Nr 16/2022 Na teraz

Punk Floyd

Tomasz Bąk
Muzyka

W stodołach można znaleźć bardzo różne, niekiedy osobliwe rzeczy: wyprodukowane w 1967 roku ferrari 330 GTS spider, które można potem sprzedać na aukcji za nieco ponad dwa miliony dolarów, lub samolot Grumman F8F Bearcat, którego pewnym nakładem sił i środków uda się parę miesięcy później oderwać od ziemi. Conrad Keely, Jason Reece i ich niby nowi, ale od lat związani z teksańską sceną muzyczną koledzy (basista Alec Padron, perkusista/gitarzysta Ben Redman, odpowiedzialny za klawisze Aaron John „AJ” Vincent i dlaczego-nie-kolejny gitarzysta John Dowey) postanowili poszukać w stodole muzycznej inspiracji po przerwie wynikającej z lockdownu. Zdaję sobie sprawę z tego, że słowo „inspiracja” ciągnie za sobą dość nieporęczny i nieco ponadwymiarowy bagaż, tym razem jednak nie wypada go nie użyć: …And You Will Know Us By The Trail Of Dead stworzyli w stodole w pełni funkcjonalne studio, by nagrać album, który będzie większy niż ich nazwa, dotychczasowe dokonania oraz sam zespół. Zatytułowali go „XI: Bleed Here Now”.

Osoby cierpiące na popularny wśród muzyków GAS (Gear Acquisition Syndrome, syndrom ciągłego gromadzenia sprzętu) pewnie nie przejdą obojętnie obok informacji o tym, co znalazło się w stodole: muzycy wygospodarowali miejsce na trzy stanowiska gitarowe, co miało ułatwiać im wędrówki po studiu, przestrzeń na dwa zestawy perkusyjne, z których wykorzystania zespół niegdyś słynął, zapas syntezatorów na czarną godzinę oraz legendarny głośnik Leslie, czyli urządzenie, które pojawiało się na płytach The Beatles, Cream czy Pink Floyd. Zaprojektowany pod koniec lat trzydziestych sprzęt pozwala osiągnąć bardzo naturalnie brzmiący efekt zbliżony do tremolo, który dla środowisk skupionych wokół gitary elektrycznej jest czymś pomiędzy syreną, Wielką Stopą, świętym Graalem i puszką Pandory z ołówkiem w środku. Jeśli czujecie, że znajdujemy się w dad-rockowych rejonach, które nie do końca przystają do autorów post-hardcore’owych szlagierów przełomu wieków, to dodam jeszcze, że płyta została nagrana w sposób kwadrofoniczny, o czym zresztą informuje adnotacja umieszczona na pierwszej stronie okładki. Dla polskich fanów grupy nie musi to być najgorsza wiadomość pod gorętszym niż kiedykolwiek słońcem: jeśli festiwal w Dolinie Charlotty powróci do swoich korzeni, czyli powrotu do korzeni, to być może za kilka lat będziemy podziwiać tam …And You Will Know Us By The Trail Of Dead.

Nagranie trwającego 74 minuty koncept-albumu z kwadrofonicznym dźwiękiem w epoce streamingu może się wydawać zbędnym luksusem, ale pozwoliło grupie na zorganizowanie specjalnego, przedpremierowego odsłuchu w berlińskim Musikbrauerei, któremu towarzyszyła wystawa prac Conrada Keely’ego. Wspominam o tym z kronikarskiego obowiązku, bo berlińskie wydarzenie, jak i większość innych wydarzeń, zwyczajnie mnie ominęło, a na pamiątkę zostało mi wielonarządowe FOMO. Dobrze jednak wiedzieć, że muzycy ToD znaleźli dla siebie odpowiednie miejsce: zdaje się, że ze swoimi artystycznymi ambicjami od zawsze pasowali bardziej do Berlina niż Austin, i właśnie to poczucie niedopasowania do oczekiwań teksańskiej publiki dało nam „Madonnę”, „Source Tags & Codes” oraz te wszystkie albumy, które nagrali pomiędzy „ST&C” i „Lost Songs”.

