Nr 8/2026 Na teraz

Czytelnik jako czwarta ściana

Łukasz Żurek
Literatura Recenzja

W jednym z wywiadów Justyna Kulikowska mówiła, że po tym, jak w poprzednich tomach poetyckich ćwiczyła się w rozpaczy i gniewie, teraz chciałaby przećwiczyć zachwyt. Jak zapowiadała, tak zrobiła: piąta książka Kulikowskiej – „Wnyki dla światła” – nie tylko zachwyca, ale też opowiada o zachwycie i pięknie. Obie te kategorie łączą się z autobiograficznym, konfesyjnym wymiarem pisarstwa Kulikowskiej.

Sama poetka zachęca zatem, by na najnowszy tom patrzeć przez pryzmat doczasowej twórczości. Zanim więc o samych „Wnykach…” – rzućmy okiem na dotychczasowe książki autorki. Kulikowska zadebiutowała w 2018 roku tomem „Hejt i inne bangery” – zbiorem, jak sama przyznaje, dość przypadkowym (znalazły się w nim wiersze, które pisała, mając jeszcze 17 czy 18 lat). „Hejt…” wprowadził zarówno istotne dla jej późniejszej twórczości wątki (klasowy wstyd, przemoc, powtórzenie i zapętlenie), jak i takie, które chwilę później z niej zniknęły (zglitchowane, cyfrowe doświadczenie). Debiut poetycki w niczym jednak nie zapowiadał tego, jaką postać przyjmie poezja Kulikowskiej w następnych książkach: w tomach „Tab_s” (2020), przełomowym „gifcie. z Podlasia” (2021) oraz „Obozie zabaw” (2023). Od drugiego tomu Kulikowska zaczęła rozwijać fascynujący projekt wieloczęściowego poematu, w którym obsesyjny namysł nad formą (powracające autotematyczne formuły: hermetyczność zdania, mechaniczność/wyporność frazy, dystych…) oraz kategoriami takimi jak prawo, pamięć, wina, wstyd, konieczność czy prawda splata się z równie obsesyjnym rekonfigurowaniem, komentowaniem obrazów wskazujących na kluczowe dla autorki doświadczenia (powracające obrazy: niebieski pokój przesłuchań, drzwi w grajewskiej prokuraturze, strych i sznur, pęknięta kość, elektryczna lampka…).

Od „Obozu…” – książki napisanej po nagrodzonym Nagrodą Literacką „Gdynia” i nagrodą im. Kazaneckiego „gifcie…” – istotne dla Kulikowskiej zaczyna być problematyzowanie faktu, że jej poezja jest przez kogoś czytana, oceniana, komentowana. Jak gdyby wraz ze wzmożonym zainteresowaniem czytelników (chociażby tych stanowiących część pola eksperckiego: krytyków, członków jury…) autorka odkryła niezbywalnie publiczny charakter swojej – bardzo osobistej – poezji i wyciągnęła z niego konsekwencje formalne. Kulikowska wciąż objaśnia Kulikowską, ale od „Obozu…” robi to w naszej obecności. Dlatego pełno w tym tomie fragmentów, w których poetka jednocześnie stawiała pytania o etyczność swojej poezji oraz umieszczała czytelnika (a być może także siebie jako czytelniczkę swoich wierszy) w niewygodnej pozycji kogoś, komu wytyka się wyższość czy podglądactwo. Trudno było nie zauważyć, że Kulikowska tak obsesyjnie objaśnia Kulikowską właśnie dlatego, że chce być właściwie zrozumiana; że zależy jej na wykształceniu określonej relacji z czytelnikiem.

Jak sądzę, nie sposób w pełni zrozumieć i docenić „Wnyków…” bez kontekstu poprzednich książek Kulikowskiej. Najnowszy tom poetki jest bowiem przekształceniem obecnych wcześniej w jej projekcie napięć w nową, bardziej złożoną całość. Co się na tę całość składa?

Począwszy od otwierającego tom wersu „I do mnie należy wiejska dyskoteka traum” („Mała rewolta”), przez tytułowe wnyki, frazy takie jak „[u]swoić nienawiść” („Cztery rzuty bumerangiem:”), a skończywszy na motywie złodziejstwa nazywania („Wypis ze straty”, „Cztery rzuty bumerangiem:”), Kulikowska przetwarza figurę brania czegoś, zawłaszczania. Osobliwe to jednak zawłaszczenie, skoro tom poprzedza dedykacja „dla Wszystkich”. Na trop, co właściwie poetka posiada na własność i jak mamy tę własność rozumieć, naprowadza wiersz *** [„Zapytaj ponownie”]:

Do mnie należy: dębowy pieniek, gałąź jabłoni, jutowy sznur, hamak
i bezpańskie psy wałęsające się po Żebrach

Pierwsze trzy z wymienionych elementów – pieniek, gałąź, sznur – to rozpoznawalne dla czytelników Kulikowskiej metonimie osobistej tragedii oraz jej konsekwencji, do których powracała na przestrzeni ostatnich tomów. Inicjalne „I do mnie należy” trzeba by więc rozumieć jako przyznanie się do bycia obciążoną traumą, ciężarem pamięci o tym, który nie powrócił „z długiej podróży na strych” („Moja mała rewolta”). Następne elementy wyliczenia tę interpretację nie tyle jednak kwestionują, ile komplikują. Hamak to specyficzna dla „Wnyków…” metapoetycka alegoria; Kulikowska rozwiesza go między „porządkiem rzeczy” a „porządkiem języka”, leży na hamaku „rozwieszonym między frazami, / stając się złodziejem każdego z języków” (*** [„Rozwieszam hamak…”]). Jednocześnie hamak to po prostu hamak – przedmiot, nie figura. Z kolei psy z podlaskiej wsi Żebry, jako „bezpańskie”, są najdosłowniej niczyje. W jakim sensie więc należą do poetki?

