego, w scenie rozpoczynającej powieść, Izmael wyobraża sobie, patrząc na obraz w Oberży pod Wielorybnikiem, ale mam nieodparte wrażenie, że ssak uśmiecha się do nas z dyskretną ironią. Czyżby wieloryb naigrawał się z grożącego mu niebezpieczeństwem, powątpiewając, że kiedykolwiek może umrzeć śmiertelnie zraniony harpunem? Czy to przypadkiem nie alter ego Wilsona wołającego: to ja jestem Mobym Dickiem – samotnym, niepokonanym artystą w pełnym niebezpieczeństw i piękna oceanie?
Zestawienie z oryginalnym tekstem od samego początku ujawnia zmiany dokonane przez Wilsona. Narratorem nadal pozostaje Izmael, lecz tym razem nie jest prezentowany jako żądny przygód i pracy młodzian, tylko jako starzec opowiadający historię swojej młodości nieobecnemu w powieści wnukowi, nazywanemu po prostu Chłopcem (The Boy). Swojego artystycznego kunsztu i przepięknego falsetu postaci tej użyczył etatowy aktor i śpiewak Wilsona, Christopher Nell. Chłopiec zdaje się współuczestnikiem wspomnień, pełniąc także funkcję emocjonalnego przewodnika prezentowanej opowieści. Ten zabieg wprowadza ramę narracyjną, przesuwając nacisk z osobistego doświadczenia na wspomnienie o nim.
Historia jest prosta: młody Izmael zaciąga się na statek wielorybniczy dowodzony przez kapitana Ahaba, z finezją granego przez inną stałą współpracowniczkę Wilsona, Rosę Enskat. Ahab – opętany pragnieniem upolowania białego kaszalota, który kiedyś oderwał mu połowę nogi – ściga zwierzę na morzach całego świata. Akcja spektaklu do pewnego momentu toczy się zgodnie z fabułą powieści: kiedy pierwszy oficer Starbuck (Heiko Raulin), a chwilę później cała załoga odkrywają obsesję kapitana, dochodzi do konfrontacji pomiędzy postaciami, jednak wielorybnicy, po długich poszukiwaniach, odnajdują Moby Dicka. Potyczka z wielorybem prowadzi do zatopienia statku, lecz nie do śmierci marynarzy. Dodany wątek Chłopca narzuca sposób postrzegania wydarzeń przez pryzmat dziecięcej wrażliwości. Wnuk Izmaela nudzi się podczas kazania ojca Mapple, śpiewa wielorybowi piosenkę („Wanderlust” Paula McCartneya), pochyla się nad niedolą chłopca okrętowego Pita i dziwi się kolorem skóry Moby Dicka. Wtręty narracyjne uruchamiają Cienie – przemykające w mroku postacie pojawiają się w przesmyku utworzonym pomiędzy światłem a obrazem wideo.
Bohaterowie, jak w większości dramatów Wilsona, są wyraziście ucharakteryzowani: mają kontrastowe białe makijaże z czarnymi liniami podkreślającymi oczy. Ich odrealnione twarze wyglądają jak żywe rzeźby, symbole graficzne wycięte z malarskiego płótna lub komiksowej planszy. Stroje o uproszczonych liniach kontrastują z tłem lub całkowicie się w nie wtapiają. Ruchy ciała są wydłużone, odrealnione, często uruchamiane lub taktowane dźwiękiem.
