Nr 12/2021 Na dłużej

Przegląd płytowych półek: Genot Centre

Piotr Tkacz
Muzyka Cykl

Działający od 2015 roku kasetowy label z Pragi, którego katalog obejmuje już 46 pozycji, po cichu wypracował sobie pozycję jednego z najciekawszych wydawnictw zajmujących się muzyką elektroniczną. Warto powiedzieć to głośno, zwłaszcza że inicjatywa postępuje w myśl zasady „róbmy swoje”. Prowadzący wolą poświęcić czas na dopracowywanie kolejnych produkcji, a nie na obwieszczanie sukcesów. Nie boją się stawiać na debiutantów, nie polują na modne nazwiska, dzięki czemu ich dorobek to faktycznie unikatowa mozaika, której kolejne elementy nie dają się przewidzieć. Początkowo mogło się wydawać, że Genot Centre będzie celować w rejony ambientowo-dronowe, ale szybko pojawiły się wyskoki w niespodziewanych kierunkach, choćby footworku. Ambientowe obszary wciąż dla labelu są ważne, ale sporo tu również materiałów niestroniących od bitów. Gdyby chcieć wrzucić nowsze wydawnictwa do jakiejś szufladki, można by się posłużyć takimi workami bez dna, jak post-internet czy post-club, jednak ostatnie produkcje dobitnie uświadomią, że takie etykiety równie dużo zaciemniają, co wyjaśniają. Wystarczy sprawdzić na przykład albumy Egipcjanina ABADIRA czy Kanadyjczyka Amselysena, żeby przekonać się o bogactwie wyobraźni współczesnych twórców i zastanowić się głębiej, czy to nadal jest tylko jakieś „post”, czy już coś jakościowo nowego? Zachęcam do tego gorąco, w tym przewodniku zapewniając wsparcie i sięgając do katalogu praskiej oficyny.

 

Quantum Natives, „Silent Night XVII”

Może i powinno się zaczynać od przystawki, a nie od dania głównego, ale to wydawnictwo jawi się jako kluczowe dla Genot Centre. Znajdziemy tu nagrania, które wypełniły ostatnią odsłonę wyjątkowej serii wydarzeń muzycznych organizowanych przez wytwórnię w praskim teatrze Ponec. Występy z poprzednich sesji Silent Night pojawiały się wcześniej w katalogu (trafił już do niego materiał Lee Chapmana z pierwszej edycji, potem Cass., Dudal i Stijn Hüwels oraz The House in the Woods i Luna & Tarnovski), ale nigdy w takiej obfitości. Wydawnictwo w formie karty SD zawierającej ponad siedem godzin muzyki pozwala odtworzyć w całości przebieg tej podróży do kresu nocy. Można też zrekonstruować tamtejsze warunki: tak jak zgromadzona w teatrze publiczność położyć się wygodnie i skorzystać z dołączonej do karty unikatowej opaski na oczy (rękodzieła Hany Kubešovej), by spróbować zapaść w sen lub stan do niego zbliżony. To jednak może okazać się niełatwe, bo nagrania raczej nie mieszczą się w kategorii muzyki relaksacyjnej; ale redefinicja tego, czym może być ambient, stanowiła część zamysłu serii. Usłyszymy tutaj dźwięki otoczenia, niepokojący vaporwave, rozbudzony hypnagogic pop, syntetyczny recital organowy, a zdarzą się też momenty niemal industrialowego zgiełku. To wydawnictwo jest ważne także jako celebracja internetowych wspólnot, jakich przykładem może być efemeryczny i enigmatyczny netlabel Quantum Natives. Chcąc podkreślić znaczenie takich bytów, Genot Centre zaprosiła kluczowych przedstawicieli, takich jak Yearning Kru, bod [包家巷] czy swiʌelized souηds, a bliskość tych dwóch wytwórni uzmysławia obecność postaci pojawiających się w obu katalogach (Æthereal Arthropod i Enchanted Lands, o których poniżej) oraz jednego z założycieli Genot, występującego jako Benelux Energy.

