Chciałoby się powiedzieć, że twórczość zmarłego przed prawie osiemdziesięciu laty George’a Orwella przechodzi obecnie renesans popularności, ale byłaby to duża nieścisłość – ona nigdy nie straciła na aktualności. Mechanizmy zdobywania władzy, manipulowania społeczeństwem czy propagandy, opisane przez brytyjskiego pisarza w jego najbardziej znanych utworach, czyli powieściach „Rok 1984” i „Folwark zwierzęcy”, są na tyle uniwersalne, że za ich pomocą można opowiadać o różnych epokach i czasach – zarówno o dwudziestowiecznych systemach totalitarnych i (nie)udanych rewolucjach, jak i o praktykach stosowanych przez współczesnych polityków oraz globalne koncerny technologiczne. Tylko w ostatnim sezonie teatralnym powstały przynajmniej cztery nowe adaptacje dzieł tego autora. Szymon Kaczmarek przeniósł na scenę Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze „1984”, a Wojciech Kościelniak w Teatrze Ludowym, Konrad Dworakowski w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora oraz Marta Streker w Teatrze Polskim we Wrocławiu wystawili „Folwark zwierzęcy”. Niesłabnącej popularności twórczości Orwella dowodzi także spodziewana najbliższej jesieni kinowa premiera animowanej ekranizacji tej powieści (reż. Andy Serkis) oraz fakt, że jednym z największych przebojów tegorocznej edycji Millennium Docs Against Gravity okazał się film dokumentalny Raoula Pecka „Orwell: 2 + 2 = 5”, który ukazuje współczesnych polityków i praktykę ich działań przez pryzmat „Roku 1984”.
Wśród wielu powodów popularności dzieł Orwella najważniejsze wydają się dwa: ich uniwersalność oraz alegoryczność. Za pomocą „Folwarku zwierzęcego” można – znacznie łatwiej niż na przykład poprzez „Biesy” Fiodora Dostojewskiego czy „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego – opowiadać o upadku idei i pożeraniu przez rewolucję jej własnych dzieci. W powieści Orwella najważniejsze treści są wyeksponowane; nie trzeba się do nich „przedzierać” przez wielopoziomową interpretację lub zawiłą fabułę. Łączy się to również z pewnym niebezpieczeństwem: gdy adaptatorzy i adaptatorki próbują uprościć lub jeszcze bardziej wyjaskrawić znaczenia – i tak dość prostej i czytelnej paraboli „Folwarku zwierzęcego” – mogą wpaść w pułapkę dosłowności lub patosu. Żeby tego uniknąć, Streker przygotowała w Teatrze Polskim we Wrocławiu dwie wersje tego samego spektaklu: jedną dla dorosłych („Folwark zwierzęcy”), a drugą familijną, adresowaną do dzieci („Gospodarstwo zwierząt. Opowieść”). Zasadnicza różnica pomiędzy tymi realizacjami – co wskazała reżyserka w wywiadzie udzielonym „Wrocławskiemu Niezbędnikowi Kulturalnemu” – polega na ich różnych zakończeniach: „Zdecydowaliśmy się wersję familijną spektaklu zakończyć pozytywnie, ale pozostajemy blisko rzeczywistości orwellowskiej”. Z kolei w przypadku „Folwarku…” na znaczeniu zyskał temat starości:
Zapytałam samą siebie, który fragment tego tekstu naprawdę mnie porusza. I odpowiedzią była obietnica stworzenia wybiegu dla zwierząt w wieku emerytalnym – tej „łączki starców”. Kiedy Napoleon dochodzi do władzy, szybko z tej obietnicy rezygnuje. Bokser zostaje wywieziony z folwarku, gdy swoim stanem zdrowia zaczyna stwarzać problemy. To mocno rezonuje ze współczesnością. Mamy dziś skłonność do wypierania obecności osób starszych. W świecie mediów społecznościowych one właściwie nie istnieją.
