Nr 10/2023 Na dłużej

Terranimizm: nowe duchy starej ziemi

Marta Tomczok
Esej Środowisko

Con moto[1]

Jak w starym, dobrym reportażu, wszystko zaczyna się od map. Najpierw jeździmy[2] wzdłuż koryta Rawy, rzeki-ścieku, częściowo przykrytej betonowymi płytami i zniszczonej przez przemysł. Później kręcimy się wśród ruin Wilhelminy, huty cynku wybudowanej w latach 30. XIX wieku, która pod koniec kolejnego stulecia objawiła swoje groźne, trujące oblicze, przyczyniając się do zachorowań na ołowicę mieszkających w jej sąsiedztwie dziesiątek dzieci. W końcu trafiamy na tyły koksowni w Bobrku, która kiedyś była częścią huty Julia, a później, po wojnie, weszła w skład huty Bobrek, zrastając się z nią aż do lat 90. Przetrwała jednak jakimś cudem i zamknięcie huty, i zapaść dzielnicy – wciąż wytwarza grube, śnieżne warstwy pary, które średnio co 15–20 minut opadają lawinami na domy znajdującej się obok stuletniej kolonii robotniczej.

Pierwsze miesiące spędzamy na obserwacjach. Chodzimy wzdłuż zarośli Rawy – najgęściej jest w Szopienicach, w niektórych miejscach dosłownie brodzimy w zieleni. To tam, w starej dzielnicy Katowic, jeszcze do niedawna budzącej strach swoimi zaułkami, rzeka odzyskuje namiastkę dzikości. Tam też, kilka kilometrów od centrum, znajdujemy nieduże, połączone z Rawą stawy, nad którymi rosną piękne, rozłożyste drzewa, sypiące do wody bzowatymi, drobnymi kwiatkami. Jest kwiecień 2021 roku, czas pandemii; mówi się, że przyroda wraca szybciej do życia bez ludzi, odradza się, COVID-19 jej służy. Widać to na Burowcu, w sąsiedniej dzielnicy Szopienic, wzdłuż alejek prowadzących do niedawno otwartego miejskiego basenu, stojącego w miejscu dawnych budynków mieszkalnych, najbliżej sąsiadujących wówczas z Hutą Metali Nieżelaznych. Można by pomyśleć, że rośliny lubią ołów: wybujałe drzewa iglaste, owocowe i gęste krzewy tworzą tu teraz oddzielne, tajemnicze ekosystemy. Fantazja chciałaby widzieć w nich radioaktywne piękno, w rzeczywistości to jednak teren, w który dopiero zapuszczą swoje sondy geolodzy i zaczną odważać zasypane w tej ziemi metale ciężkie. Będą jednak najpierw musieli znaleźć mapy, sięgnąć do relacji mieszkańców, odszukać źródła; inaczej nie domyślą się, że w tym miejscu stały kiedyś domy wdychające pyły z huty.

Przeglądam fotografie z monumentalnej wystawy „Projekt Metropolis” przygotowanej z wielkim rozmachem przez Muzeum Śląskie w 2015 roku. O skali zaświadcza także objętość towarzyszącej wystawie książki[3], liczącej blisko siedemset stron. Projekt miał być nowym otwarciem sztuki na przemiany społeczno-ekonomiczne Górnego Śląska; przynieść odpowiedź na pytanie, czy po wielu latach szukania po omacku sztuka potrafi wreszcie się odnaleźć w ciałach robotników i pyłach Śląska. Uderza mnie praca Patrycji Orzechowskiej przedstawiająca dwa nagie, przybrudzone i pozbawione rąk, plastikowe torsy. Prawdopodobnie mają przypominać ciała kobiet, ale nie jest to pewne. Torsy są pogrążone w głębokim śnie, a w ich ustach tkwią, niczym korki, ustniki. Praca nosi tytuł „Inhale”, czyli wdychać, i wykorzystuje fantomy z zasobów Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu.

