Po najnowszym tomiku Łukasza Jarosza, „Już żywym, jeszcze umarłym”, czytelnik podróżuje w konkretnym kierunku i do jasno wyznaczonego celu. Od pierwszego wiersza do ostatniego; nie można zboczyć, nie wolno zabłądzić, nawet jeśli bardzo by się tego pragnęło. Ta nawykowa, najprostsza strategia odbiorcza zyskuje w tym wypadku rangę zasady organizacji świata przedstawionego i wzmacnia to, o czym jest mowa w całej książce. W tej poezji obowiązuje bowiem czas bezapelacyjnie dokonany, nawet jeśli chciałoby się łudzić, że znajdujemy się w nieustannym „teraz”.
Książkę otwiera wiersz „Wzrost” – jeden z niewielu operujących w dziecięcym anturażu: oglądamy krajobraz z rysowaniem, eksperymentami ze światłem i własnymi dłońmi, okraszony daną wprost deklaracją „jestem młody”. Jednak w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy przestaje rosnąć, a zaczyna starzeć, i ta epifania jest zarazem pointą pierwszego wiersza oraz tematycznym otwarciem całej książki.
Nie wiem, że śmierć mnie widzi. Dopiero
gdy w oknie zauważam jej mętny wzrok,przestaję być dzieckiem.
(s. 5)
Wyraźnie czuć, że dla Jarosza konstrukcja – tak pojedynczych utworów, jak i całej książki – jest bardzo ważna. Wobec nieuchronności końca, którego świadomość pogłębia się z każdym wersem, literacka architektura staje się sposobem na zaznaczenie obecności. W tomiku często jest mowa o kolejności wykonywania działań oraz rytuałach, które mają na celu pomóc w jak najpełniejszym wyzyskaniu każdej minuty istnienia. Ta potrzeba przejawia się zarówno w chęci tworzenia relacji z innymi ludźmi (zwłaszcza z rodzicami, córką), jak i w zaklinaniu rzeczywistości przy użyciu słów. Proces twórczy, wyraźnie stematyzowany, staje się gestem organizującym, ponieważ powołuje do życia i w nim utrzymuje. Mimowolnie jednak, jakby dla zachowania symetrii, im bliżej końca książki, tym bardziej język przestaje być formą walki o przetrwanie, a staje się czymś, co wtóruje przemijaniu: dzięki słowu można bowiem także orzec o śmierci. Siłą rzeczy więc przywoływane w utworach obrazy czy scenki rodzajowe podszyte są ostatecznością. Zatrzymanie kadru jest paradoksalnie tylko dowodem na to, że życie wyszło poza jego ramy.
Śledzenie kolei procesu rozsupływania tego, co zostało związane na początku książki, przysparza wiele odbiorczej satysfakcji. I tak na przykład w wierszu „Bajkopisarz” znajdujemy deklaracje takie jak: „To, co wymyślę, wcześniej czy później / stanie się prawdą. Rzeczywistość ulegnie słowom. […] Przywołuję postacie, bo powinny istnieć” (s. 6). Do tego w poincie wiersza po raz pierwszy wspomniany zostaje czas, a podmiot definiuje go dokładnie: „Czas nie wraca, czas się rusza. / Bo jest baśnią”. Wygląda więc na to, że nawet czas słucha, co się do niego mówi. Tymczasem pod koniec tomu moc języka zostaje wprost unieważniona:
[…] Śmierć
rozpruwa to, co słowny krawiec zszywa przez lata.
(„Ryt”, s. 44)
Początkowo podkreślana wiara w performatywną funkcję języka, z czasem wytraca impet, okazuje się nieuświadomionym nawykiem, a podmiot wielokrotnie będzie podważał ojcowską figurę demiurga.