Skupienie się na niedoli najstarszych bohaterów to bodaj najważniejszy zamysł reżyserki i autora adaptacji (adaptacja i dramaturgia: Piotr Froń), realizowany nie tylko poprzez tematyzowanie starości, lecz także obsadzenie w dwóch kluczowych rolach przedstawicieli starszego pokolenia aktorów. W postać Boksera wciela się 79-letni Edwin Petrykat, a Koniczyny – 77-letnia Teresa Sawicka. Opowieść o wywołanej i nadzorowanej przez świnie – niepojawiającego się na scenie Starego Majora, Napoleona (Anna Haba) i Kwika (Krzysztof Brzazgoń) – rewolucji ujawnia w ten sposób dodatkowe znaczenia. Dla Boksera i Koniczyny zryw przeciwko ludziom nie jest młodzieńczym buntem ani jedną z wielu możliwych prób zawalczenia o lepsze życie i bardziej sprawiedliwy świat. To być może ich ostatnia szansa na wykonanie gestu oporu oraz jedyna nadzieja na odmianę losu przed śmiercią. Tym większym tragizmem znaczone jest ich położenie – ostatnie miesiące życia spędzają przy pracy, skutecznie okłamywani i zwodzeni przez Napoleona i Kwika. Świnie to doskonali manipulatorzy: przekonują pozostałych, że to właśnie one powinny przewodzić gromadzie i wmawiają jej członkom, że pijąc krowie mleko nie tyle korzystają z uprzywilejowanej pozycji, ile poświęcają się dla dobra ogółu (bo jeśli nie będą tego robić, wróci Pan Jones). Napoleon wmawia też wszystkim – niczym Ludwik XVI, któremu przypisuje się znamienne słowa: „Państwo to ja!” – że bez niego nic nie byłoby możliwe: „Nie jestem przywódcą rewolucji, jestem rewolucją!”. Nie wszyscy ulegają tej propagandzie – podczas gdy Bokser ślepo wierzy w utopijne wizje Napoleona i Kwika, posłusznie wykonując przypisane mu obowiązki, Koniczyna i osioł Beniamin (Agata Obłąkowska-Mazurkiewicz) są bardziej sceptyczni. Żadne z nich – nawet w obliczu kolejnych niepokojących zmian – nie jest jednak w stanie zbuntować się i przeciwstawić decyzjom świń.
Wyeksponowanie wątku starości – zyskującego największą widzialność w scenie wywozu Boksera do rzeźni – nie zmienia ani znaczeń, ani diagnozy społecznej powieści Orwella. Na wymowę przedstawienia nie wpływa też fakt, że Napoleona gra w nim nie mężczyzna, lecz kobieta. Mimo to w jednej ze scen któraś z postaci lub któryś z pojawiających się na scenie statystów (Paweł Stanaszek, Bogdan Dyląg, Andrzej Sus, Łukasz Szyszka, Mateusz Stasiuk) obwiązuje aktorce bandażem biust – najpewniej po to, by z postury przypominała bardziej mężczyznę. Nie rozumiem tego gestu. Czy to wyraz wiary w to, że kobiety nie są skłonne do czynienia podobnego zła? Że należy upodobnić się do mężczyzny, by stać się tyranem? Jeśli tak, to dlaczego w tej roli obsadzono aktorkę, a nie aktora? Przedstawienie, powstałe – jak większość ostatnich premier Teatru Polskiego we Wrocławiu – z wykorzystaniem metody SCRUM, wybrzmiewa jako wierna oryginałowi inscenizacja znanego tekstu. Streker i Froń nie wygrywają nowych znaczeń, nie ukazują mniej oczywistych relacji i napięć między postaciami, nie aktualizują w żaden sposób sensów powieści ani nie traktują jej jako pretekstu do opowiadania o współczesnym świecie. Spektakl wydaje się przez to bardzo zachowawczy, niemal wtórny wobec literackiego pierwowzoru, a miejscami nawet nużący i przesadnie dosłowny. Nie wiadomo, co skłoniło twórców i twórczynie do pracy z tym akurat tekstem, co za jego pomocą chcieli powiedzieć i do czego się odnieść. Wiemy, że rewolucja, którą wszczęły zwierzęta walczące o lepsze jutro, odwróciła się przeciwko nim. Świnie, kiedy przejęły władzę, stały się gorsze od Pana Jonesa. Ideał sięgnął bruku – zawsze znajdą się tacy, którzy sprzeniewierzą się najważniejszym wartościom w imię własnego dobra. Czy trzeba przychodzić do teatru, aby się tego dowiedzieć? Spektakl Streker nie wychodzi poza najbardziej oczywiste egzegezy powieści Orwella ani nie wchodzi z nią w twórczy dialog. Jest zaledwie jej sceniczną ilustracją.