okładka książki przedstawia kolaż grafik

Mogą być zarówno zaczepionym w podlaskiej rzeczywistości wspomnieniem (częścią osobistej mitologii?), jak i elementem napisanego przez nią właśnie wiersza, w czym przypominałyby pieniek, gałąź, sznur i hamak. Wszystkie elementy wyliczenia pojawiającego się w *** [„Zapytaj ponownie”] należą zatem do Kulikowskiej w tym sensie, że są częścią jej frazy, o której w wierszu „Wypis ze straty” czytamy: „oprócz biurka i materaca / wyłącznie ją posiadam na własność”. Do Kulikowskiej należą więc jej doświadczenia oraz napisane przez nią książki, w których te doświadczenia przetwarzała, a „Wnyki…” dotyczą między innymi różnicy między jednym a drugim – między tym, czego się doświadczyło, a tym, co się napisało. Tę różnicę Kulikowska chce w każdym wierszu przekroczyć lub sproblematyzować.

I właśnie ta różnica wydaje się źródłem centralnego dla „Wnyków…” tematu zachwytu i piękna. A także powodem, dla którego – w porównaniu z poprzednim tomem, „Obozem zabaw” – w najnowszej książce dochodzi do drobnego przesunięcia w relacji z czytelnikiem.

Istotny dla uchwycenia splotu tych zagadnień jest cykl czterech wierszy rozpoczynających się od frazy „A jeśli przyniosę dla was piękno”. Kulikowska tworzy w nim quasiprojekt nienapisanego utworu, zdolnego opowiedzieć „piękno pamięci o końcu zmiany w fabryce przy Neasden”, „[p]iękno sygnatury przegranej sprawy” czy „piękno ludzi zasiadających na skraju / ławek ze zwieszonymi jak nad urwiskiem nogami”. Najbardziej zaskakujące jest to, że w ostatnim wierszu z cyklu pojawiają się także wspomniane już metonimie osobistej tragedii: „Piękno schodów, piękno drewnianej belki i piękno prześcieradła” oraz – co prawda opatrzone znakiem zapytania – „Piękno podróży na strych”. W tym momencie orientujemy się, że powracające w cyklu „piękno pęknięte”, „[p]iękno setki, tysiące, miliony razy złamane” to tak naprawdę piękno przynależne książce, a nie życiu czy powracającemu we „Wnykach…” wielokrotnie „pokracznemu porządkowi rzeczy”. Mówiąc inaczej: to, co Kulikowska rozpoznaje jako piękne w konkretnych doświadczeniach wyzysku, biedy, przemocy czy utraty bliskiej osoby, może takie być dla kogoś innego niż ona sama tylko jako element frazy, w której to do autorki „należy ostatnie słowo” (*** [„Zapytaj ponownie…”]). Poetka jest doskonale świadoma dwuznacznego charakteru tej wymiany między życiem a formą, co dobrze obrazują figury landlorda szaleństwa (*** [„Co, jeśli moje wnyki pozostaną puste…”]) czy landlorda rozpaczy („Wnyki V”). Nigdy jednak z niej nie rezygnuje.

Takie rozumienie piękna wydaje się ważne dla obu ustanawianych we „Wnykach…” relacji – względem przeszłości oraz względem czytelnika. Jako że opiera się ono na różnicy między doświadczeniem a frazą, pozwala zdystansować się od traumatycznych doświadczeń i jednocześnie powracać do nich w kontrolowany sposób, na przykład poprzez adresowanie wiersza do zmarłej bliskiej osoby. Skoro przywiązanie do kategorii piękna implikuje zaabsorbowanie tym, jaka jest książka, a nie tym, jak zareaguje na nią czytelnik, to umożliwia ono wyznaczenie czytelnikowi roli kogoś, kto jednocześnie jest zauważany i ignorowany:

[bo nie przed wami
będę się tłumaczyć]
(*** [„Teraz zagwiżdż…”])

[…] Chodzi mi o to,
aby przez dwadzieścia sześć lat powtarzać jeden wers
[w domyśle: precyzja jest kwestią najistotniejszą?].
Nie dla laurów, ale żeby trafić:
(„Cztery rzuty bumerangiem:”)

Ten podwójny ruch rozpoznania i zanegowania naszej obecności – pozbawiony jednak antagonizującego wektora znanego z „Obozu…” – najlepiej streszcza tytuł jednego z wierszy z tomu: „Powtórka, bo roszczę sobie prawo, by rolować frazę do upadłego, aż wam i mi obrzydnie, czwarta ściano”. W 1758 roku Denis Diderot uznawał teatralną iluzję czwartej ściany oddzielającej scenę od publiczności za wymóg pozwalający aktorom nie grać pod publiczkę, na efekt. W 2025 roku Kulikowska postanawia ten gest zradykalizować – zrobić z czytelników swojej książki czwartą ścianę, utożsamić ze sobą iluzję oddzielenia od publiczności oraz samą publiczność. Tylko dzięki jednoczesnemu zmniejszeniu i ustanowieniu dystansu względem książki możemy docenić piękno tego, w jaki sposób poetka udźwignęła nienawiść, nazwę i frazę. Bo zrobiła to nader precyzyjnie i „nader bezczelnie”.

Justyna Kulikowska, „Wnyki dla światła”
WBPiCAK
Poznań 2025