Inhalowanie to nie tylko tytuł, ale też słowo klucz tej pracy. Jego znaczenie jest szerokie – dotyczy chorych na astmę oskrzelową dzieci, górników chorych na pylicę, wdychania pyłów opadających na parapety okien, zanieczyszczeń i pyłów zawieszonych; słowem: wdychanie wszystkiego, co w ponurych latach 80. było Śląskiem. Pył wcinał się w to, co żyło i stało, doklejał się do tynków, trawników, dróg i drzew. Od pyłu Śląsk stawał się szary – taki, jakim go przedstawiają na zdjęciach Arkadiusz Gola czy Wojciech Wilczyk – ciężki, smolisty, zawieszony. Być może przez ten pył nie widzieliśmy tego, co widać teraz, gdy częściowo już opadł: że to nie Śląsk sam z siebie wydzielał pył, ale że robiły to setki zakładów przemysłowych. Efektem tej pracy na pełnych obrotach było ciągłe inhalowanie. Z dzieciństwa pamiętam dwa przedmioty: maleńki, niebieski inhalator, cudem zdobyty dzięki znajomościom babci, i wielki, parujący garnek emaliowy, nad którym trzeba było trzymać pod ręcznikiem głowę i strać się nie oparzyć.

Gdy jeździmy od huty do koksowni, pyłu już nie ma – przynajmniej tego, który sprawiał, że nie było widać generujących go fabryk. Większość kopalń i hut jest już zamknięta, a te, które jeszcze działają, musiały pozakładać szczelne filtry. Ale mimo to inhalowanie wydaje się czymś więcej niż wspomnieniem z dzieciństwa. Po pierwsze, wciąż jest problemem ziemi, która przez dziesiątki lat znosiła przemoc przemysłu i dalej nosi jej ślady rozwiewane przez wiatr na wszystkie strony – takie jak pyły z pożółkłych, cynobrowych hałd pocynkowych, usypanych w dolinie Żabie Doły przez kopalnię cynku i ołowiu Orzeł Biały w Piekarach Śląskich. Po drugie, inhalowanie jest problemem emocji – w niewidocznych mikrocząsteczkach pyłu znajdują się maleńkie, niebezpieczne macki, które przyciągają do siebie mieszkańców i każą myśleć im o tym, co dziś widoczne wyraźnie (w przeciwieństwie do kiedyś). Przedostają się przez okna samochodu, którym jeździmy od Będzina do Gliwic i od Bytomia do Jaworzna. Są jak pył na agreście, o którym w „Czerwonym węglu” pisał Andrzej Brycht: „czarne od węgla, co się sypie pyłem jak wieczny, nie tający śnieg”[4]. Macki tych niewidzialnych, pyłowych mocy przedostają się także przez opustoszałe wieże szybowe – jak przypominający kształtem młot górniczy szyb „Krystyna” w Bytomiu czy wieża huty Uthemann, z każdym rokiem coraz bardziej dziurawa i coraz łaskawiej wpuszczająca do środka ptaki i światło. Te macki przyciągają do siebie, przyklejają się jak wcześniej sadza, przywierają do myśli – przy czym niezupełnie wiadomo, po co. Czy chodzi o to, by przypominać o porastającym jeszcze nie tak dawno Górnośląskie Zagłębie Węglowe lesie kominów i szybów, czy raczej o to, by kazać myśleć o tym, co je zarasta obecnie; o wszystkich zachodzących tu zmianach, które uwidaczniają się w splocie perspektyw: jeżdżenia tramwajami czy pociągami, pieszych wycieczek, wspinaczki po hałdach. Trudno je pojąć, gdy przyjmie się jedną i pozwoli jej zdominować pozostałe.

Il mondo nuovo

Ta plątanina emocji i perspektyw intensyfikuje się w ostatnim czasie dzięki przyspieszonemu procesowi odsłaniania się nowego świata. Opadający pył, pustoszejące tereny po zakładach przemysłowych kształtują rzeczywistość, w której nie ma już miejsca na solastalgię, czyli – jak pisał Glenn A. Albrecht w „Earth Emotions. New Words for a New World”[5] – tęsknotę za światem zniszczonym ciągłymi ekspedycjami chciwych kapitalistów; nie jest to także świat ogarnięty węglostalgią, stanem do pewnego stopnia pokrewnym solastalgii, lecz bogatszym o emocje robotników zwalnianych z zamykanych fabryk i zżytego z nimi otoczenia – co wiemy dzięki wideoartowi Leny Dobrowolskiej i Teo Ormonda-Skeapinga. To wciąż świat oduczania się zależności od przemysłowego dobrobytu, w rzeczywistości przynoszącego środowisku gigantyczne straty, ale poszerzony. Ani solastalgia, ani węglostalgia nie wytwarzają emocji, które kryją się w węglowych i pyłowych mackach, jakimi dotyka nas przestrzeń częściowych ruin i częściowego odradzania, przestrzeń rozdarcia, rozwarstwienia, ale i równoczesności.

