Nr 17/2021 Na teraz

Trudna sztuka puentowania

Antonina M. Tosiek
Teatr

Najnowsza premiera Teatru Polskiego w Poznaniu zdążyła już zjednać sobie wielu internetowych pochlebców. Kilka kliknięć i proszę: dowiaduję się, że to taki dobry spektakl, że dawno takiego w Poznaniu nie oglądaliśmy, że to wręcz arcydzieło. Po części Was rozumiem, entuzjaści i entuzjastki „Cudzoziemki” w reżyserii Katarzyny Minkowskiej, z drugiej zaś strony odrobinę mnie te Wasze „ochy i achy” niepokoją. To jest, owszem, bardzo sprawny i świetnie zagrany spektakl; lecz wręcz nieznośnie mieszczański w swojej potrzebie tautologicznego wskazywania widowni palcem oczywistych sensów. Załapaliśmy za pierwszym razem, serio! „Cudzoziemka” to przedstawienie, które stara się zbyt mocno, za bardzo się wdzięczy, a przez to wytraca potencjał wielu ciekawych pomysłów. W założeniu miało być komediodramatem, ale ewidentnie nie potrafi się zdecydować, czy bardziej chce być komedią, czy dramatem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Cudzoziemkę” naprawdę warto zobaczyć. I to co najmniej z pięciu powodów.

 

Powód pierwszy: dramaturgia

O „Cudzoziemce” Marii Kuncewiczowej pisze się jako o jednej z najważniejszych powieści psychologicznych okresu międzywojennego. Przed dramaturgiem – Tomaszem Walesiakiem – stało zatem niemałe wyzwanie. Jak uwspółcześnić Kuncewiczową? Jak nie utracić neurotycznego rozwibrowania oraz tempa powieści, a przy tym nadać „Cudzoziemce” nowoczesne i potoczne brzmienie? Jak zachować napięcie pomiędzy problematyczną przynależnością i tożsamością narodową tytułowej Róży, dla Rosjan „Poliaczki”, dla Polaków „Kacapki”? Czapki z głów przed Walesiakiem! Dawno nie słyszałam w teatrze lepiej skrojonego tekstu. Dialogi są wartkie i zadziorne, a oryginalne wątki z „Cudzoziemki” wplecione w strukturę dramatu celnie i z dużym wyczuciem ich scenicznego potencjału. Aktorki i aktorzy mają tu co grać, mają od czego się odbić, w czym ukorzenić swoje postacie. I najważniejsze: monologi, które dodają ich kreacjom warstw, charakteru i ikry! Te, które wygłasza Róża (otwierający cały spektakl, wypowiadany jeszcze przy opuszczonej kurtynie), Jadwiga (mowa pogrzebowa), oraz Władzio (o zabawie maminymi sukienkami) stanowią uzasadnienie motywacji bohaterek i bohaterów oraz nienachalne poszerzenie ich biografii. Kuncewiczowa byłaby zapewne z takiej wersji teatralnego psychologizmu całkiem zadowolona.

Walesiak błyskotliwie balansuje pomiędzy dwoma skrajnościami: śmiesznością (więcej niż komediowością) i tragizmem (więcej niż powagą czy patosem). Tekst płynie, ujawniając coraz to nowe aspekty relacji rodzinnych oraz specyfikę emocjonalnych zadr pomiędzy postaciami. Pomimo tak sprawnie skrojonego szkieletu, „Cudzoziemka” zdaje się miejscami nieznośnie „dociśnięta” – podsumowywana zbyt dosadną, eksplicytną puentą. Odnoszę jednak wrażenie, że wina nie leży po stronie słów, lecz w geście reżyserskim. Z koncepcją inscenizacyjną Katarzyny Minkowskiej jest bowiem tak, jak ze świetnym żartem, który dla spotęgowania efektu zostaje opowiedziany dwa razy z rzędu. Fakt, śmiejemy się, bo to przecież nadal zabawny dowcip, ale już jakby bardziej z grzeczności dla opowiadającego.