O czym jeszcze może świadczyć nagranie płyty z kwadrofonicznym dźwiękiem? O ambicjach artystycznych Conrada Keelya? O przesunięciu akcentów z Punk na Floyd? A może o tym, że …And You Will Know Us By The Trail Of Dead tak naprawdę funkcjonują w przynajmniej trzech planach czasowych: w złotej erze rocka progresywnego, na przełomie tysiącleci oraz w chwili, która może być uznawana za wyjątkowo trudną, a o której kiedyś będziemy opowiadać jako o całkiem niezłych czasach? Bo czasy, przynajmniej dla ToD, okazały się całkiem niezłe: w wywiadzie udzielonym New Noise Magazine Keely powiedział, że kluczem do nagrania „XI: Bleed Here Now” były dobra zabawa i wspólne spędzanie czasu, co miało odróżnić tę sesję od prac nad poprzednim albumem, który – pomijając singlowe „Don’t Look Down” – faktycznie brzmiał, jakby trzymał się na bezpieczny dystans od radości. Tym razem miało być inaczej, o czym może świadczyć miły gest w kierunku wuefistów i wynalezienie gry łączącej piłkę nożną i frisbee. Frizball umilał muzykom popołudnia i wieczory, a choć jego zasady prawdopodobnie wciąż nie doczekały się kodyfikacji, należy uznać to za pewien progres w stosunku do dotychczas podejmowanych przez grupę aktywności (jak przegrywanie batalii z żubrówką przed koncertem na Off Festivalu).

Dwadzieścia lat po „Source Tags & Codes” zespół ma więc ogromne ambicje, nowy skład, umiejętność poruszania się po różnych planach czasowych, innowacyjną i potencjalnie kasową aktywność fizyczną, stodołę, mądrość życiową, zamiłowanie do górskich wycieczek, kwadrofoniczny dźwięk oraz legendarny status. Sprawdźmy, jak przekłada się to na zawartość ich jedenastego albumu długogrającego.

Jako pierwsza w ucho rzuca się zdecydowana przewaga średnich i wolnych temp: pomijając dość brawurowe, przypominające to, co w pewnych kręgach uchodzi za „stare, dobre czasy”, a trwające całe 82 sekundy, „Kill Everyone”, można zauważyć, że utwory są raczej monumentalne lub zrelaksowane niż wściekłe. Ciężko powiedzieć, czy to kwestia atmosfery w stodole, chęci skupienia się na niuansach brzmieniowych, czy efekt godnego starzenia się, które tym razem dotyczy nie tylko spożywanych wieczorami przez muzyków trunków, w każdym razie jesteśmy zdecydowanie bliżej wydanego w 2014 roku „IX” niż poprzedzającego go „Lost Songs”. Podobieństw do dziewiątki jest zresztą znacznie więcej: to chociażby wykorzystanie na szeroką skalę wzbogacających brzmienie całości syntezatorów oraz skupienie się na melodii i opowieści, a nie na riffach. Przykładem takiego podejścia jest wybrane na singiel „Penny Candle”, które w warstwie tekstowej wydaje się próbą zaklinania pandemicznej rzeczywistości. Po kilkunastu przesłuchaniach całości mogę się już chyba pokusić o adnotację, że poszczególne utwory z „XI: Bleed Here Now” znacznie lepiej bronią się w kontekście całego albumu niż wyciągane z niego pojedynczo – co jest ryzykowną strategią wobec obowiązujących sposobów słuchania muzyki. Wydaje się, że to właśnie brak jakichkolwiek kalkulacji jest najlepszą rekomendacją do sięgnięcia po ten album. Niekoniecznie jest to coś nowego dla grupy, bo z „IX” też było ciężko wybrać pojedynczy błysk, a złośliwi pewnie dodaliby, że ToD nagrało też kilka albumów, na których było wszystko poza błyskiem, ale nie jesteśmy przecież złośliwi.