W lipcu 2021 roku pojechaliśmy do Czeladzi, najstarszego miasta w Zagłębiu Dąbrowskim. Zostaliśmy zachęceni wiadomościami o remontowanej KWK „Saturn”, która do 1990 roku działała pod nazwą KWK „Czerwona Gwardia”. Na jednym ze starych budynków kopalnianych znajduje się mural Mony Tusz i Raspazjana: klepsydra przedstawiająca dwa, połączone podstawą, kielichowate słoje. W dolnej części widzimy zrośnięte głowami i mackami istoty przypominające górników. Gdy przyglądamy im się bliżej, zauważamy też gromadę dzieci otaczających matkę – wszystkie mają na czołach poskręcane ślimacze skorupy przypominające górnicze kaski. Nad nimi, w górnym słoju, znajdują się czarne maski ludzi i zwierząt połączone ścianami i drabinami. Dół i górę dzieli przesmyk, przez który przenika część głowy „matko-ślimako-górnika”, by niczym z płomienia mogły z niego wychynąć czarne twarze. Symbiotyczna całość o nierealistycznych kształtach wydaje się wyrazem wpływu podziemnego świata bezbronnych istot, takich jak węgiel, na skolonizowany czernią świat astmatycznych, poczerniałych od wdychania węgla i sadzy ludzi. Klepsydra, w której ślimaki przenikają do masek, a maski osiadają na ślimakach, to obieg współczesnego świata – poprzemysłowych zniszczeń, w które wrasta zieleń, i wciąż jeszcze pracującego przemysłu, transportującego węgiel koksowy do najdalszych zakątków Europy.

To świat po końcu. Nie tylko świat nam odebrany, ale też świat przejęty, częściowo odzyskany – a więc taki, który znów możemy stracić: dziesiątki zasłoniętych zapomnieniem terenów pokopalnianych, na których rosną wysokie lasy; wybujałe pod niebo hałdy, sztuczne pojezierza powęglowe i wyschnięte rzeki z korytami, po których można spacerować niczym po wydmach, przyglądając się dnu ze śmieci, kamieni, wyschniętych wodorostów i piasku. Jego krajobraz tworzą porozrzucane tu i ówdzie hałdy węgla, porzucone zwałowiska, nierozebrane ostatecznie, nieczynne budynki pokopalniane, niszczejące szyby i zabytki techniki industrialnej, które wytrzymają dłużej niż ludzkie plany rozbiórki czy zabudowy.

Krytycznie nastawiony do własnej idei solastalgii Albrecht pisał, że wszyscy lubią oglądać katastrofy, mało kto jednak umie przekuwać je w urodzaj. Tymczasem wspólnotowe poczucie klęski może się przerodzić w świeckie doświadczenie duchowości ziemi dzięki przekazywaniu sobie siły i energii, co Albrecht określa mianem neologizmu ghedeist, będącego połączeniem dobra (good), bycia razem (together) i ducha (Geist). Siły terranautyczne pomagają nam budować jedność, współpracować ze sobą i wierzyć, że możemy to robić zarówno w mikro-, jak i makroskali. Siły terraftoryczne są natomiast drapieżne i niszczycielskie, prowadzą do podziałów, konkurencji, okradania się nawzajem. Zwrot symbiotyczny w myśleniu oznacza, że akceptujemy zarówno naszą ewolucję w skali makro-, jak i mikrocząsteczki, z jakich się składamy; wchodzenie w pozytywne relacje z otoczeniem musi oznaczać także akceptację tego, czego dotąd nie akceptowaliśmy – pozostałości po systemie zniszczeń i samych zniszczeń. Wówczas z obrazów katastrofy mogą przekształcić się one w miejsca pielęgnowane i otaczane serdeczną opieką. Ghedeist może być wszędzie.

 