 

Powód drugi: koncepcja

Ale, ale! Pomysł na osadzenie akcji spektaklu w domu pogrzebowym podczas ostatniego pożegnania tytułowej „Cudzoziemki” – Róży Eweliny Żabczyńskiej – jest bardzo trafiony! Podobnie jak wplecenie bohaterki w splot wydarzeń i relacji jako zmarłej-obecnej. Potencjał sceny otwierającej widowisko, w której poznajemy Różę-zjawę, zostaje jednak zmarnowany, kiedy sekwencja wyjaśniająca widzowi, w jakiej konwencji zrealizowana jest całość spektaklu, zaczyna się niemiłosiernie dłużyć. Kiedy w kolejnej i kolejnej odsłonie widzimy dokładnie te same gesty i słyszymy te same zdania, przeciekawa koncepcja zaczyna męczyć. Czy nie wystarczyłoby, gdyby Róża poinformowała widownię, że jest odpowiedzialna za wszelkie zasługi i osiągnięcia swoich bliskich w dwóch (no, dobra, może trzech) scenach ze swoimi dziećmi – Martą i Władziem? Nachalna tautologia nie podbija wcale neurozy głównej bohaterki, nie pogłębia widzowskiego zaangażowania w historię – po prostu nuży. Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas scen zamykających „Cudzoziemkę”: zupełnie niepotrzebnego monologu Marty, cringowej (zdaje się, że także dla samych aktorów) wymiany zdań o napisanych listach pomiędzy Martą a jej mężem oraz – co odczułam najbardziej boleśnie – w trakcie przeciągającego się dialogu (znów, choć wcale nie jest to winą ani samej postaci, ani odgrywającej ją Roszko) Marty oraz Michała – pozornie wielkiej miłości samej Róży. Każda z tych scen pozostawiła wrażenie nadmiaru, odczuwane zarówno w odniesieniu do tekstu, jak i w pomyśle na prowadzenie fabuły.

Zdaje się jednak, że Minkowskiej zależało na zmęczeniu widzów, wciąganych w sam środek rodzinnej traumy oraz jej wielowątkowego uzewnętrzniania. Przyglądając się „Cudzoziemce”, jesteśmy skazani na towarzyszenie bohaterom w bolesnym wywlekaniu kolejnych krzywd. Ma nam być niewygodnie. Mamy czuć się przytłoczeni odsłanianymi wątkami tej rodzinnej epopei o toksycznym przywiązaniu i nieznośnym poczuciu niemocy. W widzowskim towarzyszeniu bohaterkom i bohaterom „Cudzoziemki” nie chodzi chyba nawet o empatię, ale o samo uczestnictwo w zbiorowym akcie wypowiadania (a tym samym – urealnienia) krzywd. Dlatego przewrotna decyzja o ulokowaniu akcji w przestrzeni domu pogrzebowego – z plafonem pod sufitem, nibynóżkami i nibygłówką ciała zmarłej, ale także krakersami i winkiem z miętą – były konwencji tego spektaklu bardzo potrzebne. I chociaż samo miejsce konotuje bardzo konkretne skojarzenia, które pozornie można by przełamać tylko zaangażowanym kampem albo sprawną krytyką – nazwijmy ją antymetafizyczną – domowi pogrzebowemu z „Cudzoziemki” udaje się zarówno odciążyć potencjalny patos, jak i wymóc kondensację wątków. Sprytny i udany zabieg.