Światem nie rządzi więc ani język, ani wola, ani nawet Bóg – wszystkie te żywioły ustępują śmierci. Ona sama charakteryzowana jest u Jarosza jako przemiana, a zatem przełamanie stałości. Motyw przeobrażenia przewija się zresztą w wielu wierszach i na różnych poziomach: dziecko staje się dorosłym, syn zajmuje miejsce ojca, ojciec powoli przestaje istnieć. Wszystko jednak zsuwa się po wyraźnie zarysowanej osi czasu. W książce Jarosza fascynujące są próby reorganizacji świata pomimo świadomości, że nie ma się wpływu na rządzące nim prawidła.
Chyba jedynym elementem, który nie podporządkowuje się obowiązującemu w tomie kierunkowi, jest jego tytuł. „Już żywym, jeszcze umarłym” zdaje się bowiem kpiną z szyku zdania, opisywania zasad, jedyną utrwaloną próbą dokonania wyłomu w strukturze nieuchronności. O tym, jak bardzo język chce korzystać z już wyżłobionego koryta, przekonałam się zresztą na własnej skórze, bo zwyczajnie miałam problem z zapamiętaniem takiej formy. Skłoniło mnie to do refleksji: o czym opowiadałaby książka, która nosiłaby tytuł „Jeszcze żywym, już umarłym” albo „Już umarłym, jeszcze żywym”? Taka fraza mogłaby wrzucić czytelnika w objęcia kolejnego kryzysu świata, jaki znamy. Tymczasem tytuł z okładki mówi o świadomym wyborze sposobu bycia w świecie, o pilności istnienia wbrew wszystkiemu. Jakby podmiot mówił: jeszcze wyszarpię ten moment.
Atmosfera panująca w tomiku jest zatem dość przytłaczająca. Spacer po wierszach przypomina z czasem coraz bardziej zwiedzanie prosektorium. Utwory ze stali nierdzewnej, czyste i doskonałe w formie, dopracowane do ostatniego znaku – sprawiają (może właśnie przez tę martwotę?), że jest się tu przeraźliwie samotnym. Każdy dźwięk niesie się tu echem, odbija od powierzchni, aż wreszcie traci sens.
Za oknem świat – zimne jajo złożone
przez Boga. Muszę wracać i nic nie mówić.
Bo trudno powiedzieć coś przeciw śmierci.
(„Wiersz”, s. 9)
Ile w tym wyznaniu jest pokrewieństwa z różewiczowskim „życie bez boga jest możliwe’? Zdaje się, że w „Już żywym, jeszcze umarłym” po prostu nie ma instancji wyższej. Wszystko jest horyzontalne, rozpięte na nieodwracalnej osi czasu. Gest odrzucenia Boga traci tym samym na znaczeniu. On i ludzie są po tej samej, podporządkowanej śmierci stronie, nawet zbawienie nie jest już perspektywą uznawaną za kuszącą:
[…] Wybieram życie, nie chcę
wstawać z martwych, jak mi przed chwilą
po raz kolejny obiecano w kaplicy.
(„Przemiana w materii”, s. 18)
Podczas lektury tych przejmujących wierszy ma się wrażenie, że zabrnęło się w ślepy zaułek. Tylko czy nadzieja rzeczywiście może tak zupełnie opuścić poezję? Światełko w tunelu, które odbiorca jest w stanie zauważyć, nie jest jednak zwiastunem wyjścia z ciemności, ale jarzącym się kinkietem, na którym nie sposób nie skupić wzroku, nurzając się w żałobnej czerni. Pomimo wszystko w tych wierszach zaszyta jest czułość, podobna do tej tytułowej z wiersza Norwida, która ukrywa się w plecionce z włosów, na której wdowiec trzyma zegarek. Skojarzenie to zdaje się uprawnione tym bardziej, że u Jarosza zostaje ona także skorelowana z czasem; to czułość dla epizodycznego bycia.
[…] Myślimy,
że skoro czas upływa, postarza nas i upokarza, to nas
nie kocha. A on nas kocha. Tuli, jest ciepły jak skóra,
chleb. Tęsknie na nas patrzy, gdy wybiegamy z domu
i oglądamy się, machając w puste okna.