Photo by Valentin Balan on Unsplash

Anima

Nie ma miasteczka, w którym by nie stały. Trudno ich nie zauważyć, ale zaczęłam je mapować i układać w całość dopiero w połowie ubiegłego roku, co oznacza, że wcześniej faktycznie ich nie dostrzegałam. Jeden stoi na rondzie w Mysłowicach, niedaleko zamkniętej kopalni, wśród głazów nawiezionych z okolicznych kamieniołomów. Drugi znajduje się w Sosnowcu, gdzie po dawnej kopalni została ścianka wspinaczkowa. Podobny stoi w Bytomiu przy drodze prowadzącej w stronę Katowic. W Chorzowie wagonika z ostatnią toną musiałam długo szukać, bo znajduje się w opuszczonym parku, gdzie kiedyś działała przydrożna gastronomia. Wagonik po KWK „Kazimierz-Juliusz” stoi na terenie Miejskiego Zakładu Usług Komunalnych w Sosnowcu – także niełatwo go znaleźć. Szukamy go z Krzysztofem Dondą, uczestnikiem strajków przeciw zamknięciu kopalni w 2014 roku, w muzeach w Dąbrowie Górniczej i Sosnowcu, wokół terenów kopalni na Kazimierzu Górniczym, a znajdujemy w miejscu, gdzie nikt by na niego nie trafił. Podobnie jest z wagonikiem z ostatnią toną po KWK „Karol”. Najpierw oglądamy go z Jerzym Mańką w Bractwie Gwarków w Katowicach. Pan Jerzy niby dokładnie wie, gdzie go znaleźć, ale potem gubimy trop; nie pomagają nawet mapy Google Earth. Także w Orzegowie, dzielnicy Rudy Śląskiej, gdzie kiedyś pracowała koksownia Gotthard, zamknięta w 1976 roku, wagonik znajdujemy przez przypadek. W 2021 roku władze miasta oddały tu do użytku pięć hektarów zrewitalizowanej ziemi: ruiny trwałe po przemysłowej zabudowie, place zabaw dla dzieci, ławki, ścieżka historyczna i nowo nasadzone drzewa. Zatrzymujemy się nieco wcześniej, na rynku, przy bibliotece – i tam stoi wagonik.

Miał być symbol, że tutaj była kopalnia, tu był węgiel. Wagonik został znaleziony w 2018 roku, wyszarpany samochodami z terenów byłej koksowni i przewieziony na podwórko. Remontowali go członkowie Towarzystwa. Obok miejsca, gdzie stanął, przymocowali tablicę upamiętniającą śmierć górników w 1945 roku. A stanął obok biblioteki, w pobliżu siedziby Towarzystwa Przyjaciół Orzegowa, ze względu na dobrą lokalizację (kawiarnia, kościół, placyk, dużo ludzi). Wagonik przyciąga uwagę wielu ludzi, między innymi Polaków mieszkających w Niemczech, którzy robią sobie przy nim często zdjęcia. Głównym inicjatorem ratowania i remontowania wagonika był Czesław Kuś, właściciel Zakładu Przetwórstwa Mięsnego z Rudy Śląskiej

– mówi Jerzy Kasperek z Towarzystwa Przyjaciół Orzegowa, do którego trafiam dzięki uprzejmej bibliotekarce.

Najbardziej cieszą niespodzianki. Na przykład wagonik po wielkiej kopalni w Gliwicach, znaleziony przypadkiem latem ubiegłego roku na terenie Centrum Edukacji i Biznesu. Stoi na murawie, w cieniu drzewa, a tabliczkę z datami otwarcia i zamknięcia kopalni widać dopiero wtedy, gdy się podejdzie bliżej. Albo wagonik z KWK „Ruda Śląska-Wirek”, na który natrafiam, jadąc dzielnicą, w której wcześniej nie byłam, i przypadkowo patrząc w bok, na opuszczony budynek dyrekcji kopalni.

Długo nie potrafię znaleźć istoty mapowania wagoników. Najważniejsze wydają się sam wydobyty na koniec działalności kopalni węgiel i rytuał pożegnania się z nim górników. Nie chodzi tylko o ich przywiązanie do węgla ani o to, że wywieziona na powierzchnię ostatnia tona ma być niczym usypany ze złóż grób, na którym później opłakuje się stratę. Pomniki z węgla to niepozorny, niewielkich rozmiarów land art. Składa się nim niepojętego rodzaju hołd miejscu, które przez długi czas było rozszarpywane, wiercone, przekopywane, zasypywane i palone. Są zadośćuczynieniem.

Na razie widoczność pomników jest słaba – można je mijać samochodem, tramwajem czy rowerem, można przechodzić obok i ich nie zauważać. Są wypieraną z polskiej pamięci historią górnictwa. Upamiętnieniami węgla – tego z warstw orzeskich, rudzkich, siodłowych i porębskich – który w pierwszej kolejności pozostaje przecież częścią przyrody nieożywionej. Jest częścią natury – i to drugie wyparcie, z którym mamy tu do czynienia. W Polsce skał, węgli, rud czy piaskowców nie traktuje się na równi z roślinami czy zwierzętami; powszechnie są postrzegane jako zupełnie martwe odpady. A w najlepszym razie – obiekty turystyczne.