Ucho wyłapuje także świetnie wypadające występy gościnne: bardzo wyciszone, wypełnione delikatnymi arpeggiami gitary „Growing Divide” z udziałem znanego ze znajdującego się w świetnej formie Spoon Brittem Danielem, które jest gwałtowną zmianą po wspomnianym już, najbrutalniejszym na płycie „Kill Everyone”. Prawdziwa perła pojawia się jednak w drugiej połowie albumu. Nagrane z Amandą Palmer „Millennium Actress” pojawiło się w sieci kilkadziesiąt godzin przed premierą „XI: Bleed Here Now” i momentalnie wzbudziło ogromne zainteresowanie, które przełożyło się na około 1000 wyświetleń na YouTubie (wyklikane do momentu, w którym udało mi się dotrzeć do tego singla). Prawdziwym tematem dla czytelników portali muzycznych okazał się sam gościnny udział, jak się miało okazać, budzącej gdzieniegdzie kontrowersje wokalistki the Dresden Dolls, niż wyjątkowo udany, bogato zaaranżowany i w charakterystyczny dla grupy sposób wzmagający się, nabudowywany utwór. Nie wiem, czy moja perspektywa jest właściwa, ale mam wrażenie, że szanowny komentariat nieco się sfrajerzył.

Słysząc o wykorzystaniu trzech gitar, spodziewałem się czegoś w rodzaju tego, co mniej więcej dziesięć lat temu robili muzycy niedocenianego Oceansize, ale tak naprawdę niewiele mamy tutaj kaskad i innych wodotrysków: wszystkie partie wydają się podporządkowane nawet nie tyle Piosence, ile Kompozycji, której kolejne warstwy i segmenty mają ze sobą współgrać. „XI: Bleed Here Now” to bardzo konsekwentny, kompletny album, z którym warto obcować jako z pewną całością, bez rozbijania go na poszczególne części składowe, rzucając wyzwanie nabytym przyzwyczajeniom.

A jak trwający 74 minuty, składający hołd prog rockowi lat siedemdziesiątych album pasuje do post-hardcore’owego dziedzictwa …And You Will Know Us By The Trail Of Dead? Cóż, dwadzieścia lat po „Source Tags & Codes” zastanawiam się, czy mogłem trafić na „Another Morning Stoner” w Viva Zwei, gdzieś pomiędzy „Guerrilla Radio”, „One Armed Scissor” a „Understanding In A Car Crash”, co mogło to zrobić z jedenastolatkiem i co mogło to zrobić jedenastolatkowi, ale wydaje mi się, że jednak nie mogłem trafić. ToD mogą być jedną z ostatnich dużych rzeczy, na które prawie się załapałem; a jak wiemy z przekazów reklamowych, prawie robi wielką różnicę. Niekoniecznie jednak musi to być złe miejsce do słuchania „XI: Bleed Here Now”, skoro na zespół trafiłem w czasach uznawanych za gorsze niż „stare, dobre czasy”, a moje oczekiwania siłą rzeczy nie mogą być aż tak wygórowane. Domykając recenzję czymś, co miałoby przypominać konkluzję, dodam, że tytuł otwierającego album „Our Epic Attempts” powinien wystarczyć za podsumowanie nie tylko najnowszego albumu i działalności ToD po odmienianym przez wszystkie przypadki „Source Tags & Codes”, ale także wielu rzeczy, które zdarza nam się mylić z życiem. W tym kontekście „XI: Bleed Here Now” naprawdę stanowi „epicką próbę”, będąc trochę kapsułą czasu, trochę pocztówką, nieco ukłonem, odrobinę wyjściem ze strefy komfortu (brr!), ale przede wszystkim udanym, świetnie nagranym albumem, do którego będzie się chciało wracać.

 

...And You Will Know Us by the Trail of Dead, „XI: Bleed Here Now”
InsideOut
2022