 

Powód trzeci: aktorstwo

Zbudowanie wiarygodnej i wielowymiarowej roli w spektaklu, który bez pardonu skręca w stronę komedii, żeby za chwilę wmawiać widzowi, że jednak jest dramatem w pełni poważnym, to z pewnością zadanie niełatwe. I chociaż tekst działa na korzyść aktorek i aktorów Teatru Polskiego – w ich grze widoczne jest owo wahanie i niezdecydowanie. Intuicja podpowiada mi, że odpowiedzialna jest za to inwencja reżyserki, a nie warsztat aktorski zespołu. Czy Kornelia Trawkowska w roli Jadzi gra w tej samej sztuce, kiedy kompulsywnie i slapstickowo zaczesuje mężowi grzywkę i kiedy wygłasza przejmujący monolog nad grobem swojej teściowej? Widzowie mają, jak rozumiem, znaleźć się pod wrażeniem tej nagłej, wywołanej silnymi emocjami zmiany. Mają nadal podążać za postacią i emaptyzować z nią, kiedy z konwencji (chyba niezamierzenie) rysowanej grubą kreską przechodzi w zupełnie realistyczną sekwencję monologu-wyznania? Takie połączenia mogą zdawać egzamin tylko wówczas, kiedy komediowość spektaklu opiera się na akcentach drobnych i naturalnych; nie jest zaś komedią omyłek ze zbyt szerokim gestem. Mimo to Trawkowska poradziła sobie z postacią Jadzi (w ramach narzuconej koncepcji) naprawdę dobrze, przypominając, że jest aktorką wielozadaniową. Bardzo mnie cieszy, że coraz więcej reżyserek i reżyserów pracujących w Poznaniu to dostrzega.

 

fot. Agata Rucińska

Nie mogę pominąć Michała Sikorskiego w roli Władzia (świeżo upieczony laureat gdyńskiej nagrody za debiut aktorski w filmie „Sonata” Bartosza Blaschke), który – choć momentami zbyt przerysowany, a jego postać wyraźnie przynależy bardziej do truekomediowej odsłony „Cudzoziemki” – wprowadza na scenę niezwykłą energię. Sikorskiego po prostu chce się oglądać – tropić, jak reaguje na grę partnerek oraz partnerów i jak ogrywa proste czynności (np. wyżerka na stypie). O wiele lepiej ogląda się go jednak w tych nielicznych fragmentach, które prowadzi w pełni serio, nie dociskając, już i tak wpisanego chociażby w swój sceniczny kostium, naddatku komediowego.

W kontraście do całej reszty aktorek i aktorów „Cudzoziemki”, którym przypięto etykietki z napisem „jest mi smutno, ale umiem też na śmiesznie”, prowadzi kreowaną przez siebie postać Marty Monika Roszko. To osoba z innego porządku; zamknięta, o sztywnych i niepewnych gestach, niewątpliwie najbardziej naznaczona traumą relacji z toksyczną matką. Kiedy już decyduje się zabrać głos, przypomina jednak raczej walczącą o własną podmiotowość nastolatkę niż dotkniętą głęboką krzywdą dorosłą kobietę. Nie pomaga jej także kostium. Domyślam się, że szorty to nieplanowany efekt urazu ortopedycznego (brawa dla Roszko za gotowość do powrotu na scenę po kontuzji w czasie premiery!), ale reszta stroju barbie-pensjonarki jest dla mnie zastanawiająca. Bezwładna, latami manipulowana córka-lalka – czy tak to miało wyglądać? Jeśli trafiłam, to wielka szkoda, że nie następuje żadne przełamanie, kiedy Marcie udaje się podjąć decyzję o „zdecydowanym odcięciu” się od upiornych wspomnień dzieciństwa. Zinfantylizowanie (zarówno poprzez kostium, jak i specyfikę gry) postaci Marty osłabia wydźwięk całego przedsięwzięcia; a to przecież na jej przemianie opiera się sens ostatnich scen. Marcie nakazano rolę scenicznej narratorki-wyjaśniaczki, która wskazuje palcem i mówi: O TO NAM CHODZIŁO, CZAICIE?