Potencjał interpretacyjny wrocławskiego „Folwarku zwierzęcego” zawęża już jego scenografia (scenografia i kostiumy: Katarzyna Leks), która w bardzo dosłowny sposób ustanawia i ukazuje hierarchię mieszkańców gospodarstwa. Lewą stronę sceny, należącą niegdyś do człowieka, a po jego wypędzeniu okupowaną przez świnie, wypełniają eleganckie, złocone krzesła i fotele, oświecane przez pałacowy kandelabr (reżyseria światła i wizualizacje: Artur Sienicki). Po stronie prawej, przypisanej Koniczynie, Bokserowi i Beniaminowi, znajdują się pojedyncze snopy siana, metalowa karuzela o funkcji kieratu i ekran, na którym wyświetlane są między innymi nazwy kolejnych upływających miesięcy. Gdy Napoleon i Kwik, ubrani w grube futra (będące znakiem wyrachowania, demoralizacji i obojętności świń na cierpienie innych zwierząt), przesiadują w wygodnych fotelach, pijąc pożywne mleko, pozostałe zwierzęta krążą, napędzając kierat. Ich wysiłek wydaje się pozbawiony sensu: ile by nie pracowali, czego by nie zrobili, jak bardzo nie byliby wierni rewolucji, nigdy nie czeka ich wytchnienie ani nagroda, bo urządzenie, do którego zostały przypięte, może obracać się bez końca. Kres ich pracy wyznaczy dopiero śmierć.
Najciekawsze w przedstawieniu Streker są sceny, w których pierwsze skrzypce gra Agata Obłąkowska-Mazurkiewicz. Aktorka z dużą psychologiczną i emocjonalną wiarygodnością ukazuje proces zdobywania przez Beniamina wiedzy na temat efektów zaprowadzonej w folwarku rewolucji. To osioł odkrywa, że wycieńczony pracą Bokser został zabrany do rzeźni, a nie do szpitala. Przejmująca okazuje się również finałowa scena, podczas której Beniamin opowiada o konszachtach między ludźmi a świniami. Mówiąc o ich spotkaniu, którego był świadkiem, popada w obłęd – wyznaje, że przyglądając się siedzącym przy jednym stole świniom i ludziom, nie był w stanie odróżnić, kto jest człowiekiem, a kto zwierzęciem. Słowa te – wypowiadane na bezdechu przez zalewającą się łzami aktorkę – są wyrazem głębokiego rozczarowania bohatera, uświadamiającego sobie, że rewolucja, której był częścią, nie tylko nie przyniosła oczekiwanej zmiany, lecz także doprowadziła do całkowitego zatarcia granicy, pierwotnie dzielącej oprawców i ofiary. Świat Beniamina legł w gruzach; przecież zwierzęta, wszczynając swój bunt, powtarzały: „Całe zło, którego doświadczamy, wynika z tyranii ludzi”.
Wrocławski „Folwark zwierzęcy” stanowi przykład dobrze zagranego i zrealizowanego spektaklu, nieprzekraczającego najbardziej oczywistych znaczeń literackiego pierwowzoru. Twórcy i twórczynie nie proponują nowych interpretacji kanonicznego już tekstu, jakby pozostawali obojętni na to, co dzieje się dziś na świecie. Streker, próbując snuć uniwersalną refleksję o rewolucjach i rezygnując z szukania dla nich bardziej precyzyjnych analogii czy kontekstów, po prostu przenosi na scenę dobrze znane dzieło Orwella. Ma do tego pełne prawo. Pytanie tylko: po co? Jej przedstawienie pozbawione jest politycznych ambicji, nie zmusza do refleksji, niczego nie przewartościowuje, nie demaskuje i o nic się nie upomina. Wszystkie jego – przechwycone z powieści – sensy wyłożone są wprost, a nowe nie zostały naddane. Smutną prawdę o rewolucji znamy od dawna. Dziś, zwłaszcza przed nadchodzącym rokiem wyborczym, wolałbym jednak dowiedzieć się na przykład tego, kto uzurpuje sobie rolę zbawcy narodu, rasy czy ludzkości w imię realizacji własnych celów i interesów.