(„Funkcje życiowe”, s. 21)
W tym miejscu można by zadać pytanie, czy czułość, na którą nawet upływający czas nie może znaleźć sposobu, jest w ogóle potrzebna – bo czy coś naprawdę dzięki niej się zmienia? Ale lektura „Już żywym, jeszcze umarłym” oducza analizowania podobnych wątpliwości. Zwyczajnie szkoda na nie czasu; te sprawy są większe od nas i możemy co najwyżej odczuwać wdzięczność, że miłość jest jednak komponentem świata, po którym przyszło nam przemknąć.
Jak wspomniałam na początku, przez książkę Jarosza można przejść tylko w jednym kierunku, nanoszenie poprawek czy powrót nie wchodzą w grę. Jest coś naturalnie tragicznego w nieodwracalności przeszłości, nie sposób nie dać się temu uwieść:
Przed wyjazdem dojadłem czerstwy chleb,
wyczyściłem resztki po sobie. Nie było mnie
tu nigdy. […]
(„Ostatni spacer”, s. 39)
Zastosowana w powyżej cytowanym fragmencie przerzutnia – „Nie było mnie / tu nigdy” – mnoży wszechobecne nieistnienie. Niebyt manifestowany jest w tomie na różnych poziomach – można nie być w konkretnym miejscu lub czasie, w sytuacji, a wreszcie: nie być żywym. Ten pusty świat jest nawiedzony przez zmarłych bliskich (i dalekich), o których pamięta się w snach i opowieściach, a nawet w pytaniach pozostawionych bez odpowiedzi. Wśród, zdawałoby się, osobistych rozważań o (nie)byciu i (nie)pamięci podmiotu znalazło się także miejsce na wiersz „Ulice Tod”, inspirowany, jak dowiadujemy się z przypisu, książką „Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu” Anny Bikont, w którym głos oddaje się jej bohaterkom, jakby na przekór konieczności zachowania przez nie milczenia o tym, kim są. Nie sposób czytać tych wierszy, nie wzruszając się, nie czując dreszczy.
W tomiku Jarosza wszystko w naturalny sposób ciąży ku końcowi, a dwa ostatnie wiersze ważą szczególnie dużo. Utwór tytułowy, umieszczony w tomiku jako przedostatni, ma inną strukturę niż wcześniejsze, czyta się go niemal jak instrukcję czy wypisy dla jak najlepszego użytkowania czasu, który pozostał. Bardzo wyraźnie w nim czuć to, co wcześniej mogliśmy jako odbiorcy jedynie przypuszczać: każda chwila to pożegnanie, podczas gdy nie chcemy jako ludzie pozbyć się złudzenia, że żegnać będziemy się dopiero kiedyś, w przyszłości.
[…] Niczym zima – spakować
manatki, odejść. Schodzić po schodach, słysząc, jak ojciec
przekręca za twoimi plecami klucz. Zlikwidować swoją historię,przeszłość i ruszyć. Iść tak, jakby ktoś na nas patrzył.
Nie zapominać, że się kocha.
(„Już żywym, jeszcze umarłym”, s. 47)
Tomik mógłby się w tym miejscu skończyć, jednak Jarosz, z napastliwą precyzją, nie daje się temu końcowi ziścić. Chociaż tyle możemy zrobić, o tyle przeciągnąć czas na naszą korzyść. Sprawy mają się tak, że nie było nas, jesteśmy na chwilę i już za chwilę znowu nas nie będzie – lecz zanim znikniemy, dajemy sobie jeszcze chwilę, żeby przyznać, jakimi szczęściarzami
jesteśmy, bo przecież
[…] Tego wspomnienia,słów mogłoby nie być. Mnie zresztą też: tuląc
przeszłość, nie czuję, że jestem chory, trawię czas.
Nad zamarzniętym stawem patrzę na obłoki
szamotane noworocznym wiatrem,zaznaczam obecność śladami na śniegu, splunięciem.
(„Ostatni wiersz”, s. 48)
Tyle musi wystarczyć – przecież od zawsze wystarczało. Gdy się nad tym dobrze zastanowić, to ostatecznie jasna myśl.