Czarno-białe, pełne marynistycznego nastroju ilustracje wizualne pogłębiają dramatyzm poszczególnych scen. Groźny, wypływający z otchłani kaszalot (inny niż ten spoglądający z kurtyny), monstrualnej wielkości mewy lodowe, rozbijające się o brzeg sztormowe fale – o tym opowiadają prace wideo przygotowane przez polskiego artystę Tomasza Jeziorskiego. Uwaga, z powały zjeżdża dom – niepokoi się coraz bardziej napastliwy głos. To nie dom – to iluminowana makieta, replika domu z Sunset Hill na wyspie Nantucket opisywanego w powieści Melville’a. Jeden z majstersztyków scenograficznych zaprojektowanych przez Wilsona, wykonany z wykorzystaniem dwuwymiarowej iluzji optycznej. Dla tego teatralnego guru światło jest medium służącym do intensyfikowania ciemności. Jak sam precyzuje: „światło powinno być aktywnym elementem dramatu”. Spektakl dość wiernie odtwarza podstawową strukturę fabularną i główne motywy powieści: obsesję, szaleństwo, samotność, śmierć i próbę zrozumienia niepoznawalnego. Pomija jednak potyczki z innymi wielorybami, religijne rozważania i wybrane dygresje filozoficzne. Ukazuje Ahaba jako postać tragiczną, a Starbucka prezentuje jako głos rozsądku. Wilson pochyla się refleksyjnie nad tematem izolacji bohaterów i nad ich marzeniami. Wszystkie sceniczny zanurzone są w alt-popowej czy wręcz rockowej estetyce dźwięków i atrakcyjnych dla ucha, skandowanych w wielogłosie wokalizach stworzonych przez Calvi.
W kulminacyjnej scenie Wilson nie uśmierca bohaterów spektaklu jak Melville. W hollywoodzkim stylu wspaniałomyślnie daruje im życie. Śmierć załogi statku w powieści jest metaforą kary za pychę i obsesję kapitana Ahaba; Melville krytykuje ideę dominacji człowieka nad naturą. Robert Wilson zaś świadomie rezygnuje z katastrofy: marynarze nie giną na oczach widza, nie ma zamykającego aktu destrukcji statku, nie ma też ocalonego Izmaela w roli świadka katastrofy. Zamiast tego postaci trwają w niekończącym się ruchu scenicznym powtarzalne jak oceaniczne fale. U Wilsona brak śmierci to trwanie; nie chodzi mu o los jednej załogi, ale o niekończący się rytuał człowieka wobec absolutu.
Robert Wilson przekłada powieść Melville’a na język współczesnego teatru wizualnego, redukując tekst do metafory, a narrację do obrazu, dźwięku i ruchu. Jego „Moby Dick” nie opowiada linearnej historii. Jest raczej sposobem na kontemplację stanów emocjonalnych.
Reżyser nie tyle inscenizuje powieść Melville’a, ile tworzy na jej podstawie autonomiczne dzieło. Jego spektakl wzbogaca klasyczną prozę o tony bajkowe i refleksyjne. Zacierając granice pomiędzy scenografią, ruchem i muzyką, udowadnia, że teatr to medium totalne.
Jego teatr nie opowiada o psychologicznej głębi jednostki. Reżyser buduje wielowymiarowość postaci, opierając się na świetle, ruchu, rytmie, dźwięku i kontekście wizualnym, pozostawiając rozpoznanie psychologiczne bohaterów spektaklu widzowi. Widz, oglądając spektakl, może, lecz nie musi, sam dopisać sobie te znaczenia.
Kurtyna opada. Po wypełnieniu własnej idée fixe ukontentowany, siedząc w wygodnym fotelu teatru D’haus, zastanawiam się, co czuję po zaliczeniu pierwszego Wilsona. Teraz rozumiem, że obejrzenie na żywo spektaklu mistrza to spotkanie z unikatowym światem, którego nie zreplikuje żadna recenzja ani film wideo. Podobno nie trzeba widzieć zbyt wielu Wilsonów, by zrozumieć, czym jest jego teatr – wystarczy jeden, dobrze trafiony. „Moby Dick” jest szczególnym tytułem – wielkim freskiem o nieuchwytności, obsesji i sensie istnienia, czyli o tym, czym tak naprawdę jest teatr Roberta Wilsona. Ponad moimi myślami unosi się gromka, kilkunastominutowa owacja zachwyconej publiczności; wsłuchując się w nią, czułem się jak kapitan Ahab, którego życiowym celem było zobaczenie Moby Dicka na żywo, zanim umrze. Był 9 czerwca. Niespełna dwa miesiące później, 31 lipca, Robert Wilson zmarł w wieku 83 lat, pozostawiając po sobie wspomnienie legendarnych spektakli. Wielu z nich nikt już nigdy nie zobaczy.
Specjalne podziękowania dla Sabiny Krauze i Jurija Rahn za pomoc organizacyjną i dobre serce.