Albrecht proponuje przywiązanie, którego przejawem są wagoniki z ostatnimi tonami węgla, nazywać solifilią. Może być ona odpowiedzią na ekolęk, solastalgię, topofilię, endemofilię, ekofilię i euterię, czyli negatywne emocje psychoterratyczne, które odczuwamy najczęściej jako coś nieokreślone, ale bardzo przejmujące. Zaraz po Nowym Roku 2022 spotykam się z Jerzym Grycmanem, który całe życie przepracował w KWK „Anna” w Pszowie – niedużej, lokalnej kopalni, przez miejscowych czule nazywanej „Anienką”. Liczący kilkanaście tysięcy mieszkańców Pszów od wieków żył z ziemi: z rolnictwa i górnictwa. Z perspektywy rozmowy, która się toczy w powolnym, sprawozdawczym rytmie w maleńkiej kawiarni, nie da się zauważyć tego, że dziś jest też miasteczkiem opustoszałym, nierozbudowującym się. Pszów wciąż żyje zamkniętą jedenaście lat temu kopalnią. To chyba jedyne miejsce, w którym stoją nie jeden, ale dwa wagoniki z ostatnią toną: pierwszy, odświętny, przeznaczony dla turystów i ustawiony na rondzie w centrum, i drugi – ten prawdziwy, jeszcze nieodnowiony, który leży na placu budowy, gdzie remontuje się pozostałości po kopalni.

Grycman ratuje przed zniszczeniem kilka górniczych obrazów ukazujących początki przemysłu w Pszowie, mapy (m.in. nigdy nieotwartej kopalni), dziesiątki drobnych przedmiotów. Wywozi z dołu skały i węgiel, który później układa na maleńkich, równo przyciętych, drobnych deseczkach, identyfikuje i opisuje: markasyty, chalkopiryty, kalcyty, nacieki solne; część z uskoków, część z przekopów. Z pierwszego, pamiątkowego zjazdu z jednej z takich skał przygotowuje pojemnik na długopisy. Najważniejsze miejsce w jego kolekcji zajmują węgle z „Anny”. Z wykształcenia jest górnikiem inżynierem, geologii uczy się sam i sam oznacza gatunki skał i węgli. Ma książki i niezwykłą ciekawość górotworu, który musiał poznawać podczas pracy w zakładzie tąpań. Grycman nie tylko ratuje skały; wykonuje coś, co można by nazwać geognozją – jak jeszcze w XVIII wieku określano zajęcia pierwszych geologów, którzy w celu identyfikacji i mapowania złóż pracowali przede wszystkim w terenie. W kwietniu Grycman pokazuje nam odsłonięty piaskowiec karboński, znajdujący się na jednym z osiedli w Rydułtowach. Widać go z okien i balkonów, obok stoją auta, ale do żółtej skarpy właściwie nikt nie podchodzi, choć ma 350 milionów lat.

Spring

„Kiedyś, po wiekach, gdy węgiel będzie wyczerpany, gdy zginie otaczające miasto-olbrzym, którego jedyną przyczyną bytu był węgiel – powstaną tutaj jeziora i nowe dziwaczne górskie formacje” – czytam w wydanej w 1981 roku antologii reportażu „Z Czarnego Kraju” pod redakcją Wojciecha Janoty[6]. Trudno uwierzyć – ale nie w to, że autorką zapisu jest Zofia Kossak-Szczucka (!), tylko w to, że zapis nie ma jeszcze stu lat. W dwudziestoleciu międzywojennym, gdy część przemysłu wydobywczego wróciła do Polski, nikt nie przypuszczał, że minie zaledwie kilka dekad i wszystko zacznie się kończyć. Czy jest to jednak prawdziwy Finis Silesiae? A może jednak Il mondo nuovo?

Nowy wiek odsłonił nie tylko śląski antropocen, którego istnienia byliśmy nieustająco pewni, nie ośmielając się używać na niego żadnych nazw. Wielu artystów i pisarzy przemierzało te tereny w poszukiwaniu cudów, a znajdowali poszarpaną i zrytą ziemię. Rafał Malczewski w 1934 roku pisał o „miniaturze powierzchni księżyca”, działkach z warzywniakami na śmietniskach i czarnych domach, będących „koszmarnymi przechowalniami tysięcy robotników”.

