Nr 7/2021 Na teraz

Wmyślane w doświadczenie

Andrzej W. Nowak
Literatura

Filozofowie mają tendencję do okazywania braku szacunku względem doświadczenia. Spędzają zbyt wiele czasu na łąkach spekulacji, koncentrują się zbyt mocno na rekonstrukcji zmarłych klasyków, by respektować cichy głos, którym przemawia „teren”. Jednak bywa, że antropolodzy – specjaliści od terenu – popełniają błąd symetryczny, i w swym zawierzeniu terenowi stają się bezkrytyczni. To często niebezpieczne; zderzyłem się z tym, zbierając materiały do książki o kontrowersjach społeczno-naukowych (medycznych). Gdy badasz ruchy antyszczepionkowe czy osoby stosujące homeopatię, nie możesz powtarzać narracji członków tych ruchów i traktować ich jako miarodajne opowieści o świecie. Owszem, warto zrekonstruować poglądy badanych grup, tyle tylko, że one mogą nie mieć nic wspólnego z empirią. Należy dokonać wysiłku skonfrontowania tych poglądów z wiedzą ze źródeł innych niż teren. Ta oczywista obserwacja wielu umyka. Zakładam też, że gdybym zamiast „antyszczepionkowcy” napisał „antysemici”, to sprawa byłaby jaśniejsza – raczej większość antropologów nie kolportowałaby antysemickich poglądów jako miarodajnego „głosu” o randze źródła naukowego.

Słuchanie terenu, wczytywanie się w doświadczenie nie jest łatwe – wymaga dyscypliny, koncentracji. Okazuje się jeszcze trudniejsze, gdy dotyczy autoetnografii. Tu jeszcze łatwiej o potknięcia, bezkrytyczność, brak reżimu. W filozofii takimi pułapkami najeżona jest fenomenologia. Zbyt często postulat wsłuchiwania się w to, co „mówią rzeczy same”, kończy się nieznośnym nacyzmem przykrywającym banalne obserwacje. Rzadko zdarzają się książki, które wmyślenie w teren i doświadczenie łączą ze zdyscyplinowanym namysłem filozoficznym tak doskonale, jak „Szczeliny istnienia” zmarłej niedawno Jolanty Brach-Czainy. Brach-Czaina w swoistej etnograficzno-filozoficznej archeologii codzienności zdejmowała, warstwa poza warstwie, błony izolujące ją od doświadczenia – aż dotarła do możliwości obejrzenia świata dzięki zawieszeniu samozrozumiałej oczywistości, w jakiej zwykle się nam on jawi. To właśnie epoche – Święty Graal poszukiwań fenomenologicznych – w wersji Heideggera chodzi o skomplikowaną filozoficzną wyprawę, by ujrzeć to, co najbliżej. Podobnie Latour, gdy opisuje swoje doświadczenie „epifanii w Citroenie”, konstruuje złożony aparat po to, aby uchwycić doświadczenie tego, co-tu-i-teraz, co egzystencjalnie najbliższe.

„Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” Aleksandry Zbroi podąża tą drogą. Choć bezpośrednie odwołanie do Brach-Czainy pojawia się w książce tylko raz, na poziomie konstrukcji jest to podobnie zdyscyplinowana myślowo archeologia doświadczania codzienności. Zadanie pisarskie było tym trudniejsze, że – jak informuje podtytuł – opisywana jest patocodzienność, doświadczenie życia (współ)pochłoniętego przez chorobę alkoholową.

Zbroja rozpoczyna swą opowieść od końca – od informacji o śmierci ojca, tytułowego Mireczka. Następnie zdziera, niczym pasy tapety czy plastry, kolejne płaty pamięci. Dzięki temu odsłaniają się poplamione obszary doświadczenia. Kolejne migawki, zbliżenia odnotowują coraz odleglejszą przeszłość, w którą się udajemy. Ta odwrócona czasowość – zabieg retrospekcji, ugruntowany pośród pisarskich narzędzi – dobrze współgra z fenomenologią życia w chorobie alkoholowej, jej nieliniowością, rozpadem czasu. Dopiero wraz ze śmiercią pojawia się coś stabilnego.

Zbroja, niczym wytrawna reporterka, notuje szczegóły, konkrety z survivalowego życia dziecka, które dorasta w domu, gdzie patologicznie piją oboje rodzice. Autorka rekonstruuje świat życia i zaludniającego go (bez)sensu życia, pochłanianego przez uzależnienie ojca i matki (oraz pojawiającego się później, gdzieś w tle, także jednego z dziadków). Mireczek-ojciec jest główną osnową tej autoetnograficznej wyprawy, ale Zbroja nie zatrzymuje się na nim. Opowieść trzyma się terenu i autorka zmierza za Mireczkiem tam, gdzie chadzał i gdzie rozlewała się alkoholowa breja. Dzięki temu nie tylko rekonstruuje fragmentaryczne kłącza i odnogi biografii swego ojca, ale równolegle odsłania zarys naszej polskiej alkoholowej Atlantydy. Mireczek jest przez Zbroję kreślony wraz z tłem – opowieścią o wsi, PRL-owskim awansie, smucie lat 90., otchłani emigracji. Mocą jej opowieści jest całościowość utkana na konkretach. Rekonstrukcja życia dziecka DDA spleciona jest z historią (nie tylko alkoholową) ostatnich kilkudziesięciu lat. Opowieść o ojcu z rekonstrukcją świata, z którym się biograficznie (roz)plątał.

„Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” to autoetnografia zdyscyplinowana. Zbroja zaskakuje ilością obserwacji, szczegółów (pewnie przydatne okazało się prowadzenie dziennika). Uderza jej wrażliwość na etnograficzny konkret, uchwycenie „prawdy czasu” – to najbardziej „brachczainowy” wymiar książki. Równocześnie dostrzegamy, że autorka nie wierzy ani w swoją pamięć, ani w zapamiętane opowieści ojca. Szuka, dzwoni, pisze, próbuje skonfrontować ojcowskie konfabulacje, zapełnić palimpsesty. Uczy się przy tym o ojcu tego, czego nie mogła poznać ze względu na jego nieobecność. Nim więc wojsko, zakłady blacharskie, wędrówki przez imigracyjne kręgi piekła okażą się częścią jej współdoświadczenia, wbudują się w rekonstruowaną współbiografię, stanowią najpierw – jako że są splecione z alkoholowymi konfabulacjami ojca – puste, białe plamy wymagające zapełnienia. Alkoholowe życie nigdy nie jest „gdzieś”, zawsze odbywa się w zawieszonym „gdyby”, „mógłbym”, „planuję”. Stąd i Zbroja nigdy nie może być pewna, co jest jej doświadczeniem, co doświadczeniem ojca, a co sugestywną opowieścią. Czy ojciec był w Afganistanie? Co robił w Anglii? Gdzie znikał? Aby choć trochę zmniejszyć do końca nieusuwalną niepewność, autorka czerpie nie tylko z doświadczenia pamięci swej i bliskich, ale splata je z procesem autoedukacji w „alkohologii”. Staje się ekspertką, czyta „Problemy alkoholizmu”, studiuje literaturę fachową. Przesiewa doświadczenie przez sito wiedzy specjalistycznej, równocześnie konfrontując moc wyjaśniającą tej ostatniej. Opisuje też swoją własną terapię.

Opowieść Zbroi jest bezprecedensowa z kilku powodów. Po pierwsze, jest opowieścią „drugiej strony” – osoby współuzależnionej, której biografia została ukształtowana przez alkoholizm bliskich. Zdecydowanie częściej spotykamy opowieści pisane z wnętrza doświadczenia osób uzależnionych. W narracji Zbroi szczególnie przejmujący jest opis technik przetrwania, a zatem wykrywania nadchodzącego picia. Młoda Ola jest jak Rambo: czujna, zaprawiona w domowej partyzantce, nastawiona na przetrwanie. Mistrzyni (prze)życia na polu walki. Tyle tylko, że jej wyszkolenie „na zewnątrz” domu okazuje się nie tylko nieprzydatne, ale wręcz (dla niej) szkodliwe. Niczym weteranka po misji w Wietnamie błąka się po świecie, który z niezrozumiałych dla niej powodów przedziera się przez codzienność w pełnym kamuflażu, targając za sobą cały osprzęt dziecka-komandosa.

Po drugie, Zbroja nie ulega egzotyzacji, równocześnie nie przechodząc na opis „obiektywny”, beznamiętny. Podąża tam, gdzie jej autoetnograficzne badanie prowadzi – gdy ojciec leży zarzygany i zaszczany – opisuje to; gdy wydłubuje wszywkę – także. Wmyśla się w ojcowski życiorys zwielokrotniony. Przegląda także rozkruszony kalejdoskop swojego życiorysu. Wydobywa epizody i wmyśla się w rekonstruowane doświadczenie po to, by podzielić się nim bardziej z sobą niż z nami. Na przykład tak jak wtedy, gdy opisuje wyprawę na lody na Stare Miasto, na którą ojciec zjawił się wystrojony na biało jak amant z „Nocy dni” – co jedynie przykryło czającą się pod powierzchnią niepewność i bezgruncie.

Po trzecie, autorka konsekwentnie daje odpór alkoholowym mitologiom – czy to wtedy, gdy krytykuje film „Zostawić Las Vegas”, czy gdy cierpko komentuje tekst Rocha Sulimy o alkoholowych wspólnotach. Ale także wówczas, gdy pokazuje, jak nieznośne jest dla niej teologizowanie procesu terapeutycznego. Romantyzowanie picia, „piwko z korzeniami”, nurt alkosakralnej literatury (od Hłaski do Pilcha), uświęcanie Himilsbacha czy Maklakiewicza okazuje się nieznośne, gdy przyglądamy się mu wraz ze Zbroją, która w okopach wersalki przeczekiwała alkoholowe ofensywy rodziców.

I wreszcie – kończąc – po czwarte, unikalność polega na tym, że „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” nie jest formalnie ani książka naukową, ani reportażem, ani autobiografią. Zajmuje obszar „pomiędzy” – gdzieś na linii między dobrym reportażem a czujnym badaniem (auto)etnograficznym. Zbroja, pisząc książkę osobistą, prywatną, równocześnie zachowuje dyscyplinę, pilnuje warsztatu, nie ulega złudzeniu, że istnieje jakieś „życiopisanie” bez formalnej obróbki. Droga na skróty, rzucanie się w wir doświadczenia, złudzenie, że można mieć coś „już”, a więc bez włożonej w to pracy – to był świat Mireczka. Ale nie jest to już (i dłużej nie będzie) świat autorki. To dlatego mogła napisać tę książkę.

Aleksandra Zbroja, „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu”
Agora
Warszawa 2021