 

Fausto Mercier, „Fullscreen”

Węgierski producent powinien być znany tym, którzy śledzą wydawnictwa Pointless Geometry. To tam w 2018 roku ukazało się jego „Ballroom of Recur”, po materiałach dla EXILES czy Kaer’Uiks. Na wydanym rok później albumie Węgier w zasadzie kontynuuje i rozwija już wcześniej obecne wątki. Tylko że wszystko jest jakby „bardziej” – laserowe brzmienia są mocniej nasycone, w ogóle jest gęściej i jeszcze opresyjniej. Paleta brzmień i sposób produkcji mogą chwilami kojarzyć się z wyrazistością PC Music, ale tutaj nie ma nic z tamtejszego poptymizmu. Jeśli już, to bliżej temu do estetyki breakcore’u z poszatkowanymi motywami i zacinającymi się bitami albo do tego, co ostatnio robią Rui Ho, Don Zilla, Lotic czy Slikback. Różnorodności dodają jeszcze remiksy związanych z Genot Centre Ice_Eyes, r hunter i Forces nieupchnięte na końcu, lecz pomysłowo porozkładane pomiędzy oryginałami (a nawet je poprzedzające).

 

Corporation, „Graffito”

Dla tych, którzy słyszeli solowe produkcje Kanadyjczyków Keru Not Ever i Racine dla Infinite Machine i Danse Noire, ich debiut jako duetu nie będzie zaskoczeniem. Ale też nie o zaskakiwanie tutaj chodzi, tylko o zagęszczanie mgły, krążenie po bezdrożach, drążenie w szarościach. Co nie znaczy, że jest to eterycznie przelewająca się z pustego w próżne muzyka operująca jedynie klimatem. Chwilami może kojarzyć się z twórczością Roly’ego Portera, Paula Jebanasama czy innych przedstawicieli Subtext Recordings, ale operuje w innej skali, dzięki czemu unika niestrawnej pompatyczności. Duet nie stroni też od wyrazistych i niespodziewanych gestów, mocnych cyfrowych przetworzeń źródeł akustycznych (czy w pierwszym utworze to klawesyn?). Przez to zdarza się im zbliżać w rejony muzyki konkretnej, a może to ich własne wnioski wyciągnięte z słuchania kompozycji akuzmatycznych rodaków? Jest posępnie, ale nie przygnębiająco, melancholijnie, ale nie płaczliwie. Gdyby nie to, że „Antologia duchów miasta” Denisa Côté ma tak dobrą ścieżkę dźwiękową, chętnie zastąpiłbym ją tym materiałem.

 

Jano Doe, „Duranzie”

Wydany pod koniec 2018 roku album to jeden z lepiej ukrytych skarbów w katalogu Genot Centre. Trochę przegapiony pewnie dlatego, że to nie tylko debiut, ale również dotychczas jedyne wydawnictwo Kataríny Gatialovej. A szkoda, bo Słowaczka dziarsko poczyna sobie z własnoręcznie złożonym układem modułów syntezatorów analogowych, w tym z pochodzącym z lat 70. czechosłowackim Číslizvuk. Oczywiście moda na syntezatory analogowe sprawiła, że w pewnym momencie można było poczuć przesyt ich brzmieniem, ale Jano Doe wyróżnia się nawet w takim tłumie. Gdyby szukać odpowiedników, to skojarzenia biegną w stronę sceny amerykańskiej i takich postaci, jak Jessica Rylan, Keith Fullerton Whitman czy Hive Mind. Jest drażniąco, brudno, zamaszyście, ale jednocześnie czuć, że autorka wie, co robi – wszystko jest tu sensowne, nawet jeśli chaotycznie swobodne, nie ma przebiegów puszczonych samopas. Albumowi dobrze robi też pomysłowa strukturyzacja: najpierw siedem zróżnicowanych krótkich form, a na finał 25-minutowy konsekwentnie rozwijany odlot.

 

Æthereal Arthropod, „Opilio”

To pewnie rzecz tylko dla najwytrwalszych, ale warto się z nią zmierzyć. Wydawca podrzuca w tagach między innymi psytrance i metalcore, a sam autor przywoływał też glitchdrone. Znów można się zastanawiać, czy takie etykietki w czymkolwiek pomagają. Faktycznie jest transowo, ale ta muzyka niezbyt sprawdzi się na parkiecie, a już na pewno nie na takim standardowym. Co prawda zdarzają się tu bity, ale nie skłaniają one do tańca – to raczej pozostałość wyraźniejszych na poprzednich albumach nawiązań do takich gatunków, jak splattercore czy extratone. Chodzi o branie pod lupę, zapętlanie i rozdrabnianie niewielkich struktur, stąd ten glitch i drone. Atmosfera całości jest niczym w metalu złowroga i zawiesista, choć żadnej gitary tu nie uświadczymy. Kiedyś pisałem o tej muzyce, że „gnie blachę bitów na falistą miazgę”, więc może ten metal to tutaj właśnie tworzywo.