Pagóry żużli są koloru wątroby, gdzieniegdzie gnijącej nalotem chwastów i traw. W środku zaś tych nabrzmiałych pagórów tkwią obozy walki – kopalnie, huty, fabryki zamknięte murami jak średniowieczne twierdze

– grzmiał malarz na łamach „Gazety Polskiej”. Dwa lata później mieszkająca okresowo w Piekarach Śląskich Pola Gojawiczyńska odnotowywała z przerażeniem:

Z ziemi wydobyto trzewia, rozłupano jej wnętrze, rozburzono i zryto, przekrojono w wielorakich kierunkach. Obciążono ją gruzem, żużlem, bergami, spowinięto dymem. Po czym pozostawiono, zastygłą. Był czas prosperity, jest czas zastoju. Była pełna, jest pusta.

Górnictwo niszczyło ziemię przez kilkaset lat, ale już na początku XX wieku doskonale wiedziano, czym taka bezkarna eksploatacja grozi. Pojawił się język, dzięki któremu pisarze i artyści próbowali rozbudzać w społeczeństwie świadomość zniszczeń i ich skalę oraz uczyć solidarności z ziemią jak z żywą istotą, dostrzegając w niej układ pokarmowy i krwionośny, brzuch, nogi czy serce. Inaczej musiało boleć wdzieranie się maszyn w ściany węgla, a inaczej „rozpruwanie czarnych jelit ziemi”, o którym pisał w 1924 roku Tadeusz Peiper. Mimo że śląska ziemia już w latach 30. cierpiała na marskość wątroby, dopiero kiedy przestano w niej ciągle wiercić i fedrować, pojawiła się szansa na wyleczenie.

Nowy wiek odsłonił pozostałości terracydu. Trzeba jednak podchodzić do nich jak do całości: ruiny KWK „Siersza” łączyć z dziesiątkami lejów, które kopalnia wydrążyła w trzebińskiej ziemi; cynobrowe hałdy widzieć razem z okolicznymi ruinami przemysłu, położonymi wzdłuż Żabich Dołów, i pyłami, jakie przedostają się z tych hałd do okolicy; wielowarstwową, jałową ziemię analizować razem z cynkiem i ołowiem wokół Uthemanna.

Nazywam te całości naturoindustrią, ponieważ znaczenie mają nie tylko rytuały, jakie wymyśla się dla ziemi, ale także opisujące je metafory. Dopiero praca z obrazami i z językiem potrafi przybliżyć to, gdzie nam najbliżej i najdalej zarazem, do miejsc pod naszymi nogami. Węgiel i piaskowce, nagie grzbiety szybów i dziurawe kapelusze wież ciśnień powinno się odsłaniać i obserwować, puste jak brudna wanna koryto Sztoły przejść nie tylko nogami, ale i oczami skierowanymi ku ziemi. Węgla w wózkach z ostatnią toną powinno się dotykać, by poznać materię tego postorganizmu, w którym dotąd widziało się wyłącznie surowiec i paliwo.

Nie wiem, czy tę wydrążoną ziemię jeszcze da się czymkolwiek wypełnić. Być może wypełnią ją jedynie duchy, które wiosną zaczynają odprawiać tu swoje rytuały. Niektóre mają macki jak na muralach Mony Tusz, inne wyłażą z ruin stuletnich kopalni i wędrują po lasach, rozpruwając ziemię jak wielkie worki, z których powstają potem zapadliska i leje. Niektórzy widzą w nich opiekunów zniszczeń, a może nawet wykonawców terranautycznej zemsty. A niektórzy dopiero czekają, by je spotkać w swojej wciąż jeszcze spokojnej okolicy.

 


Przypisy:
[1] Tytuły śródrozdziałów pochodzą z płyt Hani Rani i Dobrosławy Czocher Inner Symphonies oraz Hani Rani Venice – Infinitely Avantgarde (Original Motion Picture Soundtrack).
[2] Podmiotem zbiorowym w tym eseju są moi najbliżsi – mąż i dzieci. Mimo że nie jest to łatwe, na wyprawy staramy się jeździć zawsze razem.
[3] Projekt Metropolis, red. Stanisław Ruksza, Fundacja Imago Mundi, Kraków – Bytom – Katowice 2015.
[4] Andrzej Brycht, Czerwony węgiel, Instytut Wydawniczy „PAX”, Warszawa 1960.
[5] Glenn A. Albrecht, Earth Emotions. New Words for a New World, Cornell University Press, Ithaca and London 2019.
[6] Z Czarnego Kraju. Górny Śląsk w reportażu międzywojennym, teksty wybrał i wstępem opatrzył Wojciech Janota, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1981.