Alonie Szostak i stworzonej przez nią kreacji Róży należałaby się właściwie osobna część recenzji. Szostak to aktorka wybitna, która swoją wyjątkowość udowadnia z każdym kolejnym scenicznym wyzwaniem. Poszczęściło się Minkowskiej, że mogła obsadzić w roli tytułowej cudzoziemki z pogmatwaną rosyjsko-polską historią właśnie aktorkę urodzoną w Petersburgu, kształconą w Instytucie Teatralnym w Moskwie, a od kilku dekad pracującą na polskich scenach. Szostak gra i lirycznie, i neurotycznie; jest zarówno przepiękna, jak i odrzucająca. Wyczekiwałam momentów, które umożliwią dostrzeżenie niejednoznaczności w postaci i życiorysie Róży, lecz – jakże szkoda! – dojrzałam je tylko w krótkiej scenie z Adamem, kiedy Róża-Elcia na chwilę się odsłania, przypominając mężowi o czymś tak prozaicznym, jak konieczność jedzenia owoców. Ale to oczywiście nie wina Szostak, ona – choć także pada momentami ofiarą „ukomediowienia” – gra postać Róży-Eweliny z ogromną klasą: świadomie i naprawdę przejmująco.

 

Powód czwarty: realizacja

Jeśli nadal nie czujecie się zachęcone do zobaczenia „Cudzoziemki”, a cenicie w teatrze także porządną robotę realizatorską i scenograficzną, to mam dla Was dobrą wiadomość: pod tym względem nowa premiera Teatru Polskiego także trzyma poziom. Scenografia Katarzyny Minkowskiej i Łukasza Mleczaka jest prosta, przemyślana i przepełniona małymi „smaczkami”. Najbardziej spodobało mi się jednak światło – a bez dobrego światła nie ma dobrego spektaklu – zaprojektowane przez Paulinę Góral. Dzięki niej o „Cudzoziemce” będę z pewnością myślała kolorem turkusowym. Przygrywa Orkiestra Antraktowa Teatru Polskiego. I chociaż to – umówmy się, jedynie efekciarski dodatek – tworzy przyjemne tło dla całości wydarzeń. Jeśli jednak mogłabym w tym miejscu wystąpić z małym postulatem: błagam, jesteśmy już kawałek za pierwszymi latami 00., czy możemy przestać używać kamery w spektaklach, w których jej obecność nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia? Z góry dzięki!

 

Powód piąty: powody

„Cudzoziemka” jest spektaklem angażującym i uświadamiającym; quasi-etycznym. Stąd z pewnością wzięły się wszystkie, dopisane do szkieletu zaczerpniętego bezpośrednio z powieści, fragmenty dotyczące ogólnej natury problemów w relacjach z najbliższymi. „Cudzoziemka” chce powiedzieć widzkom i widzom: rozumiemy Twoją traumę, my także zmagamy się z własną, ale zawsze jest szansa na przełamanie toksycznej spirali rodzinnej przemocy. I okej, mnie to porusza, do mnie to trafia. Nie potrzebowałam jednak tylu wyrażnie formułowanych wskazówek, żeby się zorientować, co Minkowska i Walesiak mają mi do powiedzenia i na co chcą mnie uwrażliwić. Czy poznańska widownia nie zniosłaby stu czterdziestu minut ze współczesną „Cudzoziemką” bez tych wszystkich komediowych i przerysowanych gagów? Wiary w widza, drodzy tworzący, więcej wiary! Katarzynie Minkowskiej oraz Tomaszowi Walesiakowi udaje się skłonić widownię do pilnej rewizji własnej pamięci rodzinnej i przechowywanych w niej strachów. „Cudzoziemka” to spektakl, który łapie nas na gorącym uczynku i po gogolowsku gani, mówiąc: nad kim się rozczulacie? Nad sobą się rozczulacie.

 

Maria Kuncewiczowa, „Cudzoziemka”
reżyseria: Katarzyna Minkowska
dramaturgia: Tomasz Walesiak

scenografia: Katarzyna Minkowska, Łukasz Mleczak
kostiumy: Łukasz Mleczak
muzyka: Wojciech Frycz
choreografia: Aneta Jankowska

Teatr Polski w Poznaniu
premiera: 9.10.2021