Lišaj, „Szara EP” / „Mezina”

Wydana w 2015 roku EP-ka była dla mnie sporą niespodzianką, dlatego ucieszyłem się, że trzy lata później czeski twórca znów pojawił się w katalogu Genot Centre. I choć okazało się, że drugie wydawnictwo nie przynosi nic nowego, to i tak polecam oba (zwłaszcza że są krótkie). Można tego słuchać, jakby się odbywało przechadzkę po lesie, gdzie pejzaż jest niby jednostajny, ale za kolejnym pagórkiem może się pojawić coś zaskakującego – na przykład głos. A konkretnie rapowanie – pamiętacie coś takiego jak cloud rap albo emo rap? To wraca tutaj w zdumiewającej postaci i otoczce, to znaczy wtopione w dźwięki otoczenia właśnie (na „Szara EP” nagrania zrobione na Helu), a bit może wyłonić się z odgłosów jadącego pociągu. Głos się snuje, jest jak zasłyszany z oddali, co sprawdza się nadspodziewanie dobrze i stanowi oznakę dojrzałego myślenia kompozycyjnego o utworze jako całości.

 

Bonie Jash, „Shirase”

Zbijający z tropu debiut japońskiej artystki. Zarazem naiwny i poważny (chwilami wręcz podniosły); zwodniczo lekki dzięki chwytliwym motywom, ale i masywny, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni, czasem wręcz przeładowany. A do tego jednocześnie retro i futurystyczny; przystępny, ale też tę swoją chęć podobania się od razu sabotujący przez pokusę ulepszenia, dołożenia jeszcze tego jednego brakującego elementu, który sprawi, że wszystko chwyci i zachwyci (czyżby ze świadomością tego przedobrzenia?). Tropów jest tyle, że można w tym dosłuchać się i nawiązań do japońskiego folkloru, i arabskich zaśpiewów. Trudno to do czegoś porównywać, ale wydaje mi się, że autorka mogłaby się dogadać z Midori Takadą.

 

HDMIRROR, „ANTHEMS”

To, że ten album ukazał się po propozycji Enchanted Lands i przed Percival Pembroke, najlepiej świadczy o szerokich perspektywach praskiej wytwórni. Jest to również przykład zaufania dobrze ulokowanego w debiutancie, który potem porywał swoimi występami choćby na CTM czy Unsoundzie. Materiał ukazał się pod koniec 2017 roku, kiedy zaczynało być oczywiste, że coś ruszyło się w okolicach szybszych gatunków muzyki tanecznej, takich jak gabber czy hardstyle, co uświadamiał nie tylko rodzimy Wixapol, ale też choćby francuski Casual Gabberz. HDMIRROR wpisywał się w te tendencje, ale zarazem zachowywał indywidualizm. Znów należałoby przywołać wypompowane, wręcz przegięte brzmienia PC Music czy tę laserowo-neonową, nabuzowaną estetykę, o której wspominałem przy okazji Fausto Merciera. Jeśli u niego było „bardziej”, to tutaj jest „za bardzo”, wrażenie robią jednak konsekwencja i wielowymiarowość – choćby umiejętne pożenienie stroboskopowej euforyczności i sprężystej metaliczności. Dla opornych na pierwszy kontakt poleca się „TOTAL”, gdzie wzięta w obroty została Lady Gaga.

 

Enchanted Lands, „Feed Goals”

Urzekająca muzyka zrobiona jakby z niczego – bajki z cyfrowego mchu i wirtualnych paproci: tu jakiś szum, tam przetworzone partie instrumentów akustycznych (gitara? fortepian?); z daleka dobiegający głos, z bliska oddech, do tego jeszcze odgłosy otoczenia, kroki, może przekręcanie kluczy w zamku… Na wydanym w ubiegłym roku przez Quantum Natives „Cryptic Island Eco-Sanctuary” muzyka zatacza szersze kręgi, zwiedzamy rozleglejsze przestrzenie, ale ja i tak darzę ten debiut większą sympatią. Odpowiadają mi jego zgrzebność i intymność, poczucie, jakbym siedział w pokoju obok autorki, która wykonuje utwory tylko dla mnie.